Henryk II Pobożny. Cnota i polityka.

   Według Marsyliusza z Padwy, jednego z najwybitniejszych myślicieli schyłku XIII – pierwszej połowy XIV w., władca miał być przede wszystkim obrońcą pokoju. Jako ‘defensor pacis’ miał dbać, by jego poddani mogli cieszyć się spokojem, osłaniać ich przed wrogami zarówno zewnętrznymi, jak i niepokojami narastającymi wewnątrz ich społeczności. Ten obowiązek nakładało na niego przyjęcie ciężaru władzy – łaski spływającej od Boga, ale nie bezpośrednio na władcę. Ten ostatni, by stać się godnym objęcia rządów, musiał uzyskać akceptację poddanych. Bez ich zgody jego władza nie miała znaczenia. Pobrzmiewało w tym echo przekonania żywego w średniowiecznej myśli politycznej, że wola Ducha Świętego wyraża się poprzez jednogłośne decyzje społeczności. I to zarówno w trakcie wyborów papieża czy biskupa, jak i decyzji politycznych ludzi świeckich.

   Władca zatem, jeśli miał być uznawany za godnego swego urzędu, musiał być akceptowany przez tych którymi władał. W praktyce – przez elity władzy. Jeśli nie udawało mu się tego osiągnąć, musiał się liczyć z oporem, który nie rzadko prowadził do utraty władzy. Każda ze stron takiego konfliktu przedstawiała inną wersję zdarzeń, ale łączyły się one w jednym: pozytywny bohater troszczył się o dobro wspólnoty, negatywny – zaniedbywał je, lub wręcz działał na rzecz upadku podstawowych wartości społecznych. Warto pamiętać, że w realiach Polski XIII w. społeczność niewielkich księstw prowadziła stałą ocenę działań swoich władców i bezlitośnie wykorzystywała ich potknięcia i słabości. Na szacunek poddanych i ich wierną służbę trzeba było sobie zasłużyć, zdobyć powszechnie uznawany autorytet. A o to nie było łatwo, bo rycerze i duchowni, najważniejsze grupy w łonie elit ówczesnej Polski, nie zawsze zgadzali się, jakim powinien być władca. Owszem, zgodni byli w tym, że powinna go cechować „virtus”, cnota nie splamiona żadną słabością. Ale czym ona miała być?

   Co najmniej do schyłku XII w. akceptowano i propagowano w otoczeniu Piastów przekonanie o sakralnych podstawach ich władzy. Nie przypadkiem pisał kronikarz Anonim zwany Gallem, że tak król Bolesław II (Szczodry), jak i ukarany przez niego biskup byli „uświęceni” (christos). Nie uważano władcy za świętego. Jednak Piastowie przyjmując władzę uczestniczyli w formie wybraństwa Bożego. Władcami stawali się z łaski Boga, ale co więcej, cały ich ród został przez Boga wyznaczony do władania Polską. Z tego też wynikały dla nich konkretne obowiązki: dbanie o dobrostan Kościoła, przestrzeganie zasad chrześcijańskiej moralności. Wszystko to ściśle łączyło się z podstawowym zobowiązaniem władcy: troską o dobrostan poddanych i ojczyzny rozumianej jako wspólnota praw i tradycji obowiązujących na równi wszystkich Polaków. Jeśli władca łamał prawa, przekraczał granice tradycji ze szkodą dla swoich poddanych, musiał liczyć się z w pełni uzasadnionym ich oporem.

   Bardzo interesujące jest w tym kontekście przedstawienie przez historiografa osoby Bolesława Krzywoustego. W kronice Anonima to niemal archetypiczne ucieleśnienie cnót rycerskich. Ten zawsze zwycięski wojownik nie miał sobie równych, ale nie dlatego, że bił wszystkich swoich wrogów. Przede wszystkim gromił ich nie w swoim interesie, nie dla swojej chwały – lecz dla dobra ojczyzny. Ale gdy ten heros przekroczył granice, gdy złamał dane słowo, musiał odpokutować swe winy. I uczynił to na oczach poddanych, gdy symbolicznie odrodził się jako nowy człowiek i władca w trakcie kończących pokutę obrzędów Wielkiej Nocy w duchowym sercu Polski – w Gnieźnie.

   Równocześnie Anonim ukazywał Piastów jako skrępowanych konkretnymi obowiązkami wobec swoich poddanych. Choć ich władza pochodziła od Boga, to jej cel był bardzo konkretny: dobro Polaków. Owszem, jak echo minionych opowieści pojawiały się w dziele kronikarza wzmianki o wymiarze uniwersalnym książęcej władzy, o obowiązku troski o dobro chrześcijaństwa w ogóle, zobowiązaniach do wspierania misji wśród pogan, wreszcie o udziale w wielkiej wspólnocie władców uznających autorytet cesarza i papieża. Nad tym wszystkim jednak wyraźnie ciąży nowa koncepcja: powołaniem księcia, jego honorem jest nade wszystko troska o lud i jego prawa.

   Ten sposób określania miejsca władcy w przestrzeni społecznej został jeszcze silniej zarysowany na przełomie XII i XIII w. w dziele mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem. Gdy Anonim mówił o wyborze Piastów na władców Polski poprzez zgodne działanie Boga i ludu, to Wincenty akcentował decyzję ludu. W opowieści dziejopisa Piastowie, podobnie jak poprzedni władcy Polaków, nadal posiadali nadludzki majestat, wyniesieni byli wysoko ponad poziom nawet najbardziej wpływowych poddanych. Próba pozbawienia ich życia, chociażby w bitwie i chociażby najmniej godnego z nich, była świętokradztwem. A samo fizyczne pojawienie się władcy miało budzić nabożny szacunek i lęk wrogów. I choć Wincenty podkreślał prawo obywateli do elekcji i akceptacji władcy, to jeśli podejmowano dyskusję nad wyborem panującego, to ostateczna decyzja nie należała do poddanych. Powinni oni jedynie zastosować się do obowiązujących praw, bądź zostawić rozstrzygnięcie w rękach władców – i Boga. Podobnie poddani nie mieli prawa w niczym ograniczać tradycyjnych uprawnień władcy. Ten mógł z nich dobrowolnie zrezygnować – zwłaszcza na pożytek Kościoła, ale nie mogła to być w żadnym wypadku zgoda wymuszona.

   Władca piastowski ówcześnie miał być przede wszystkim ucieleśnieniem cnót politycznych. Władca stanowił prawo, ale i działał w dość ścisłych ramach praw i obyczajów. A jednocześnie Piastowie wciąż mieli być wojownikami, opiekunami ludu i Kościoła, związanymi w swych poczynaniach wyłącznie troską o dobro poddanych i ojczyzny.

   Wiek XIII przyniósł w tym zakresie zasadnicze zmiany. Zamiast wojownika górującego nad poddanym sobie ludem, kontrolującego Kościół i stanowiącego prawa, pojawia się władca pokorny, pobożnie zabiegający dobrymi uczynkami o zbawienie. Zarówno w zabytkach wielkopolskich, jak i śląskich i małopolskich w tym czasie pojawia się ten sam ideał władcy – pobożnego ascety. Taki monarcha nie różnił się od swoich poddanych niczym innym, niż zakresem obowiązków wobec Boga i społeczeństwa. Był grzeszny i wymagał takiej samej pomocy duchownych jak wszyscy pozostali chrześcijanie. Pośrednikiem między nim a Bogiem dla niego, tak jak i dla innych w tym samym stopniu pozostawał kler. Faktem jest, że dalekie echa szczególnych relacji władców z Bogiem kołatały się nawet w tym wizerunku. W glosie dopisanej najpewniej w Wielkopolsce do „Kroniki śląskiej” znajdziemy scenę, w której Kazimierz Odnowiciel w cudowny sposób w kaplicy poznańskiej zostaje powołany do podtrzymywania walki o dziedzictwo ojca. Ale Kazimierz to w „Kronice śląskiej” książę – mnich, pół świecki – pół duchowny. Żaden inny władca Polski nie został już obdarzony przez anonimowego glosatora takimi przywilejami w relacjach z Bogiem. Czy oznacza to, że władcy zawsze podporządkowywali się propagowanej przez elity duchowieństwa wizji księcia jako pobożnego ascety, męża skromnego i akceptującego wysoką, wręcz wyższą od własnej godność duchownych każdego szczebla? Absolutnie nie, a co więcej, w niektórych środowiskach Kościoła wciąż podtrzymywano tradycyjną wizję władcy jako otoczonego szczególną łaską Boga. Obie wizje funkcjonowały dość zgodnie obok siebie przez cały XIII w. Tym niemniej dla Polaków czas władców – wojowników, promieniujących nadludzkim majestatem przemijał.

   W tych ogólnych ramach obaj pierwsi Henrykowie władający Śląskiem mieścili się z trudem. Zdecydowany charakter Henryka Brodatego jest powszechnie znany, podobnie jak jego niechęć do ulegania wpływom z jakiejkolwiek strony. Także tym wywieranym przez ludzi Kościoła, nawet papieża. A jednocześnie niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że jego syn, Henryk II, nie tylko wspierał ojca w wielu kontrowersyjnych decyzjach, w tym potępianych przez biskupów polskich. Również po dojściu do władzy kontynuował politykę ojca, ale z dalece mniejszym powodzeniem. Owszem, utrzymywał swą silną pozycję w relacjach z Kościołem wrocławskim. Nigdy nie był ostro krytykowany przez jego hierarchów, co nagminnie zdarzało się jego ojcu. Ale też wynikało to z tego, że wkraczając na scenę wielkiej, środkowoeuropejskiej polityki ostentacyjnie i z premedytacją wspierał walkę papiestwa z cesarzem. Wolno wątpić, by bliskie były mu idee podporządkowania władzy świeckiej kierownictwu papieża. Ani o jotę nie zmniejszył swej kontroli nad Kościołem wrocławskim, przeciwnie, stale akcentował, że on i tylko on jako książę jest jedynym odpowiedzialnym za jego funkcjonowanie. Nie biskup wrocławski, lecz książę był prawdziwym pasterzem całego śląskiego ludu. I jeśli zabiegał o przychylność dworu papieskiego, to dlatego, że w danym momencie wsparcie tego ostatniego było mu bardzo potrzebne. Bo jego pozycja wśród elit świeckich, tak rycerstwa jak i krewnych i powinowatych z rodu Piastów, była dalece słabsza niż ojca. Książę musiał szukać nowej drogi, by zachowując twarz wobec poddanych osiągnąć to, co udało się jego ojcu – zdobyć powszechny szacunek jako władca.

   A jego sytuacja była bardzo ciężka. Z trudem utrzymał zwierzchnictwo nad Krakowem, w którym możni rządzili niemal bez jego udziały. Podobnie nieobecny był niemal cały czas w posiadanej przez siebie części Wielkopolski. Nawet przebywając na Śląsku był pomijany przez część możnych w trakcie organizowanych przez nich wielkich uroczystości – rzecz za czasów Brodatego nie do pomyślenia. Gorzej jeszcze rzecz miała się wśród jego własnego rodu. Młodzi Piastowie, dotąd zależni od Brodatego, nagle zerwali więzy politycznego poddania i ogłosili swe niezależne rządy w Opolu i Sandomierzu. Co gorsza, sprzymierzyli się z odwiecznym wrogiem śląskich Henryków – księciem Konradem Mazowieckim. Tym samym, który przed laty podstępnie porwał i uwięził Henryka Brodatego. Pobożny nad wyraz sprawnie poradził sobie z zagrożeniem politycznym posługując się rozmaitymi narzędziami – od pośredniczeniu w zawieraniu małżeństw przez córki, które gwarantowały mu wsparcie w ewentualnym starciu z wrogami, po odwoływanie się do autorytetu szwagra, króla czeskiego Wacława. To jednak nie wystarczało, by zapewnić mu to, na czym wyraźnie tak bardzo mu zależało: przekazanie mu dzierżonej ongiś przez ojca, nieformalnej pozycji hegemona, lidera rodu Piastów. Skoro jego właśnie poddani traktowali go z dystansem, jak mogli jako swego przywódcę widzieć go równi mu formalnie władzą inni książęta?

   W tym momencie na scenę polskich dziejów z impetem wpadają Mongołowie. Bliższe informacje o groźnych wojownikach mogły dotrzeć na Śląsk już około 1237 r., gdy przez Polskę wracał od wielkiego chana wysłannik króla Węgier, Beli IV. Władca Węgier miał przesłać jego raport bratu św. Jadwigi, patriarsze Akwilei Bertoldowi z Andechs. Nie wydaje się jednak, by na dworze śląskim poważnie przejęto się tymi informacjami. Wbrew pojawiającym się opiniom, nie mamy śladu sojuszu władców Śląska, Czech i Węgier zwróconego przeciw Mongołom. Jeśli ktoś rzeczywiście był połączony więziami współpracy, to Henryk II ze szwagrem, królem czeskim Wacławem. Ale ta współpraca polityczna rozwijała się na bazie konfliktu papiestwa z cesarzem. Nie mamy natomiast żadnych przesłanek, by móc rysować plany obu władców dotyczące wspólnych działań militarnych w przypadku napaści Mongołów i ich sprzymierzeńców.

   Tymczasem mieszkańcy Śląska stosunkowo szybko wiedzę o postępowaniu najeźdźców z Azji czerpali z pierwszej ręki . Około 1240 r. do księstwa Pobożnego mogli dotrzeć pierwsi uciekinierzy z Rusi. Trudno jednak powiedzieć, czy przybysze ze wschodu kontaktowali się z dworem Pobożnego. Natomiast z pewnością książęta ruscy w tym roku porozumiewali się Bolesławem, synem Konrada Mazowieckiego oraz Grzymisławą, księżną sandomierską, opiekunką Bolesława Wstydliwego. W ich księstwach znaleźli ówcześnie schronienie ruscy uciekinierzy przed najazdem mongolskim. Ale przynoszone przez nich wieści nie przyczyniły się do konsolidacji sił i działań władców piastowskich. Również Pobożny nie przygotowywał obrony swoich włości. Część historyków snuje do dziś wizję wielkich przygotowań do wojny, łącznie z umacnianiem grodów, grodzeniem traktów leśnych przesiekami, powoływaniem pod broń chłopstwa, a przynajmniej egzekwowaniem powinności rycerskich sołtysów. Ale żadne źródło nie potwierdza podjęcia tych przygotowań, a obserwacja przebiegu kampanii brutalnie przeczy tym przypuszczeniom. I wydaje się, że mimo ogromnego zagrożenia ze wschodu i napływających różnymi nurtami informacji o nim, nie podjęto właściwie żadnych kroków, by wyciągnąć wnioski z losu pokonanych przez Mongołów książąt ruskich. Chociażby koordynując wspólnie przeprowadzoną obronę kraju.

   Nie była to jednak tylko przypadłość Piastów. Każdy zagrożony władca starał się ówcześnie na własną rękę bronić swego kraju. W części było to wynikiem specyficznego działania ówczesnego systemu władzy. Sieć osobistych relacji z możnymi i całą elitą kraju umożliwiała rządzenie, a uznanie za godnego władzy przez lud – czyli elitę – dawało do tego prawo. Ale nakładało też obowiązek zabezpieczenia kraju przed zniszczeniem, zwłaszcza ze strony pogan grożących Kościołowi lokalnemu. Wycofanie się i porzucenie na pastwę losu poddanych, nawet jeśli związane z chęcią połączenia się z silniejszym sojusznikiem, rodziło niebezpieczeństwo pozbawienia, a przynajmniej ograniczenia władzy po zakończeniu walk. Nieliczni z piastowskich książąt podejmowali takie ryzyko, a i to kierowali się wówczas chęcią ratowania własnej skóry, nie zaś konsolidacji sił. Ich rycerze mieli bowiem bronić – oczywiście w imieniu księcia – porzucanego władztwa.

   W obliczu braku forsownych przygotowań do wojny Ślązacy mieli prawo czuć się bezpieczni. I zaskoczeni, gdy wojska najeźdźców tak szybko wtargnęły w głąb kraju. Warto odnotować, że z pierwszego kwartału 1241 r. znamy tylko jeden dokument Pobożnego. Dokument wystawiono 12 marca, a więc niespełna miesiąc przed śmiercią księcia, kiedy Mongołowie pustoszyli już Kujawy i Małopolskę. Nie zawiera on jednak żadnych bezpośrednich odniesień do niepokojących zdarzeń polityczno-militarnych. Jest to zwykłe potwierdzenie uposażenia przyznanego przez Brodatego farze w Lwówku Śląskim. Niezwykłe jest jednak to, że obok księcia gwarantem nienaruszalności postanowień władcy był biskup wrocławski Tomasz I oraz jego kapituła katedralna. Zważywszy na fakt, że dokument ten potwierdzał kształt relacji między księciem a Kościołem forsowany przez obu Henryków, jego zatwierdzenie przez biskupa oznaczało rezygnację – przynajmniej czasową – z opozycji wobec Pobożnego.

   Czy miała to być manifestacja współpracy w obliczu zagrożenia mongolskiego, czy wynik działań dyplomacji papieskiej przychylnej Henrykowi za jego poparcie przeciw cesarzowi Fryderykowi II? Nie odpowiemy jednoznacznie na to pytanie. Zbieżność czasowa wystawienia dokumentu z momentem agresji wskazywałaby na możliwość powiązania obu wydarzeń. Pozostaje nam skonstatować, że dopiero tuż przed starciem na Legnickim Polu książę ostatecznie zażegnał spór z Kościołem. Ale też jednocześnie, że dążył do podkreślenia po pierwsze uzyskanej w ten sposób jedności władz w swoim księstwie, po drugie zaś posiadania uprawnień książęcych równych ojcowskim. W tym pełnienia funkcji gwaranta obowiązującego stanu prawnego.

   To skupienie się elit śląskich na wewnętrznych rozgrywkach politycznych może dziwić w obliczu tak bliskiego zagrożenia najazdem mongolskim. I ostatecznie nie ma większego znaczenia, co przeważyło szalę na niekorzyść obrońców piastowskich ziem: brak koordynacji, zaniedbanie przygotowań, czy lekceważenie przeciwnika? Wszystkie te czynniki odgrywały swoją rolę, wszystkie też można rozpoznać w postępowaniu Henryka II. Nie sposób jednak próbować zrozumieć jego zachowania w 1241 r. bez spojrzenia na cały przebieg najazdu. 13 lutego 1241 r. Mongołowie zdobyli i zniszczyli Sandomierz, a w tym samym miesiącu spalili też Kraków. Pomiędzy obu wydarzeniami miało dojść do jednego lub dwóch starć połączonych sił sandomiersko-krakowskich, względnie sandomierskich, a później sandomiersko-krakowskich z najeźdźcami. W gruncie rzeczy jednak nie wiemy, jak dokładnie potoczyły się walki. Wzmianki o bitwie pod Wielkim Turskiem i Chmielnikiem pochodzą z bardzo późnych źródeł. Wcześniejsze wspominają jedynie, że w walkach na pograniczu polsko-ruskim wyprawa mongolska poniosła wielkie straty. Jednak rycerstwo sandomierskie i krakowskie nie potrafiło ze sobą współdziałać. Polscy wojowie dosłownie „z powodu dumy i pychy nienawidząc się wzajemnie” zostali pokonani i zabici. W odniesieniu do dalszego przebiegu wypadków brak źródeł powoduje, że nie budzącej wątpliwości rekonstrukcji dróg, którymi podążali w 1241 r. najeźdźcy nie ustalimy. Jedno pozostaje pewne: Mongołowie spustoszyli Kujawy, ziemie sandomierską i krakowską, zanim skierowali się na Śląsk.

   W zgodnej opinii wszystkich źródeł Henryk Pobożny nie brał udziału w tej fazie konfliktu. Nie on jeden spośród książąt piastowskich. A mówiąc precyzyjnie – żaden władca nie zechciał – według naszego stanu wiedzy – osobiście stanąć do boju w obronie zaatakowanych dzielnic. Książę sandomierski, Bolesław Wstydliwy, uchylił się od czynnego udziału w walkach i najprawdopodobniej wraz z matką uciekł na Węgry. Nie wydaje się, by Piastowie dali tym świadectwo swej bojaźliwości. Konrad Mazowiecki i jego synowie nie raz brali udział w walkach. Stać ich było na osobistą odwagę. Ale z Mongołami walczyć nie zamierzali. Ich nieobecność na polu walki była raczej wyrazem racjonalnej oceny rzeczywistości. Wobec braku jakiejkolwiek wspólnej strategii działań książęta mogli dostrzegać przewagę Mongołów. I chcąc uniknąć konsekwencji przegranej w bitwie woleli skupić się na obronie grodów. Każdy władca starał się bronić własnego terytorium, czy może precyzyjniej: terytorium zasiedlonego przez elity, którym przewodził. Warto zwrócić uwagę, że Pobożny najwyraźniej zaniedbał przygotowania wspólnego, małopolsko-śląskiego wystąpienia przeciw najeźdźcom. Może też nie czuł się na tyle mocno związany z Krakowem, by wystąpić osobiście na czele tamtejszego rycerstwa? Być może wreszcie nie byłby tam mile widziany, skoro właściwie od 1238 r. nie pojawił się w księstwie i władzę w jego zastępstwie reprezentowali dygnitarze krakowscy?

   Pochód Mongołów od Krakowa po Legnicę pozostaje jedną wielką tajemnicą. Późniejsi informatorzy zgodnie mówią o spaleniu Wrocławia przez samych mieszkańców, źródła bliższe wydarzeniom wspominają o ucieczce Jadwigi z konwentem cysterek z Trzebnicy aż do Krosna Odrzańskiego. Za nimi zapewne podążyli mnisi z Lubiąża, Henrykowa i klasztorów wrocławskich, choć miejsc docelowych ich migracji nie znamy. Co działo się z resztą prowincji? Nie wiadomo. Sytuację komplikuje fakt, że stoczenie przez Henryka bitwy dopiero pod Legnicą może sugerować, że bez walki oddał całą wschodnią i centralną cześć swego władztwa na łup Mongołów. Czy nie jest to jednak złudzenie? Po pierwsze, wzmianka z listu księcia Ottona bawarskiego może wskazywać na stoczenie jakiejś bitwy na pograniczy Śląska i Małopolski. Być może wówczas, zdając sobie sprawę z siły najeźdźcy, książę podjął decyzję o wycofaniu się i lepszym przygotowaniu swoich wojsk. Szybki marsz najeźdźców spod Krakowa na Śląsk i dalej ku Legnicy zdaje się wskazywać, że nie mieli oni czasu na zdobywanie poszczególnych grodów. Nie zachowała się też żadna informacja źródłowa o zajęciu przez Mongołów w księstwie wrocławskim jakichkolwiek umocnionych miejscowości. Gdyby wziąć przykład Wrocławia pod uwagę, należałoby przyjąć, że książę nakazał spalić wszystkie umocnione punkty w swoim księstwie. Mało to jednak prawdopodobne, nie znajduje też potwierdzenia w materiale archeologicznym.

   Bardziej przekonująco wydaje się brzmieć przypuszczenie, że w obliczu przewagi atakujących Henryk chciał zastosować wobec Mongołów tę samą strategię, jaką prawdopodobnie wybrał w czasie najazdu ruskiego na Śląsk w 1228 r. Zamierzał pozwolić napastnikom łupić wszystko, co złupić mogli, nakazując jednocześnie szukanie bezpieczeństwa w ucieczce lub w obrębie umocnień grodowych. To drugie wyjście dostępne było dla nielicznych, to pierwsze musieli podjąć wszyscy pozostali. Jednocześnie obecność na tyłach wroga załóg grodowych gwarantowała utrzymanie kontroli nad krajem. Jednak, jeśli taki byłby plan księcia, to czemu ostatecznie zdecydował się stoczyć bitwę z najeźdźcami? Choć biorąc przykład z krewnych mógł tego spokojnie unikać nie narażając się na zarzuty tchórzostwa. On sam nie był też chyba szczególnie utalentowanym wodzem. Jedyna wielka bitwa, którą miał stoczyć i druga kampania, w której na pewno dowodził, zakończyły się klęskami. Dlaczego zatem stanął do walki?

   Nie sposób mieć pewności w tej sprawie. Można tylko przypuszczać, że władca swą decyzję podjął po długich przygotowaniach. Dawały mu one szansę na uzasadnienie w oczach możnych i zgromadzonego rycerstwa odwlekania działań bojowych. Nie wydaje się, by ostatecznie szalę przeważyły względy racjonalne w naszym rozumieniu tego słowa. Gdyby książę prowadził obronę księstwa kierując się rachunkiem ekonomicznym, mógł zastąpić drogę najeźdźcom tuż za pasem granicznym, może za przesieką, broniąc jej jako naturalnej przeszkody obronnej. Dzięki temu osłoniłby południową i centralną część księstwa, gdzie rozwijała się kolonizacja na prawie niemieckim, w tym najważniejsze ośrodki miejskie – Środę i Wrocław. Trudno też mówić o zdeterminowaniu jego poczynań dążeniem do budowania prestiżu władcy jako obrońcy społeczności lokalnej i rycerza Bożego. I w tym przypadku należałoby się spodziewać, że książę będzie bronił Wrocławia, stolicy diecezji, serca Kościoła lokalnego. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że w tym krytycznym momencie książę odwołał się do podstawowych wartości, jakie jemu, jakie władcy winny przyświecać.

   Jak widzieliśmy wyżej, zdaniem ówczesnych teoretyków wśród powinności władcy obrona poddanych oraz troska o Kościół zajmowały miejsce najistotniejsze. W praktyce przecież istotniejsze było utrzymanie władzy i troska o jej przekazanie w obrębie rodziny. Tyle, że aby móc zrealizować cele istotne dla rodziny, książę musiał przede wszystkim wypełniać swoje zobowiązania wobec społeczności. Ale te uwagi dotyczyły na równi wszystkich książąt. Dlaczego więc tylko Pobożny stanął na polu bitwy oko w oko z najeźdźcami? Warto odwołać się do spojrzenia obu Henryków na zakres ich władzy. Doszukiwanie się starań Henryka Brodatego o koronę królewską dla syna jest pozbawione podstaw źródłowych. Wszystko, co robił dla niego, robił w kontekście zwyczajów politycznych Piastów, dodając co najwyżej jako ich rozszerzenie nowe elementy zabezpieczające pozycję syna po swej śmierci. W ramach tej specyficznej struktury piastowskiego życia politycznego, opartej na zdobywaniu prestiżu władcy i jego – mniej lub bardziej dobrowolnym – uznaniu przez współrodowców i otoczenie, możemy umieścić decyzję Pobożnego. Tuż przed najazdem umocnił on swoją pozycję w przejętych księstwach, ale wciąż daleko był mu do tej, którą cieszył się u schyłku życia jego ojciec. Jednocześnie cały czas odwoływał się do jego przykładu, do swoich z nim więzi. Jego aktywność w przestrzeni politycznej poza granicami Polski sugeruje, że dążył – i przez niektórych było to akceptowane – do uznania go za hegemona wśród Piastów.

   Uzurpowanie sobie takiej pozycji w oczach sąsiadów nie było jednak tak trudne, jak jej uznanie przez krewnych. Jeśli Henryk II chciał zająć pozycję ojca, a nawet pójść dalej i uzyskać powszechne uznanie swego honorowego przywództwa w rodzie piastowskim, musiał stosownie do tego się zachować. I osiągnąć sukces na miarę opiekuna całego kraju. Niewątpliwie takim sukcesem byłoby rozbicie Mongołów. I niewątpliwie jako „najbardziej chrześcijański książę Polaków”, jak tytułował go Albert Behaim, książę musiał stawić im czoło. I choć tradycja władzy kultywowana przez ojca nakazywałaby troskę przede wszystkim o Śląsk, a własne doświadczenie podpowiadałoby przeczekanie najazdu za murami zamków, to szersze aspiracje polityczne wymuszały podjęcie bezpośredniej walki. Decyzja ta nie przyszła jednak Pobożnemu łatwo. Nie można wykluczyć, że odwlekał starcie licząc na przybycie posiłków. I to raczej nie czeskich, do czego jeszcze wrócimy, lecz krewniaków. Podporządkowując mu się dawaliby tym samym jasny sygnał uznania jego przywództwa. Ich odmowa, z ewentualnym wyjątkiem opolskiego księcia Mieszka II Otyłego, była wyraźnym sygnałem, jak długa droga dzieliła Henryka II od jego celu.

   Gdy już książę zdecydował się na szukanie rozstrzygnięcia w starciu zbrojnym, wybór jako pola bitwy terenów pod Legnicą nie był przypadkowy. Legnica była wówczas drugą pod względem dostojeństwa siedzibą książęcą. Resztki zamku ze wspaniałą kaplicą nie pozostawiają wątpliwości co do rangi tego grodu. Nie od rzeczy było też położenie Legnicy w południowej, lewobrzeżnej części Śląska. Ściągnięcie uwagi przeciwnika na Legnicę oznaczało odsunięcie groźby przejścia jego głównych sił przez prawy brzeg Odry. A to na nim właśnie ulokowane były najważniejsze dla rodu książęcego punkty na sakralnej mapie księstwa: nekropolie w Lubiążu i Trzebnicy. Stoczenie bitwy pod Legnicą odsuwało też groźbę najazdu na Wielkopolskę i znajdujące się tam serce Kościoła polskiego, arcybiskupie Gniezno. W kontekście lokalnym wybór tego miejsca oznaczał osłonięcie Złotoryi, która ze względu na wydobywanie złota w okolicy była ówcześnie bodaj najważniejszego dla skarbu książęcego miastem na Śląsku. Wszystko to jednak osiągnąłby Henryk, gdyby bitwę stoczył wcześniej, najlepiej zanim zagon mongolski minął Wrocław. Najwyraźniej nie był jednak do tego przygotowany. I jeśli liczył na nadejście posiłków, to Legnica leżała w optymalnym miejscu: stosunkowo blisko Rzeszy, Czech i Wielkopolski. Każdy, kto chciał wesprzeć Henryka jako sojusznik, miałby taką możliwość. Ale nikt nie chciał.

   Z jednym wyjątkiem – szwagra, króla Wacława I. Tyle, że ta jego chęć uwidoczniła się nie przed, ale po śmierci Pobożnego. Władca Czech napisał do anonimowych odbiorców dwa listy dotyczące wydarzeń legnickich. Pierwszy miał charakter pisma okólnego i cechuje go katastroficzny ton wypowiedzi króla: Polska cała została zajęta przez Tatarów, a wszyscy jej mieszkańcy, młodzi i starzy, zostali zabici. Jeden tylko „dux Polonorum”, szwagier króla, to jest Henryk II, stoczył z nimi bitwę. Został jednak w niej pokonany, choć zabił wielu. Drugi z listów Wacława poświęconych najazdowi mongolskiemu był pisany z dalszej perspektywy czasowej. A przynajmniej cechuje go znacznie chłodniejszy sposób relacjonowania wypadków. Co do ogólnego ich zarysu, nie różni się od przedstawionej wyżej wersji, z jednym jednak wyjątkiem: oddział Tatarów atakujący Polskę po zabójstwie licznych szlachetnie urodzonych oraz księcia zwrócił się ku Morawom, które bestialsko spustoszył. Król Wacław był więc tutaj, w odróżnieniu od swego pierwszego listu, pewny, że książę Polaków, jego szwagier, zginął. Jednocześnie przedstawiał bardzo interesującą wizję swoich działań w obliczu najazdu. Miał mianowicie znajdować się ze swoimi wojskami w pobliżu księcia Henryka. Niestety, książę zginął dzień wcześniej, bowiem „ów jednak, niestety!, nie poradziwszy się nas stoczył z nimi niepotrzebną bitwę, w wyniku której żałośnie został zabity”. Tak skonstruowana relacja nie przedstawia zmarłego w korzystnym świetle. Przeciwnie, sugeruje brak rozwagi, Wacława zaś kreuje na władcę godnego naśladowania. Usłyszawszy o zgonie Henryka ruszył on bowiem od razu „ku granicom Polski”, by stanąć naprzeciw jego zabójców i „wywrzeć na nich z Bożą pomocą należną pomstę”. Jeśli tej ostatniej nie dokonał, to tylko dlatego, że wrogowie uciekli przed nim z wielką prędkością nie bacząc na rwące nurty wielkich rzek.

   Oba listy w gruncie rzeczy uzupełniają się nawzajem. Z obu widać wyraźnie, że król Wacław nie znajdował się, jak przyjmuje część badaczy, w odległości jednego dnia drogi od Henryka Pobożnego. W swoim drugim liście król co prawda, że „jako że w tym czasie, gdy [Tatarzy] byli w Polsce, my z naszym wojskiem byliśmy w sąsiedztwie księcia do tego stopnia, że następnego dnia, po którym zginął, mogliśmy dotrzeć do niego z całym naszą potęgą”. Z tego samego listu wynika jednak, że przebywał wówczas poza Śląskiem. Tymczasem najbliższy Legnicy punkt leżący na uczęszczanym szlaku między ziemiami królestwa czeskiego a Śląskiem znajdował się w Kotlinie Kłodzkiej. Oznacza to, że wojska króla Czech od miejsca bitwy dzieliło co najmniej 100 kilometrów. Nawet, gdyby była to wyłącznie konnica, to jej dotarcie do wojsk Henryka II musiało zająć co najmniej trzy dni. A ich sprawność bojowa po tak forsownym marszu byłaby mocno ograniczona. Można oczywiście przyjąć, że Wacław rzeczywiście skoncentrował swoje wojska w niekorzystnym dla siebie, ale najbliższym Legnicy terenie, w okolicy Bramy Lubawskiej. Ale nawet wówczas wojska jego i Henryka dzieliło 60 kilometrów, a więc najmniej dwa dni bardzo szybkiego marszu. Niezależnie jednak od tego, który z punktów byśmy wybrali, z żadnego z nich wojska czeskie nie miały szans dotrzeć w ciągu jednego dnia pod Legnicę.

   I chyba też nie chciał. Zadaniem Wacława było osłanianie Czech, ale nie staczanie bitew. I jeśli pojawił się na Śląsku, to mógł mieć ku temu dwa powody: po pierwsze osłaniał bezpośredni szlak na Pragę, serce swego królestwa, po drugie miał szansę wystąpić jako opiekun małoletnich siostrzeńców, książąt śląskich. Ale by uzyskać tę godność, a z nią wpływ na kształt polityczny sąsiadującej z jego królestwem prowincji, musiał pozyskać sobie szacunek i wdzięczność tutejszych możnych. Osłaniając ich przed Mongołami, stwarzając wrażenie szukania zemsty za śmierć Pobożnego, miał szansę wykreować siebie jako władcę godnego tej funkcji. I chyba z tego punktu widzenia w kontekście śląskim należałoby odczytywać relacje i działania Wacława. Oczywiście, pod względem propagandowym, na użytek Rzeszy i chyba też papiestwa, miały one dużo ważniejszy cel: wykreowanie króla na jedynego bohaterskiego obrońcę chrześcijan w obliczu zagrożenia pogańskiego. Pobożny, działający nierozważnie i pozbawiony pomocy Bożej – bo ta towarzyszyła zwycięskiemu Wacławowi – znalazł się w jego cieniu.

   Zapewne nie rozstrzygniemy pytania, dlaczego Wacław nie ruszył wcześniej ku Legnicy. Warto jednak poważnie potraktować słowa króla, że Henryk działał nie konsultując się z nim. Zgadza się to z zaobserwowaną na gruncie polskim praktyką poczynań książąt piastowskich. Ale może też wynikać z szerszych zamierzeń książęcych. Wacław, który wielokrotnie zmieniał polityczny front w konflikcie między cesarstwem a papiestwem, nie mógł budzić przesadnego zaufania. A jego pojawienie się na polu bitwy rodziłoby groźbę przyćmienia samego Henryka II. Król Czech niewątpliwie w oczach postronnych górował autorytetem nad księciem Śląska i ten ostatni musiałby uznać na swojej ziemi, broniąc swoich poddanych, jego – chociażby teoretyczną – wyższość. Cóż dopiero, gdyby król Czech, formalnie dowodząc armią, wygrał bitwę? A nawet, gdyby wygrał ją Pobożny jako głównodowodzący, ale występując u boku króla Czech? Chwała przypadłaby bez wątpienia Wacławowi, a Henryk okazałby się nie hegemonem Polski, lecz władcą zależnym od potężniejszego powinowatego. Nie wydaje się, by tego właśnie pragnął budując swą pozycję w kraju i na arenie międzynarodowych zmagań politycznych.

   Obraz bitwy legnickiej, jaki wyłania się ze zwięzłych, współczesnych wypadkom legnickim informacji, jest dość jasny, choć nie pozbawiony niuansów: książę stoczył bitwę z najeźdźcami i zginął w czasie walki wraz ze swoimi rycerzami. Dla części informatorów była to śmierć tragiczna, przejmująca grozą. U niektórych jednak obok tych uczuć dochodzi do głosu wskazanie, że była to klęska wynikająca z zaniedbań. Określano je w kontekście powszechnych ówcześnie narzekań na niezgodę wśród chrześcijan. Tak też ogólną przyczynę klęski Zachodu w starciu z Mongołami w 1241 r. określił franciszkanin, brat Jordan. Miała ona miejsce „z powodu rozszczepienia i zaniedbania książąt i prałatów”. Ten osąd nie odnosił się jednak do samych poddanych Henryka. Ci występują jako działający wspólnie ze swoim księciem. On sam zaś ginie wspólnie z nimi, jego śmierć niczym od ich się nie różni. Poza faktem podstawowym, dla współczesnych niezmiernie ważnych – że w walce zginął władca, do tego władca całego kraju. Moment wspólnej śmierci księcia i jego podwładnych podkreślała także relacja templariusza Ponce de Aubon dla króla Francji Ludwika IX. Pisał on, że Mongołowie najechali ziemie, która należała do księcia Polski Henryka, zabili jego oraz wielu jego baronów. Nie wydaje się, by inaczej przedstawiano moment śmierci księcia w opowieści żywej w kręgu dworu śląskiego około połowy XIII w.

   Ostatecznie zatem dowiadujemy się właściwie tylko tyle, że 9 kwietnia 1241 r. miała miejsca w okolicy Legnicy bitwa, w której zginął książę Henryk i jego rycerze. Szczegóły samego starcia chyba na zawsze pozostaną zasłonięte przed naszymi oczyma. To, co pewne, to tragiczna śmierć władcy i jej odbiór przez tych, którzy przeżyli. I cóż za paradoks! Pobożny przegrał bitwę, stracił życie, ale uzyskał to, czego pragnął najbardziej w sferze politycznej: uznanie za hegemona Polski. Już w maju 1241 r. franciszkanin, brat Jordan, wiceminister dla prowincji czeskiej i polskiej, pisząc o najeździe tatarskim wspominał o śmierci najważniejszego księcia Polski” oraz o zniszczeniu przez Tatarów „Polski i owego władcy tej ziemi”. Dla księcia austriackiego Fryderyka był on „księciem Polaków, który został zabity”. Cesarz Fryderyk II pisząc w lipcu 1241 r. do króla Anglii określał zabitego władcę jako „księcia i władcę tej ziemi [to jest Polski]”. Wreszcie dla wysłanników papieskich do kraju Wielkiego Chana u schyłku lat 40. XIII w. wciąż był on „najbardziej chrześcijańskim księciem” Polski swoich czasów.

   Czy zatem poprzez swą śmierć Pobożny zrealizował swe cele: dowiódł swych umiejętności władcy, zyskał szacunek poddanych, wstąpił w ślady swego ojca? Przeciwnie, Brodaty nie zabiegał aż tak o utwierdzenie swej pozycji wśród sąsiadów, jak dbał o jej umacnianie w kręgu Piastów. Ci ostatni zaś tak jak za życia Pobożnego, tak i po śmierci młodszego z Henryków nie zamierzali go w jakiś szczególny sposób doceniać. A już zupełnie nie planowali otaczać opieką jego rodziny, czy też akceptować roszczeń jego synów. Wręcz przeciwnie, kto tylko mógł, starał się wykorzystać ich słabość. Jeśli więc Pobożny liczył na to, że stoczenie bitwy z Mongołami w obronie Śląska i Polski przyniesie korzyść jego rodzinie, to musiałby się srodze zawieść.

   To, że Pobożny prowadził politykę zgodną z wartościami, którym hołdował, zdaje się nie ulegać wątpliwości. Będąc im wierny oddał za nie życie na polach pod Legnicą, choć – powtórzmy to dobitnie – nikt nie oczekiwał od niego takiego poświęcenia. Pytanie tylko – jakie to były wartości? Zawieść mógłby się ten, kto oczekiwałby u Henryka motywacji bliskich krzyżowcom zmierzającym do Jerozolimy. Nie, Pobożny, zawsze trzeźwo kalkulujący swe poczynania polityczne, kierował się ku dalece bardziej przyziemnemu celowi: rozszerzeniu swojej władzy. Tyle tylko, że ówcześnie by po taką władzę mógł sięgnąć, musiał się jej okazać godnym w ogniu prawdziwego zagrożenia. A jeśli byłaby taka konieczność, musiał być gotowym zapłacić najwyższą cenę za swoją wizję władzy i społeczeństwa.

■ Przemysław Wiszewski - z uwagi na niemożliwość uczestnictwa w spotkaniu prelegenta, wykład został odczytany podczas spotkania w dniu 26.04.2012 r.

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl