Obalanie mitów polskiej ekonomii

   Dla przeciętnego obywatela rozważania o ekonomii, finansach publicznych, budżecie i polityce podatkowej wydają się zajęciem mało interesującym i trudnym do zrozumienia. W tych sprawach na ogół zdajemy się na zawodowych specjalistów. Doskonale radzą oni sobie ze skomplikowanymi pojęciami, zależnościami, wskaźnikami i potrafią uzasadnić takie, a nie inne przeznaczenie naszych pieniędzy, wydawanych z budżetu państwa. Wśród tego grona profesjonalistów ekonomii są jednak głębokie podziały i różnice. Środki masowego przekazu nie wszystkim z nich udzielają głosu. Ci, którzy mają okazję publicznie przedstawiać swoje racje często tworzą na użytek niezorientowanej w tej materii opinii publicznej mity, którymi potem się posługują. Czynią to dla uzyskania zysków przez środowiska, które reprezentują. W ten sposób opinia publiczna jest dezinformowana. Mitologia ta wykorzystywana jest w celu uzyskania powszechnej akceptacji dla decyzji, które podejmowane są najczęściej ze szkodą dla całego społeczeństwa. Krótko mówiąc, mity ekonomiczne, to szczególnie szkodliwy rodzaj kłamstwa.
   Warto zauważyć, że na niewłaściwość takiego postępowania zwrócił ostatnio uwagę papież Benedykt XVI, pisząc w encyklice Caritas in veritate: „Istotnie, ekonomia i finanse jako narzędzia mogą być źle używane, kiedy posługujący się nimi ma jedynie zamiary egoistyczne”.

Naukowiec

   Na grudniowe spotkanie Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90 w Legnicy przybył niezależny profesor ekonomii Jerzy Żyżyński z Uniwersytetu Warszawskiego. Na uczelni tej jest kierownikiem Zakładu Gospodarki Publicznej Wydziału Zarządzania. Jest on autorem wielu publikacji. Świeżo wydana jego książka nosi tytuł: „Budżet i polityka podatkowa”. Nie akceptuje on utartych i obiegowych poglądów w ekonomii. W Legnicy wygłosił odczyt pt. „Mity w myśleniu ekonomicznym”. Swoje poglądy przedstawił w sposób klarowny i jasny. Mówił z werwą i z przekonaniem, podając niezliczone przykłady, powołując się na znane autorytety w tej dziedzinie oraz bogatą literaturę.

Mit zdrowego rozsądku

   Jest to punkt widzenia w skali gospodarstwa domowego. Zdroworozsądkowa teoria mówi, że najważniejsza jest podaż. Tak było w czasach prehistorycznych, kiedy wymieniano towar za towar, łuk za miecz, futra za żywność itp. Mit ten obalił wybitny ekonomista John M. Keynes. Udowodnił on, że popyt ma kluczowe znaczenie; podobne wyniki osiągnął polski ekonomista Michał Kalecki. Współczesnym pośrednikiem w handlu jest pieniądz, który sam w sobie staje się towarem i gdy źle się nim zarządza staje się przyczyną kryzysu. Jednym z koniecznych warunków zdrowego rozsądku w ekonomii wydają się oszczędności. Zgodnie ze znanym przysłowiem: „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”. Te oszczędności tworzą majątek oszczędzającego. Tymczasem w skali państwa oszczędności mogą być szkodliwe. Oszczędności oznaczają bowiem, że ludzie nie wydają pieniędzy, w efekcie nie ma inwestycji, rośnie bezrobocie. Kluczem jest inwestowanie. Inwestycja to zasadniczo wydawanie cudzych pieniędzy, ale motorem inwestycji są kredyty udzielane przez banki, one mogą wykreować więcej kredytu niż pierwotna zaoszczędzona kwota.

Mit podaży

   Takim mitem jest twierdzenie, że trzeba wspierać produkcję, czyli podaż, a popyt jest szkodliwy. Negowanie popytu to komunistyczne myślenie, prowadzące do katastrofy ekonomicznej, bo w komunizmie zaspokajanie potrzeb ludzi było traktowane jako koszt rozwoju. W gospodarce rynkowej produkcja, dla której nie ma popytu, prowadzi do kryzysu. Dodatkowy popyt mogą stworzyć inwestycje lub zagranica, czyli eksport. Ale przedsiębiorca decydując się na inwestycje musi mieć jakieś perspektywy popytu na wyprodukowane przez niego dobra. W tym znaczeniu inwestycje to tworzenie majątku i zdolności produkcyjnych wychodzących naprzeciw oczekiwanego popytu. Ale na rynkach finansowych inwestycje często nie tworzą majątku. O ile na rynku pierwotnym akcje są sprzedawane po to, aby przeznaczyć je na inwestycje, to w przypadku inwestycji czysto finansowych – niekoniecznie, bo gdy kupuje się akcje na rynku wtórnym, aby je korzystniej odsprzedać i wydać zyskane pieniądze na własne potrzeby, to nie tworzy się nowego majątku.

Mit oszczędzania

   Mitem jest twierdzenie, że same oszczędności jako takie automatycznie sprzyjają rozwojowi. Oszczędności to niewydane pieniądze. Mniejsze wydatki oznaczają, że ktoś nie zarobił. Źródłem rozwoju są inwestycje, a więc jeśli zaoszczędzone środki zostają przekształcone na inwestycje tworzące nowy majątek, nowe miejsca pracy, czy zwiększenie wydajności. Jednakże przy danych inwestycjach wzrost oszczędności oznacza spadek wydatków i spadek popytu, a to nie daje przedsiębiorcom motywacji do inwestowania. Zatem to nie oszczędności, ale inwestycje są motorem napędowym gospodarki. Jest to tak zwany paradoks oszczędności. Wzrost skłonności do oszczędzania zmniejsza konsumpcję i pogarsza sytuację na rynku, bo następuje spadek popytu i koniunktury. Oszczędzanie w skali domowej to całkiem co innego niż w gospodarce jako całości. Wzrost oszczędności, czyli wstrzymywanie się z zakupami było przyczyną obecnego kryzysu na Zachodzie, rządy robiły wszystko, by pobudzić popyt. Pod tym względem polskie społeczeństwo okazało wstrzemięźliwość i mimo kryzysu nadal wydawało pieniądze. Podobnie, mimo innych zapowiedzi, czynił rząd. I to jest podstawowa przyczyna, że polska gospodarka ma się znacznie lepiej niż w innych krajach.

Mit elastycznych płac

   Jest to szczególnie szkodliwy, a nawet niebezpieczny mit. Utarło się przekonanie, że im niższe płace tym większy wzrost gospodarczy. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Niższe płace powodują spadek popytu i koniunktury w gospodarce. Lepiej by pracodawcy więcej płacili pracownikom, bo oni wydadzą te pieniądze na rynku, nakręcając koniunkturę. Tymczasem w Polsce udział kosztów zatrudnienia (w tym płac) w wytworzonym Produkcie Krajowym Brutto (PKB) jest na poziomie Indii i Brazylii. Wynosi on 35% i jest dużo niższy niż w rozwiniętych krajach UE. Najwyższe koszty pracy mają Szwajcaria (ponad 60%) i USA (prawie 60%).

Mit zadłużenia

   Mówi się o zadłużaniu państwa na koszt przyszłych pokoleń. To też jest mit. Gdy finansujemy swoje wydatki pożyczając pieniądze w banku, to mamy zwrócić dług plus odsetki, których na ogół jest drugie tyle. W pewnym sensie tracimy na korzyść banku. Ale inaczej jest, jeśli pożyczamy w rodzinie. Komu oddajemy te odsetki? Oddajemy rodzinie, czy rodzina traci? W państwie jest jak w rodzinie. Państwo płaci te odsetki własnym obywatelom, zatem nie można mówić, że finansuje deficyt kosztem przyszłych pokoleń. To nonsens, bo te przyszłe pokolenia otrzymają te spłacane pieniądze. Co innego jednak pożyczki zagraniczne, bo spłacając procenty wzbogacamy innych. Dlatego państwo powinno się zadłużać przede wszystkim u własnych obywateli. W ten sposób deficyt i dług oraz związane z nimi pieniądze wracają do społeczeństwa, do gospodarki.

Inne mity

   Do popularnych mitów należy przeświadczenie, że jeśli więcej się zaoszczędzi w funduszach emerytalnych, to więcej będzie dla emerytów. Jak już wykazano nadmierne oszczędności, którym nie odpowiada wzrost inwestycji (a nie odpowiada, bo wzrost oszczędności to spadek wydatków i osłabienie koniunktury) hamują gospodarkę. Nie ma rozwoju gospodarczego, nie ma dochodów, nie ma z czego wypłacać emerytur. Sytuację emerytów może poprawić tylko wzrost gospodarki, a on zależy od inwestycji, a nie od samych oszczędności: inwestycje mają zawsze pierwotny, inicjujący charakter dla rozwoju, a nie oszczędności. Podobnie mityczne znaczenie nadaje się przyjęciu przez Polskę waluty euro. Sztywna wartość tej waluty pogłębiła kryzys w wielu krajach. Polski złoty był elastyczny, osłabł, dzięki temu wzrosły dochody z eksportu przyczyniając się do złagodzenia kryzysu. Bardzo szkodliwy jest mit podatku liniowego. Tworzą go rynki finansowe i ekonomiści bankowi. Jest to w pewnym sensie oszustwo, bo chodzi o to, by najbogatszym zostały większe pieniądze, którymi mogą obracać instytucje finansowe, giełda itd.

Aplauz

   Już w trakcie dyskusji wyjaśniona została kwestia narastającego długu publicznego, który nie stanowi zagrożenia, jeśli w jego wyniku następuje wzrost gospodarczy, przekraczający obciążenia wynikające z tego długu. Taki dług jest nawet wskazany. Podobnie jest z cytowanym wcześniej przysłowiem. Powszechnie zwraca się uwagę na oszczędności, a nie na pracę, która przynosi prawdziwe dochody. Wyjaśniono też, że podobne dogmaty ekonomiczne tworzą środki masowego przekazu działające na zlecenie środowisk biznesu. Niezwykle interesujące, nowe, odkrywcze i oczywiste fakty z zakresu ekonomii spotkały się z aplauzem osób przybyłych na spotkanie. Nie dało się nie zauważyć, że prelegent doskonale rozumie, iż gospodarka bez oparcia o zasady etyczne nie może dobrze funkcjonować. Pisał on o tym w jednej ze swoich publikacji przywołując, jako nadal aktualną, myśl Arystotelesa z jego wielkiego dzieła „Polityka”, że państwo nie jest powołane do zarabiania pieniędzy, ale do bycia „wspólnotą dla etycznego życia i działania wszystkich jego obywateli”.

■ Adam Maksymowicz - skrócona wersja tego artykułu ukazała się w "Niedzieli" nr 8, z 21.02.2010 r.

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl