Ojcowie Zbigniew i Michał – świadkowie miłości

[image]   Wśród bardzo ważnych, wspaniałych wykładów w DLP ’90 tym razem będzie zwyczajna opowieść o świadkach miłości. Tutaj już słyszeliśmy o wielu świadkach, którzy byli wierni do końca Chrystusowi, Ojczyźnie, rodzinie, Kościołowi. Teraz także ja chciałbym opowiedzieć o świadkach miłości. Tej Miłości, o której Jezus powiedział, że „nie ma większej od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. O miłości i wierze, która zawsze zwycięża. Niegdyś, gdy byłem jeszcze w szkole podstawowej usłyszałem w kazaniu Sługi Bożego ks. kard. Stefana Wyszyńskiego stwierdzenie, którego wówczas nie rozumiałem: „To bł. o. Maksymilian, franciszkanin wygrał wojnę”. Z czasem przyszła refleksja, gdy skojarzyłem to zdanie ze słowami Jezusa: „Kto straci życie z Mego powodu, ten je odzyska”.

[image]

   Chrześcijanie zawsze wierzyli, że ofiara cierpienia i życia ma sens, gdy jest z miłości do Boga i ludzi. „Krew męczenników jest posiewem chrześcijan”. Im więcej nas prześladują, zabijają, tym więcej nas jest. Ziarno pszeniczne, gdy wpadnie w ziemię i obumrze wydaje owoc stokrotny (J12, 24-25). Bł. Jan Paweł Wielki mówił (a słuchałem tych słów, gdy byłem w koncelebrze z Ojcem Świętym w Castel Gandolfo): Święci nie umierają. Oni żyją w pokoju i są z nami. A o męczennikach bł. Jan Paweł II mówił, że są dla nas zawsze wezwaniem do rachunku sumienia. Budzą pytanie o naszą wierność, bo kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny. Nie o drobiazgowość chodzi, ale o wierność, która przejawiała się we wszystkim, co robili, czym żyli i jak żyli. O wierność do końca, także w chwili wielkiej próby. W chwili niezwykłego świadectwa miłości do Jezusa i Jego ludu, do Kościoła, do dzieci Bożych im powierzonych.

   Historia jest nauczycielką życia. Ale historia męczeństwa dopiero jest nauczycielką, największą nauczycielką życia! To właśnie im – męczennikom miłości zawdzięczamy ocalenie wartości najwyższych, wysoką kulturę i cywilizację, wolność i pokój. Męczennicy ratują świat przed zagubieniem i wręcz katastrofą, poniżeniem i barbarzyństwem.

   Ojcowie Michał Tomaszek (ur. 1960 r.) i Zbigniew Strzałkowski (ur. 1958 r.) mają tytuł Sług Bożych. Proces beatyfikacyjny, który za pozwoleniem Ojca Świętego Jana Pawła II rozpoczął się szybciej, bo już po 4 latach od męczeńskiej śmierci, jest bardzo zaawansowany. Przeszedł wszystkie etapy konieczne przed przedstawieniem Ojcu Świętemu do zatwierdzenia kandydatów do beatyfikacji. Ojcowie po święceniach prezbiteratu pracowali w naszej i tylko w naszej diecezji legnickiej: o. Zbigniew w Legnicy (w „Małej Moskwie”), o. Michał w Pieńsku (przy ul. Lenina). Imionami Sług Bożych już od wielu lat są w Polsce, w różnych miastach, nazywane szkoły, ulice, dzwony, świetlice, ulice itp.

   Obydwaj dzieciństwo mieli piękne, bo wychowywali się we wspaniałych, prawdziwie katolickich rodzinach. O. Michał w Łękawicy, w pobliżu sanktuarium Matki Bożej Rychwałdzkiej k. Żywca, o. Zbigniew w Zawadzie – parafia katedralna w Tarnowie. W życiorysach świętych często w dzieciństwie pojawia się cierpienie. Mały Michał, gdy miał pół roku, bardzo ciężko zachorował. Mama była przy nim w szpitalu. Na chwilę poszła do kościoła na Drogę Krzyżową. Wróciła do całkowicie zdrowego dziecka. Lekarz nie mógł wyjść ze zdumienia. Krzyżem dla rodziny Tomaszków była śmierć taty tuż po pierwszej Komunii św. Michała i brata bliźniaka Marka. Przy chrzcie matka chrzestna powiedziała do ich mamy: Jeden będzie dla ciebie, by cię wspierał, a drugiego oddasz Bogu. W dniu Pierwszej Komunii św. przytuleni do taty w szpitalu płakali. Tata mówi wtedy do swoich synów: „Idźcie już, bo spóźnicie się na nieszpory”. Kiedyś mawiał: „Nie opuszczajcie nieszporów, a gdyby coś zaszło, to przynajmniej Magnificat w domu odśpiewajcie”. Kiedyś dzieci udały się na odpust z dziadkiem, który dał im trochę pieniędzy. Mieli sobie kupić słodycze, a że niezbyt byli grzeczni, dziadek zdecydował: „Pieniądze dacie ubogim.” I było po słodyczach.

   Opinie o o. Zbigniewie, pisane niegdyś w szkole czy w parafii, były niezwykle dobre. Czytamy w nich, że był wzorowym uczniem, synem, ministrantem, lektorem. Często pisano o nim: „utalentowany, przejęty Bogiem, pogodny, serdeczny, dobry organizator, zgodny…” Miał też hobby: bardzo lubił czytać książki o Indianach. Zainteresowanie misjami miał od młodości. Zbierał znaczki, by wspomagać misje, zorganizował paczkę z lekarstwami, którą przyniósł siostrze zakonnej, by przekazała ją na misje w Afryce. Był najlepszym uczniem w Technikum Zawodowym w Zespole Szkół Mechaniczno-Elektrycznych w Tarnowie. O. Michał liceum kończył w Legnicy w Niższym Seminarium Duchownym, a trudności z matematyką pokonał skutecznie, bo maturę z niej zdał na czwórkę.

   Nie ubarwiam ani nie lukruję życiorysów Ojców Męczenników. Świadectwa, opinie o nich były pisane na bieżąco. Żyją ludzie, którzy ich dobrze znali. Obydwaj rozwijali, pogłębiali dar pobożności, czemu sprzyjały rodziny, w których się wychowywali. Ich szlachetność tam się kształtowała. Bardzo ważne, że w okresie młodości potrafili wiarę swą pogłębić, umocnić.
Decyzja wstąpienia do Zakonu była doniosła w ich życiu. Wyraźnie odczytali powołanie Jezusa do kapłaństwa. Świadczą o tym pisma – prośby o przyjęcie: „Skłania mnie do tego przede wszystkim święta postać Założyciela Zakonu i że wydał on bł. o. Maksymiliana Kolbego” (o. Zbigniew); „Pragnę służyć Bogu w miłości braterskiej, aby Ten, Który nazwał nas przyjaciółmi, został przez wszystkich przyjęty i Jego miłość opanowała wszystkie serca” (o. Michał).

   Lubili zakonną pieśń „Matko ma, Zakonie mój, jam na wieki syn, jam na wieki Twój”. Pisali również w podaniu, że pragną udać się na misje. Prośbę tę ponowili przed ślubami wieczystymi i przed święceniami, zastrzegając, że całkowicie chcą być posłuszni Ojcu Prowincjałowi. W Zakonie byli bardzo szczęśliwi. O. Michał do kuzynki na jej ślub napisał: „Żebyś była tak szczęśliwa jak ja w Zakonie”. O. Zbigniew kiedyś zanotował: „Co to za życie, jeśli się tylko żyje pospolicie i wegetuje. Moim marzeniem jest wyjazd na misje. Zastanawiałem się, co mógłbym robić w życiu: albo wyjechać na misje, albo ratować dzieci nienarodzone. Pragnieniem moim jest praca na misjach, by w ten sposób służyć Bogu i Niepokalanej”. O. Michał w 1981 r., czyli na 10 lat przed męczeńską śmiercią, napisał: „ Pragnę złożyć Bogu na ręce Maryi Dziewicy dar z siebie na całe życie”.

   Obydwaj Ojcowie byli wielkimi czcicielami Matki Bożej. O. Zbigniewa widziałem stale w chwilach wolnych czy w drodze z różańcem w ręku. O. Michał dostał od mamy figurkę Niepokalanej. Przed snem stawiał ją na stoliku i długo się modlił, gdy w internacie inni już spali. Z tą figurką się nie rozstawał, także na misjach w Peru. Obydwaj byli zaangażowani w Rycerstwo Niepokalanej. Zwłaszcza w sekcji misyjnej i charytatywnej. Prowadzili katechezę dzieci specjalnej troski. Spontanicznie, z własnej woli opiekowali się chorymi. O. Michał przez cały czas nowicjatu spełniał wcale niełatwe posługi obłożnie chorej. Podobnie o. Zbigniew, który też interesował się leczeniem ziołami (na misjach nie ma aptek i o lekarza bardzo trudno). Kontaktował się więc w Krakowie z prof. Wierzbickim i prof. Aleksandrowiczem, od których wiele się nauczył. Rodzice mówili, że o każdym chorym dziecku im opowiadał, odwiedzał je w ich domach a w czasie wakacji zorganizował u rodziców przyjęcie dla tych dzieci. Wśród jego rekolekcyjnych zapisków czytamy: „Żałowałem, że rekolekcje się skończyły. Najbardziej lubiłem przebywać sam na sam z Panem i rozmyślać… o wszystkim. Ścisłe milczenie mnie do tego zachęcało”. W czasie studiów w Krakowie o. Zbigniew na spływie kajakowym nabierał doświadczenia duszpasterskiego. Wedy też pojawiła się inicjatywa, w której miał udział, utworzenia REFA (Ruch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu), który do dziś działa, zwłaszcza wśród młodzieży i ma szeroki zasięg.
Po święceniach otrzymali trudne zadania. O. Michał w Pieńsku – miejscowości, w której u wielu jest duża niechęć czy obojętność do Kościoła, a o. Zbigniew nie tylko do wychowawczej służby wśród młodzieży, ale także do budowania internatu w Legnicy. Był wyznaczony na zastępcę o. Józefa, któremu – pełnemu obaw – mówił z entuzjazmem: „Ależ Ojcze, jak to jest wola Boża to damy radę!”.

   Oprócz prowadzenia budowy, która wymagała bardzo wiele wysiłku, zabiegów, o. Zbigniew w przedziwny sposób odnajdywał chorych, którzy bardzo potrzebowali pomocy. Pamiętam dziewczynę, która była załamana po ciężkim wypadku. Przychodziła do o. Zbigniewa po duchowe wsparcie. Znajdował ludzi, których gromadził i uczył prawd wiary. Okazało się bowiem, że nie znają nawet podstawowych prawd wiary. Wyjaśnił im po kolei całe Credo, a na koniec katechez, chyba po roku czasu, złożyli uroczyście wyznanie wiary. I byli bardzo wdzięczni za doprowadzenie ich do Boga. Wiadomo, że w Legnicy była okupacyjna Czerwona Armia sowiecka. Także do nich, i to do oficerów, trafiał z Ewangelią. W tajemnicy, w cywilu spotykał się w domach prywatnych u zaufanych ludzi i tam ich spowiadał. Trochę był „zaprawiony do konspiracji”, ponieważ czas seminarium Ojcowie przeżywali w stanie wojennym. Był to jednocześnie niezwykły czas pielgrzymek Ojca Świętego Jana Pawła II, co miało ogromne znaczenie dla formacji, dla gorliwości w życiu wiarą.

   O. Michał w Pieńsku zaczął gromadzić coraz więcej młodzieży. Grób Pański, jaki zbudował – pewnie wraz z młodzieżą – był przejmujący. Ustawił telewizor z napisem na ekranie „Gdzie jest twój Bóg?”, a obok butelki po alkoholu – kieliszki, radio, strzykawkę do narkotyków, karty, pieniądze, zbezczeszczony chleb, torebkę po kawie… Chciał, żeby każdy zastanowił się i zobaczył swe grzechy, za które Chrystus Pan cierpiał i umarł na Krzyżu. Po przybyciu do Pieńska o. Michał, gdy zasiadł pierwszy raz do konfesjonału, przeżywał bardzo mocno posługę sakramentu. Pierwszej penitentce wręczył obrazek z podpisem: „Na pamiątkę pierwszej spowiedzi w moim życiu”. Proboszcz, o. Ignacy, pamięta dobrze słowa o. Michała: „Jeśli trzeba będzie dla sprawy Bożej złożyć ofiarę życia, to nie będę się wahał”. Gdy przyszedł pożegnalny dzień na Mszy św. kościół był zapełniony młodzieżą po brzegi jak nigdy. Krzysztof w imieniu młodych mówił: „Trudno nam jest się z Tobą rozstać. Na pewno każdy z nas chciałby krzyczeć: Ojcze, zostań! Nie odchodź! Lecz wiemy, że w dalekim kraju czekają na tak wspaniałego kapłana i przyjaciela…”. Gdy odjeżdżał młodzież obsypała samochód kwiatami i wołała: „Wróć do nas!”. A gdy żegnał się z ludźmi w swej rodzinnej miejscowości wujek Eugeniusz powiedział: „Michał, tyś jednak kochał te nasze góry, jodłą, smrekiem malowane, boś odszedł znowu w góry, te wysokie, nagie Andy, na zawsze”.

   O. Zbigniew w swej braterskiej dobroci stale reagował tak, że gdy tylko napomknąłem o jakiejś sprawie, którą muszę iść załatwić, od razu mówił: „Proszę się nie martwić, ja pójdę”. W trakcie załatwiania spraw wizowych i innych w Warszawie wstępowali do kościoła św. Stanisława i przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki modlili się, a tuż przed odlotem bardzo długo, wyjątkowo długo. Muszę też zaświadczyć o tym, jak o. Zbigniew w Legnicy pewnego wieczoru, gdy patrzył na mapę Peru, wskazał mi jakieś miejsce: „Gdybym zginął, to tutaj mnie szukajcie”. Mówię: „Słyszałem, że tam jest niebezpiecznie”. O. Zbigniew odpowiedział: „Jak chce się być misjonarzem, trzeba być gotowym na wszystko”.

   Widziałem z jaką radością, wręcz entuzjazmem udawali się na misje. Dobrze pamiętam radość na twarzy, wręcz błysk w oczach o. Michała, gdy widziałem go ostatni raz przed odlotem do Peru. Ich wychowawca, już śp. o. Mariusz Paczóski (spowiednik Ojca Świętego Benedykta XVI) napisał: „Ich męczeństwo nie uważam za przypadek niezależny od tego, kim byli. Bóg przyjął ich gotowość wcześniej ujawnioną, a ostatnim wyznaniem potwierdzoną”.

   Do Peru dotarli przez Moskwę. Najpierw o. Zbigniew, potem o. Michał. Na miejscu był już przełożony misji, o. Jarosław Wysoczański. W diecezji Chimbote objęli parafię Pariacoto z 63 wioskami rozrzuconymi w górach 1600-4500 m. n.p.m. Docierali tam samochodem (np. 1 godz.), potem konno (5 – 6 godz.). W wiosce (pueblo) raz na rok na odpuście (fiesta) ludzie bawili się niemal całą noc, na drugi dzień Msza św., chrzty, śluby. Dzieci okropnie wrzeszczały, więc o. Michał zaproponował, by matki wzięły je na ręce, a one na to: „O, nie! Chrzest będzie nieważny!”. Noc spędził ojciec misjonarz w chacie z gliny, o niskich drzwiach i suficie: „Łóżko sztukowałem krzesłem. Ten mebel jest rzadkością. W nocy było zimno, a w dzień upalnie. Jacyś ludzie, wyuczeni w Moskwie, wpłynęli na to, że pod nieobecność kapłanów podrośnięte dzieci mają urzędowe imiona: Stalin, Hitler, Lenin, Bismarck…”.

   W Pariacoto misjonarze musieli się uporać z uruchomieniem kanalizacji wodnej, prądu itd. „Większe problemy i poważniejsze są w pracy duszpasterskiej. Musimy po prostu odrodzić chrześcijaństwo” – stwierdzał o. Michał. Mieli tam psa, który wabił się Oso (niedźwiedź), ale polscy misjonarze wołali go „ośle”. Podczas Mszy św. bywał pod ołtarzem albo spał pod tabernakulum. Pies ten jak tylko wyczuł fałszywego człowieka szczekał tak donośnie, że trzeba było poczekać z liturgią. Do liturgii misjonarze włączali elementy miejscowej tradycji i kultury, np. taniec zwany kondorem, muzykę na ich instrumentach, na półtorametrowej „fasoli”. Tamtejsi ludzie lubią śpiewać.
Gleba jest tam twarda, bez deszczu, nie ma plonów. A gdy jest za dużo deszczu są tragedie błotnej lawiny. Dlatego o. Michał ze swoim poczuciem humoru pisał do rodziny: „Módlcie się o deszcz, bo drugi rok nie pada. Módlcie się tak w umiarze, bo nadmiar deszczu jest katastrofą – błotna powódź”.

   Z powodu braku kapłanów ludzie są religijnie bardzo zaniedbani. Katechiści, przygotowani przez misjonarzy do ewangelizacji, starają się przybliżyć Chrystusa i Kościół, katechizm, sakramenty święte. Po latach pracy misjonarzy pojawiły się pierwsze powołania Peruwiańczyków. Gdy nastawała susza była ogromna bieda, a w dodatku epidemia cholery. Ojcowie sprowadzali pomoc, skutecznie ratowali ludzi. O sprawach materialnych o. Zbigniew mawiał: „Trzeba zaufać Bogu”. Natomiast o tzw. teologii wyzwolenia pisał: „Uważam, że to niepoważna zabawa z poważnymi konsekwencjami”. O. Michał w liście do domu: „Pokochałem tę ziemię. Gdy na parę dni opuściłem Pariacoto, to tęskniłem za nim. We snach jednak jestem w Polsce. A te góry są dla mnie jak chleb. Widok tych gór jest jakby od urodzenia dla mnie przeznaczony”.

   Ludzie pokochali swoich Ojców Misjonarzy. Wokół o. Michała gromadziły się ogromne, coraz większe rzesze młodzieży. Miłość, jaką otaczani byli przez ludzi, pomoc udzielana biednym i chorym okazała się najcięższym przewinieniem wobec lewicowego Świetlistego Szlaku (Sendero Luminoso) – komunistycznego ruchu dążącego do zdobycia władzy przemocą. Ich działalność ogarnęła także departament Ancash, na terenie którego pracowali ojcowie. O. Michał pisał: „Ale jak miałem w Polsce nadzieję (po 1981 r.), że w tych wszystkich rachubach ludzkich Bóg ma ostatnie słowo, tak i tutaj mam nadzieję. A że nie zawsze jest lekko – jest to normalne: Chrystus cokolwiek zapowiedział na ten temat”. Komunistyczna Partia Sendero Luminoso brała udział w spotkaniach międzynarodówki komunistycznej w Moskwie, ale frakcja, której przewodził Abimael Guzman opowiedziała się za chińską drogą przemocy. Określili się oni jako Marksistowsko-leninowsko-maoistyczna Komunistyczna Partia Peru – Sendero Luminoso. Deklarowali: „Jesteśmy materialistami. Jesteśmy krwią potężną i pulsującą; jesteśmy komunistami dysponowanymi do wszystkiego – do wojny rozbijającej w miażdżących akcjach idee tkwiące w ludzkich umysłach”. Do takich zaliczali religię, którą określali jako „opium dla ludu”. „Kościół zjemy jako ostatni kawałek tortu” – grozili. Starali się budzić grozę, sparaliżować działanie diecezji, parafii, likwidować ludzką solidarność. Księży oskarżali o co tylko się dało, żeby podważyć do nich zaufanie ludu. Fałszywe oskarżenia i ataki terrorystyczne kierowali na biskupów, księży, na świątynie, na dzieła Caritasu, na Instytuty Kształcenia Rolniczego. Palili plebanie, torturowali księży. Tych okrucieństw było bardzo wiele. Także państwo, siły zbrojne i policja lokalna wielokrotnie występowały przeciw Kościołowi. Przede wszystkim dlatego, że działał on na rzecz ubogich, co burzyło dotychczasowe struktury i dotykało interesów lokalnych władz.

   Zagrożenie było bardzo wielkie, ale ojcowie zdecydowali pozostać z ludem, który ich potrzebował. Misjonarze mieli świadomość jak bardzo są narażeni na niebezpieczeństwo. Prosili trzech kandydatów do Zakonu (postulantów), mieszkających z nimi, aby byli ostrożni w rozmowach ludźmi. Martwili się o bezpieczeństwo parafian, o siostrę Lucillę, która wybierała się na odpust do Yautan z młodzieżą.

   9 sierpnia 1991 r., piątek. O. Zbigniew kończył kurs dla katechistów. O. Michał był z młodzieżą w Huaraz na wycieczce połączonej z formacją. O. Jarosław odleciał do Polski na rodzinne uroczystości. O g. 19.15 ojcowie rozpoczęli adorację Najświętszego Sakramentu, a po niej odprawili Mszę św. Przewodniczył o. Zbigniew, nawiązał w homilii do Ewangelii (Mt 16, 24-28). Tekst okazał się proroczy. Uczestniczący we Mszy św. widzieli, że tym razem ojciec często zerkał na drzwi wejściowe. Wcześniej o g. 15.00, jak zwykle w piątek, adorował Jezusa w kościele, ale coraz częściej patrzył na zegarek. Msza św. kończyła się o g. 20.00. Ktoś wszedł i powiedział: „Terroryści!”. Większość wnet opuściła świątynię. Pozostała grupa młodzieży. Gdy o. Zbigniew opatrywał ranę dziecka s. Lucilla ujrzała w drzwiach trzech uzbrojonych ludzi z kominiarkami na twarzach. Jeden z nich powiedział: „Jesteśmy towarzyszami, chcemy rozmawiać z ojcami”. Drugi dodał: „Chcemy widzieć samochody”. O. Zbigniew powiedział do Anny: „Dopilnuj tego dziecka, lekarstw, opatrunków, mnie szukają”. S. Lucilla i s. Berta szły za Ojcem. „Widziałam Ojca idącego, spokojnego, pogodnego, z wielką wewnętrzną siłą” – relacjonowała potem s. Lucilla. Tymczasem o. Michał zawołał trzech postulantów do kaplicy i polecił im nie wychodzić pod żadnym pozorem. Modlili się na różańcu rozważając (ponieważ był piątek) tajemnice bolesne. Jeden z towarzyszy zapytał: „Jesteś Ojcem?”. „Tak, ja jestem” – odpowiedział o. Zbigniew. Potem terrorysta rozkazał przyprowadzić drugiego, tzn. o. Michała. „Związać go!” – padł rozkaz. Ojcowie spokojnie podali ręce do związania sznurami. S. Berta protestowała: „Dlaczego ich związaliście, dlaczego nie chcecie rozmawiać, czego chcecie?”. Terroryści zażądali kluczyków od samochodu i zapytali: „Skąd macie te samochody?”. O. Zbigniew odpowiedział: „Są darem naszego zakonu”. „Nie. To jest od imperialistów, są od jankesów” – zarzucał terrorysta. „Nie. Są darem, który otrzymaliśmy z Rzymu” – odrzekł o. Zbigniew. „Ilu was tutaj żyje?” – wypytywał oprawca. „Pięciu, dwóch ojców i trzech postulantów” – odpowiedział o. Zbigniew. Wówczas towarzysz zażądał, by przyszli postulanci, ale ojciec zdecydowanie powiedział, że oni nie przyjdą, bo nie są ojcami.

   Postulanci w kaplicy rozważali tajemnice bolesne: Jezus w Ogrójcu, pojmanie, biczowanie, cierniem ukoronowanie, drogę krzyżową i śmierć na Krzyżu… Siostry ciągle nalegały, by terroryści pozostawili Ojców, że ludzie ich potrzebują. Związanych misjonarzy zabrano do samochodów. Nagle rozległ się straszny huk. Dwa razy. Towarzysze wysadzili żywnościowy magazyn Caritas.
S. Berta weszła do samochodu, do którego komuniści wsadzili Ojców. Widziała wyraźnie w oczach terrorystów nienawiść. Teraz zaczął się „proces”. Oskarżenie brzmiało: „Rozdawaliście ludziom żywność, która pochodziła od kapitalistów”. Misjonarze tłumaczyli: „Owszem, rozdawaliśmy, bo była susza i głód we wsi”. Następnie oskarżali misjonarzy o głoszenie pokoju, nauczanie Biblii, przykazań miłości. Pouczali ich, że religia to opium dla ludu, usypia lud i wstrzymuje rewolucję. Towarzysz o imieniu Jorge mówił, że wszystko osiąga się przemocą, która jest jedynym sposobem prowadzącym do triumfu. O. Michał na to: „Jeśli twierdzicie, że źle pracowaliśmy, to powiedzcie, co źle robiliśmy”. Odpowiedzi nie było. Ojcowie w ostatniej rozmowie między sobą przeszli na język polski, zdając sobie sprawę z zagrożenia śmiercią. Może to były słowa absolucji. Siostrę Bertę terroryści siłą, lufami karabinów, wypchnęli z samochodu. Zatrzymali się za mostem, na drodze w kierunku Cochabamby. Oblali most benzyną, podpalili i rzucili w niego granatami.

   Ok. g. 21.00 dały się słyszeć strzały z rejonu Pueblo Viejo. Godzinę później siedmiu mężczyzn i chłopców udało się tam, a nieco później większa grupa. W tym czasie znów był straszny wybuch, widać było ogień. Okazało się, że terroryści zniszczyli samochody ojców. Po północy powrócili młodzi i oznajmili, że napotkali ciała ojców i wójta Justina Mazy. S. Berta z dwoma mężczyznami udała się do Casmy, by powiadomić biskupa i księży. Inni, ok. g. 4.30 poszli na miejsce egzekucji. O g. 5.00 rano ujrzeli ciała ojców związanych twarzami do ziemi, schylonych, a strumyki krwi połączyły się w jeden. Zabito ich strzałami w tył głowy. Na plecach o. Zbigniewa była tabliczka z wyrokiem: „Tak umierają lizusy imperialistów”. W jej rogu znajdował się rysunek sierpa i młota oraz wezwanie: Viva EL E.G.P. W ten sposób pod akcją podpisali się bojownicy zbrojnych oddziałów Komunistycznej Partii Sendero Luminoso. Rano w obecności gubernatora i policji przewieziono ciała Ojców Męczenników do kościoła. Przyjechał biskup Luis Bambaren. Gdy zobaczył zamordowanych misjonarzy zapłakał. Odprawił Mszę św. z licznym udziałem wstrząśniętego ludu. Ciała zabrano do Casma na autopsję. W miejscu zabicia i w kościele ludzie gromadzili się i modlili. Na Mszę św. o g. 22.00, pod przewodnictwem biskupa, przybyli liczni kapłani z całej diecezji oraz z Limy. Rzesze ludzi z Pariacoto, z Casmy i Chimbote modliły się całą noc.

   Kondukt pogrzebowy (w niedzielę 11 sierpnia 1991 r.) wyruszył o g. 9.00 w kierunku Pariacoto dokąd dotarł ok. g. 15.00. Po drodze ludzie spontanicznie stawiali łuki (bramy z kwiatów) z napisami: „Nie wszystek człowiek umiera”. „Ojcowie, przebaczcie nam” – napisały dzieci. Szczególnym przeżyciem było wejście do Pariacoto. Drogi były wysłane kwiatami, tłumy ludzi, zapłakane dzieci – z kwiatami w rękach. Były chorągwie, flagi, także polskie. W Liceum im. św. Franciszka w Legnicy był student na praktyce z Peru. On również powiedział do nas: „Przebaczcie nam, Polacy, za to co zrobili Ojcom ci ludzie w moim kraju!”. 12 sierpnia 1991 r. poruszenie było jeszcze większe. Przybyli biskup z Huaraz, generał zakonu z Rzymu, liczni kapłani, siostry zakonne, rzesze dzieci, które tak bardzo kochały swych Pasterzy, wierni. Ciała męczenników umieszczono w sarkofagach w kościele w Pariacoto.

   Gdy po pogrzebie ludzie rozjechali się do swoich miejscowości, mieszkańcy wsi i okolic pozostali w świątyni. Przy licznie zapalonych świecach śpiewali w języku hiszpańskim i keczua. Modlili się całą noc. Gdy nastał ranek odprawiono rytuał stosowany przez Inków od niepamiętnych czasów, a który jest znakiem miłości i wiary. Kapłan polecił otwarcie wszystkich drzwi i okien kościoła. Potomkowie Inków „zaprosili” światło do wnętrza świątyni. Kapłan stojąc przy sarkofagu o. Michała zawołał: „Ojcze Michale! Wstąp do nieba!” Wszyscy bardzo mocno powtórzyli zawołanie: „O. Michale! Wstąp do nieba!”. Tak samo przy grobie o. Zbigniewa. Kapłan stanął na środku, zaprosił do modlitwy różańcowej, zaproponował tajemnice bolesne, a lud podpowiedział: „Nie, ojcze. Chwalebne, gdyż oni są już w niebie”.

   Gdy św. Franciszek dowiedział się o pierwszych męczennikach zamordowanych przez muzułmanów w Maroku z Jego świeżo zatwierdzonego Zakonu, powiedział: „Teraz wiem, że mam braci”.

   Po latach A. Guzman został uwięziony. Ludzie już nie wierzyli rewolucjonistom, ich obietnicom. „Jak możemy im wierzyć, skoro oni zabijają naszych najlepszych przyjaciół!” – mówili. W więzieniu odwiedził go biskup. Guzman powiedział mu, że decyzja o zamordowaniu ojców zapadła na szczeblu międzynarodowym, z nienawiści do wiary i Kościoła. Zapewne od swoich szpiegów wiedzieli oni, że w Polsce ateistyczna ideologia, komunizm upada. Choć ojcowie nie zajmowali się politycznymi sprawami, lewicowe partie nie pozostawiały Kościoła w spokoju, ale go zwalczały. Dla Sendero Luminoso tacy świadkowie z katolickiej Polski bynajmniej nie byli na rękę. A uczynili ich jeszcze mocniejszymi świadkami, świadkami Chrystusa, świadkami Miłości.

■ o. Józef Szańca OFMConv - wykład wygłoszony w dniu 12 grudnia 2013 r.; skrót wykładu został opublikowany w "Niedzieli" nr 4 z 26.01.2014 r.

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl