Obronić Polskę

   Pod koniec lutego na zaproszenie Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90 przybył do Legnicy Romuald Szeremietiew. Kilka lat mieszkał on w Legnicy. Tu ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową i pracował w fabryce dziewiarskiej jako robotnik oraz zdał maturę w Liceum Ogólnokształcącym dla pracujących. W Legnicy też rozpoczął działalność w środowiskach niezależnych (1964), działając w grupie samokształceniowej przy duszpasterstwie akademickim Franciszkanów. W marcu 1968 r. został pobity przez MO podczas demonstracji w Legnicy. W 1972 r. ukończył studia prawnicze we Wrocławiu. Jest to postać szczególna, zarówno w swoim opozycyjnym rodowodzie, jak i roli jaką odegrał on w polityce polskiej po 1989 r. Długoletni więzień polityczny w czasach PRL, niezmordowany organizator (m.in. zakładał KPN, w 1979 r.), publicysta i działacz polityczny. W rządzie Jana Olszewskiego pełnił funkcję wiceministra Obrony Narodowej, a krótko również ministra tego resortu. Także w rządzie Jerzego Buzka był wiceministrem Obrony Narodowej, odpowiedzialnym za modernizację armii i zakupy uzbrojenia. W 2001 r., w atmosferze oskarżeń korupcyjnych, został usunięty z tego stanowiska. Dopiero jesienią 2010 r. sąd oczyścił go ze wszystkich stawianych mu zarzutów. Wojsko jest jego pasją życiową. Jako pierwszy cywil uzyskał tytuł doktora nauk wojskowych (1995), a następnie doktora habilitowanego tych nauk (2001). Od października 2008 r. jest profesorem i kierownikiem katedry w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest autorem wielu publikacji i książek. Po Mszy św. odprawionej w intencji Wojska Polskiego wygłosił odczyt pt. „Perspektywy bezpieczeństwa narodowego Polski”.

Optymizm i pesymizm

   Wersja optymistyczna związana z naszym aktualnym bezpieczeństwem polega na tym, że mamy inne położenie geopolityczne niż w 1939 r. Wtedy znajdowaliśmy się pomiędzy dwoma mocarstwami i byliśmy skazani na przegraną. Teraz jesteśmy zabezpieczeni od strony zachodniej sojuszem wojskowym NATO i przynależnością do UE. Z Rosją łączy nas tylko 200 km granicy w rejonie Kaliningradu. Jednak pod względem uzbrojenia, wyposażenia i wyszkolenia armii jesteśmy w dużo gorszej sytuacji. W 1939 r. mieliśmy bardzo dobry przemysł obronny, który pracował na rzecz nowoczesnego uzbrojenia wojska. Tuż przed wybuchem wojny powołano ok. półtoramilionową armię i to bez ogłaszania mobilizacji. Dziś mamy armię zawodową, która liczy 100 tys. żołnierzy, w tym 33 tys. szeregowców. Na jednego dowódcę przypada pół żołnierza. Teraz głosi się, ze armia jest niepotrzebna w czasie długoletniego pokoju. Hitler zdawał sobie sprawę z siły polskiej armii i dlatego wyznaczony na 26 sierpnia atak na Polskę przełożył o tydzień. Wojsko niemieckie musiało być wzmocnione, gdyż w przeciwnym wypadku mogłyby nie podołać założonym planom agresji. Siła jaką stanowi wojsko, jest zawsze ostatnią gwarancją niepodległości i suwerenności. Polityka prowadzona bez zaplecza siły wojskowej jest bezsilna. Taką bezsilną politykę uzasadnia się tym, że bez wojska nikomu nie zagrażamy. Jest to w jakiejś mierze powtórka z czasów króla Augusta Mocnego, gdy o sile armii decydowały pułki kawaleryjskie, a na jeden pułk przypadał jeden koń. Wszystkie konie razem stanowiły oddział paradny, który występował podczas uroczystości wojskowych.

Smoleńsk

   Katastrofa smoleńska ilustruje stan naszej armii. Wyraźnie trzeba podkreślić, że lot ten obsługiwał 36 pułk lotnictwa i pod każdym względem miał on charakter wojskowy. Pilotowany był przez polskich oficerów. Jego pasażerem był zwierzchnik Wojska Polskiego w osobie Prezydenta RP, któremu towarzyszyli dowódcy wojskowi najwyższego stopnia. Operacja ta była przygotowana z pominięciem wszelkich reguł obowiązujących w tej materii. Nie było żadnych zabezpieczeń ze strony służb specjalnych, nie było osłony kontrwywiadu. Wynikiem tego są spekulacje, że niekoniecznie była to katastrofa. Polski rząd zgodził się na rosyjską propozycję uznania tego lotu jako cywilnego i związane z tym procedury dochodzeniowe. W ten sposób wszystkie wyniki badań są w ręku Rosjan. Staliśmy się ich klientem. W wypadku uznania lotu za wojskowy byłoby inaczej. Powstaje pytanie: dlaczego Rosjanie nie chcą udostępnić nam elementów samolotu, aby sprawdzić co się stało? Badając wrak samolotu można orzec, czy użyte były materiały wybuchowe. Od samego początku wmawiano nam, że przyczyną katastrofy był błąd pilotów. Oficjalnie jednak nie przekazano czarnych skrzynek. Ciągle dostarczane są kolejne, niepełne ich kopie. Ten stan rzeczy wynika z obecnej roli Rosji, która jest spadkobiercą ZSRR. Prezydent Lech Kaczyński nie pozwolił Rosji zająć Gruzji. W krytycznym momencie zjawił się tam wraz z głowami państw kiedyś związanych z dawną Rzeczpospolitą. Twardo powiedział Rosji: NIE! Dla tego mocarstwa była to zniewaga. Przy innej polityce Polski wobec Rosji perspektywą jest powrót do dobrze znanego w Legnicy układu: Legnica – PRL – Mała Moskwa. Trzeba sobie w tym kontekście postawić pytanie: czy chcemy tej wersji, czy chcemy wolnej Rzeczpospolitej? A wystarczyło przecież, abyśmy nie popełniali karygodnych błędów w naszej historii. Nie trzeba by wtedy latać do Smoleńska, jak do obcego kraju, bo było to kiedyś polskie województwo smoleńskie.

Armia zawodowa i z poboru

   Polska postawiła na nieliczną armię zawodową, podobnie jak USA. Tylko my nie mamy takich warunków, jak mocarstwo, które zajmuje połowę kontynentu, od Oceanu Spokojnego do Pacyfiku i od Kanady do Meksyku. Wojna z jego udziałem powoduje, że na jego ogromnym terytorium jest czas na mobilizację oraz wyszkolenie rezerwistów i nowego poboru. Nasi sąsiedzi, Niemcy i Rosja, nie zrezygnowali z poboru powszechnego. Za armią zawodową ma przemawiać sześciokrotnie lepsze jej wyszkolenie oraz duże oszczędności. Jednak na wojnie wyszkolenie jest mniej istotne, bo każdy żołnierz może być zabity tylko raz. Wojna to nie jest gra komputerowa, gdzie w wypadku przegranej można ją kilka razy powtórzyć. W poborowej armii z wojska wychodzi przeszkolony rezerwista. W razie wojny jest on od razu przygotowany do działań bojowych.

Bezpieczeństwo państwa

   Można je porównać do prawa jazdy, które wydaje się dla zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego. Czy prawo do bezpieczeństwa narodowego jest mniej istotne? Czy nie powinniśmy wymagać w tym zakresie licencji od każdego obywatela zdolnego do noszenia broni? W VI w. przed Chrystusem chiński dowódca i teoretyk wojskowy Sun-Tzu napisał traktat o wojnie, w którym wskazywał, że najlepsza wojna to taka, której nie trzeba prowadzić. Niestety jest on w Polsce prawie nieznany, chociaż jego teoria wojny do dziś wykładana jest w wielu zagranicznych akademiach wojskowych. A wynika z niej, że strategia obronności musi zawierać walor odstraszenia. Nasze przygotowania do obrony powinny więc potencjalnemu agresorowi wykazywać, że agresja na Polskę będzie przedsięwzięciem trudnym i nieopłacalnym.
Najlepiej mieć dwie bomby atomowe. Jest to dla nas niemożliwe. Pozostaje nam obrona naszej suwerenności, terytorium i granic przez żołnierzy. Rosjanie opanowali Czeczenię dopiero wtedy, kiedy stosunek sił na ich korzyść był 37 razy większy. Polska może zmobilizować i wystawić armię ok. 600 tysięcy żołnierzy, dla pokonania której potrzeba przynajmniej dwadzieścia razy silniejszego przeciwnika, czyli ok. dziesięciomilionowej armii. Na to już mało kogo stać w Europie. Czym my jednak dysponujemy? Mamy 15 brygad, które muszą obronić nas zanim przyjdą sojusznicy z NATO. Jedna brygada obstawia 150 km2 kraju. Całość naszego wojska może więc obronić niecały 1% jego powierzchni. A kto obroni 322000 km2? Mamy prawie 909 miast i wielokrotnie więcej obiektów o strategicznym znaczeniu, takich jak mosty, linie kolejowe, magazyny. Strategię wroga może rozbić strategia obronna, jak wykazał to Lech Kaczyński w Gruzji. Po to, aby zachować bezpieczeństwo trzeba przede wszystkim polegać na sobie, poszukiwać sposobu obrony i mieć porządek we własnym kraju.

Potrzeba wiedzy

   O tym, że wiedza na temat obronności naszego kraju jest towarem deficytowym świadczy tłum słuchaczy, którzy z trudem mieścili się w małej kaplicy franciszkańskiej przy ul. Macieja Rataja 23. Długie brawa były wyrazem uznania dla kompetencji prelegenta. Dyskusja przeciągnęła się do późnego wieczoru. I nie została zakończona. Romuald Szeremietiew obiecał, że wkrótce znów nas odwiedzi.

■ Adam Maksymowicz – artykuł napisany dla „Niedzieli”

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl