Tragedia 9 kwietnia

Wszystkie społeczności zmierzają zawsze do uporządkowania swojego świata według własnych reguł i zgodnie z umiłowanymi przez siebie wartościami. Nie inaczej też było w średniowiecznej Europie.

   Ów tworzony europejski porządek wydawał się być niezniszczalny i oczywisty, jak Bóg na niebie. Każdemu człowiekowi podczas ziemskiej wędrówki do Królestwa Bożego przewidziano bardzo konkretne zadania, specjalizacje. Chłopi i mieszczanie mieli przede wszystkim pracować, rycerze, królowie i cesarze mieli walczyć i dbać o ziemski porządek, zaś duchowni z papieżem na czele mieli się modlić, studiować i wskazywać drogę do zbawienia wiecznego.

   Wszystkich zaś, którzy usiłowali ten porządek zburzyć - surowo karano. Wyróżniano dwie grupy wrogów średniowiecznego świata: wrogów zewnętrznych i wewnętrznych.

   WROGAMI ZEWNĘTRZNYMI byli wszyscy najeźdźcy, którzy na wzór starożytnych barbarzyńców próbowali chrześcijańską Europę zdobyć i narzucić jej obcy porządek. Takim zagrożeniem były najazdy Normanów, czyli Wikingów od VIII do XI wieku oraz niebezpieczne najazdy Madziarów, czyli Węgrów, którzy na przełomie IX-X wieku atakowali Bawarię, Saksonię i Morawy. Należy też wspomnieć o Saracenach w Hiszpanii oraz o Turkach, którzy pod koniec średniowiecza uderzyli na Bałkany, ale przede wszystkim o Mongołach, zwanych Tatarami. Te dzikie i obce kulturowo azjatyckie hordy na początku XIII wieku zasiały wśród Europejczyków strach, dochodząc aż po Odrę i Dunaj.

   WROGOWIE WEWNĘTRZNI byli, w rozumieniu ludzi średniowiecza, najgroźniejsi. Burzyli oni porządek społeczny, podważając spójne reguły życia religijnego i społecznego. Należeli do nich: alchemicy - próbujący wynaleźć sztuczne złoto, astrologowie - mówiący, że to planety mają na nas wpływ, a nie Boża Opatrzność, heretycy - tłumaczący nauki wiary według własnych pomysłów, schizmatycy - osłabiający chrześcijański świat rozłamami... Dla tych burzycieli średniowieczne społeczeństwo nie miało litości. Dla nich ustanowiono sądy inkwizycyjne, budowano sale tortur i stosy. Wszelkimi siłami broniono się przed nimi, podobnie jak my bronimy się dzisiaj przed terrorystami czy komputerowymi wirusami.

   W Polsce czasów średniowiecza nie wykształciła się żadna oryginalna nauka heretycka, mogąca zakłócić chrześcijański porządek społeczny. Herezje czeskiego Husa czy angielskiego Wiklefa miały tu małe wzięcie, a jeżeli nawet pojawił się jakiś heretyk, to natychmiast przywoływano go do porządku, nad czym czuwali biskupi, między innymi potężny młot na heretyków, jakim był biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki. Czasami tylko na polskich drogach zabłąkał się jakiś fałszywy kaznodzieja czy niedozwolone sekty wędrownych biczowników. Byli niegroźni, podobnie jak nasi alchemicy i astrolodzy. A kontakty z diabłami wywoływały raczej śmiech, co potwierdza późniejsza legenda o Twardowskim, który miał uciec przed diabłem na księżyc. Ale to nie koniec, bo jednak miała Polska swego śmiertelnego wroga - byli nim Mongołowie, zwani też Tatarami, czyli ludźmi z piekła. Te azjatyckie ludy na wiele lat opanowały Ruś i okupowały Węgry. Wylicza się trzy średniowieczne najazdy Tatarów na Polskę: w 1241 roku, w latach 1259-1260 i 1287-1288. Zniszczono wówczas prawie doszczętnie Lublin, Sandomierz, Wiślicę i Kraków.

   Do dnia dzisiejszego przetrwały w Krakowie dwa zwyczaje związane z tamtymi najazdami. Jeden z nich, to wiosenna zabawa w lajkonika, czyli jeżdżenie na drewnianym koniu i udawanie tatarskiego jeźdźca. Drugim zwyczajem jest sposób grania znanego powszechnie hejnału z wieży kościoła Mariackiego. Nagłe urwanie melodii symbolizuje śmierć krakowskiego trębacza, który ugodzony tatarską strzałą przestał trąbić na alarm. Jednak najgroźniejszym z tatarskich najazdów na Polskę był ten z 1241 roku. Momentem kulminacyjnym tego tragicznego czasu była słynna bitwa z Tatarami na Śląsku, pod murami Legnicy.

   Zatem ów najazd barbarzyńskich Tatarów na Polskę w 1241 roku nastąpił w czasie, gdy kraj był rozbity na dzielnice, a dwaj kolejni książęta śląscy, Henryk I Brodaty (ok. 1163-1238) i Henryk II Pobożny (ok. 1200-1241), próbowali ustabilizować sytuację polityczną w kraju, ponownie zjednoczyć królestwo i koronować się w Krakowie. Najpierw Henryk Brodaty, tocząc liczne wojny i zawierając układy ze swymi piastowskimi krewniakami, opanował stolicę w Krakowie. Był zwierzchnikiem Polski w latach 1228-1238, a kiedy w 1238 roku zmarł, dzieło przejął syn Brodatego i św. Jadwigi - Henryk Pobożny, snujący również plany koronowania się na króla Polski. Niestety, zamierzenia te nie zostały zrealizowane. Z początkiem 1241 roku Tatarzy wtargnęli do Polski od strony Rusi. Najpierw w styczniu dokonali krótkiego najazdu na Lublin i Sandomierz. Potem w lutym uderzyli głębiej dochodząc za Wiślicę, by wreszcie na przełomie marca i kwietnia 1241 roku dokonać głównego ataku na Kraków. Miasto spalono, a małopolskie rycerstwo wycięto w pień podczas przegranej bitwy pod Chmielnikami.

   Przebywający wtedy na Śląsku książę Henryk Pobożny przyjął na siebie ciężar organizowania obrony kraju. Pomagały mu niedobitki rycerstwa małopolskiego i oczywiście rycerstwo śląskie, przybyły też zbrojne oddziały Krzyżaków, templariuszy i joannitów, a nawet górników ze śląskich kopalń złota. Tymczasem Tatarzy dotarli na Śląsk. Minęli bokiem dobrze umocniony Racibórz, potem gród w Opolu, we Wrocławiu i stanęli pod Legnicą. Tam, 9 kwietnia 1241 roku, doszło do wielkiej bitwy, którą rycerstwo polskie przegrało. Podczas walk książę śląski Henryk Pobożny, widząc tragiczne położenie swych wojsk, miał zawołać - Gorze nam się stało! Co znaczy - Wielkie nas spotkało nieszczęście! Zaraz potem poległ. Tatarzy obcięli mu głowę, zabierając ją jako łup wojenny. Barbarzyńskim zwyczajem Tatarów było także odcinanie prawego ucha zabitemu wrogowi. Pod Legnicą nazbierali ich aż pięć wielkich worków. Ale po tym legnickim zwycięstwie Tatarzy jeszcze parę dni rabowali okolice, a następnie ogłosili odwrót, ruszając z wielkimi łupami w kierunku na Morawy i Węgry. Nigdy więcej na Śląsk już nie przybyli.

   Dzisiaj chyba wszyscy mieszkańcy Polski, gdy ich zapytać o rok bitwy pod Grunwaldem - to chórem odpowiadają - rok 1410! A spróbujmy zapytać, co się stało 9 kwietnia 1241 roku. Jestem pewny, że nawet jeden na stu zapytanych nie odpowie. To pokazuje, jak bardzo słabą mamy promocję ważnych wydarzeń z dziejów Śląska. Podobnie mało kto wie, że w dawnym Raciborzu - do czasów aż zakazali tego Niemcy około 1871 roku - chodziła po mieście dziękczynna procesja za uratowanie miasta od zdobycia przez Tatarów w 1241 roku. A to przypisywano św. Marcelemu, którego zresztą figura stoi do dzisiaj u podstawy słupa Maryjnego na raciborskim Rynku.

   A kto wie, dlaczego bł. Czesława przedstawia się na obrazach czy rzeźbach z ognistą kulą? Bo według legendy na skutek modlitw tego zakonnika owa kula miała spaść z nieba i wystraszyć Tatarów spod Wrocławia. A kto wie, że w okolicach Wodzisławia Śląskiego żyje do dzisiaj liczny ród Tatarczyków, którzy są potomkami wziętych w 1241 roku w niewolę Tatarów? To nie żart! I takich tatarskich historii jest na Śląsku dziesiątki, setki. A jak do tego dołożymy fakt, że mieszkańcy Legnicy starają się o beatyfikację, czyli wyniesienie na ołtarze dzielnego księcia śląskiego Henryka Pobożnego - to okazuje się, iż wydarzenie 9 kwietnia godne jest śląskiego wspominania. Może przez parady bractw rycerskich albo poprzez wiosenne festyny, na których można sprzedawać tatar czy wódkę tatarczówkę, od wielu lat promowaną przez Dom Kultury w Skoczowie. Warto pamiętać o 9 kwietnia!

■ Marek Szołtysek – Dziennik Zachodni, 9.04.2010 r.

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl