Henryk Pobożny wzór rycerza

   Henryk Pobożny nie był najstarszym synem Henryka Brodatego i Jadwigi. Po śmierci ich pierworodnego syna Bolesława, szanse na przejęcie dziedzictwa miał ich drugi syn Konrad, zwany Kędzierzawym. Kiedy i on zginął w 1213 roku na polowaniu pod dolnośląskim Tarnowem, Henryk — nie nazwany jeszcze wtedy „Pobożnym” - przydomek ten nadano najpierw jego ojcu — wysunął się na plan pierwszy. Jego młodość i dzieciństwo przebiegały w atmosferze chrześcijańskiej. Oddziaływanie matki, dworskich opiekunek, a także akceptowanie chrześcijańskiego wzoru rycerza i władcy wpływało na ułożenie dobrych stosunków między dziećmi i rodzicami.

   Na charakter młodego Henryka miała bezpośredni wpływ jego matka — Jadwiga, późniejsza święta. Ulegały jej nie tylko dzieci ale także mąż, Henryk Brodaty, i pozostali domownicy, stale pouczani przez Jadwigę oraz nakłaniani do pogłębiania życia religijnego. Księżna matka miała wpływ na syna nie tylko w okresie jego dorastania, ale także po założeniu przez niego własnej rodziny. Już dawno miał za sobą dziecięce lata, a jeszcze stale był na dalszym planie, wykonując ojcowskie polecenia. W źródłach nie spotykamy śladów oburzenia z jego strony, postawy tak typowej u wielu synów książęcych w średniowieczu, którzy dążyli do usamodzielnienia. Racje polityczne jego ojca zadecydowały, że poszukano mu żony na dworze króla czeskiego Przemysława Ottokara I. Córka jego, Anna, na długo przed ślubem była wychowywana przez świętą Jadwigę na dworze wrocławskim. Toteż, jak się później okazało, obydwie będą się doskonale rozumiały i wzajemnie sobie pomagały. Jadwiga powierzała Annie swoje sekrety. Dobre kontakty pomiędzy świętą a synową, dla których Śląsk, był nową ojczyzną, umacnia nasze przekonanie, że panowała tam atmosfera zgody i twórczej pracy. Małżeństwo Anny z Henrykiem okazało się harmonijne i bogate w potomstwo. Z dwanaściorga dzieci, dziesięć przeżyło swego ojca.

   Henryk Pobożny miał już własną rodzinę, gdy tymczasem w dokumentach wydawanych przez ojca figuruje tylko jako świadek. Około 1224 roku został oficjalnie dopuszczony do współrządów. Mniej więcej w tym czasie zaczął używać własnej pieczęci, miał do dyspozycji notariusza i grupę dworzan. Nadal był blisko ojca i okazał mu swoją pomoc podczas wydarzeń w Gąsawie w 1227 roku i w 1229 roku po uwięzieniu go przez Konrada Mazowieckiego. Brał też udział w kampaniach ojca przeciw Konradowi Mazowieckiemu, podczas walki z Władysławem Odonicem i w czasie opanowywania zachodniej Wielkopolski. Był obecny przy odbieraniu Ziemi Lubuskiej arcybiskupowi magdeburskiemu. Przyjmując od ojca zlecone rządy w zachodniej Wielkopolsce, od 1234 roku tytułował się Księciem Śląska i Polski. Przez wiele lat stał u boku swego ojca, mądrego polityka, i wspierał go z podziwu godną lojalnością.

   Mogłoby się wydawać, że Henryk młodszy był bezwolnym narzędziem w rękach rodziców. Po śmierci Henryka Brodatego w dniu 19 III 1238 roku, w okresie trzechletnich samodzielnych rządów dowiódł on, że stać go na śmiałe decyzje polityczne, odwagę a także sukcesy orężne. Autor Księgi Henrykowskiej nazywa go: „sławnym księciem tej ziemi, tenże książę, jak długo żył, panował potężnie także w Wielkopolsce a chlubnie w Krakowie”. Nie zdołał jednak utrzymać tzw. „monarchii Henryków”, która była zlepkiem szeregu księstw. W każdym z nich podstawą jego władzy były różne tytuły. Dolny Śląsk był dziedzictwem ojca. Władzę na Górnym Śląsku miał jako opiekun dorastających synów księcia opolskiego Kazimierza. W księstwie sandomierskim też był tylko opiekunem Bolesława Wstydliwego, syna zamordowanego w Gąsawie w 1227 roku Leszka Białego. W Krakowie władzę dzierżył jego ojciec Henryk Brodaty, na podstawie elekcji dokonanej przez możnych. Do tego należy jeszcze dodać, że w chwili przejęcia dziedzictwa przez Henryka Pobożnego nadal trwał konflikt pomiędzy władzą kościelną a świecką, zapoczątkowany za czasów Henryka seniora. Można więc powiedzieć, że Henryk junior od początku znalazł się pod presją ze wszystkich stron.

   Znał też dobrze sytuację międzynarodową i wiedział, że klątwa rzucona przez papieża Grzegorza IX w 1239 roku na cesarza Fryderyka II wkrótce przyniesie zmianę kursu w polityce. Papież będzie szukał sprzymierzeńców. Rzeczywiście konflikt lokalny z klerem wygasł, gdy Henryk okazał legatowi papieskiemu Albertowi Behaimowi gotowość poparcia papieża, chociaż pod pewnymi warunkami. Dotąd upominany przez papieża Henryk, któremu nakazano naprawienie krzywd wyrządzonych przez ojca, otrzymał z Rzymu tytuł „Ile H. christianissimus princeps Poloniae” („Henryk najbardziej chrześcijański książę Polski”). Z kolei sukcesem orężnym Henryka Pobożnego było odepchnięcie Brandenburczyków spod murów Lubusza i odzyskanie Santoka. Utrwalenie się jego władzy w Krakowie i zachodniej Małopolsce odbyło się bez walki, o czym świadczy dokonana przezeń fundacja krakowskiego klasztoru franciszkanów.

   W roku przejęcia władzy przez Henryka Pobożnego, w 1238, hordy tatarskie zajęły Ruś Kijowską i zaczęły zagrażać Węgrom i Polsce. Książę Henryk był świadomy zbliżającego się niebezpieczeństwa. Pisywał listy do książąt niemieckich, cesarza, króla czeskiego, domagając się szybkiej mobilizacji chrześcijan wobec ataku pogan. Wzywał pomocy zakonów rycerskich. Niestety, trwający nadal konflikt pomiędzy cesarzem a papieżem, w który zostały wciągnięte siły polityczne Europy, doprowadził do tego, że w najważniejszej chwili Henryk Pobożny został praktycznie osamotniony. Przy jego boku stanęło rycerstwo śląskie, a także nowi mieszkańcy tej ziemi, między innymi górnicy ze Złotoryi. Przybyły setki rycerstwa małopolskiego, ci którzy nie zginęli w dniu 13 II 1241 roku pod Wielkim Turskicm, gdzie doszło do pierwszego starcia Polaków z Mongołami. Zjawił się też Mieszko Opolski ze swymi rycerzami, dotychczasowy jedyny zwycięzca, któremu udało się rozbić pułk tatarski pod Raciborzem w dniu 20 III 1241 roku. Przybycie rycerzy zakonnych — templariuszy i krzyżaków — wzbudziło nadzieję odsieczy z Niemiec. Na wieść o zbliżaniu się wojsk czeskich Henryk zwlekał z podjęciem bitwy. Jego taktykę zwlekania krytykuje dzisiaj wielu historyków. Ich zdaniem powinien był w Małopolsce skoncentrować swe siły i tam próbować zatrzymać wroga. A tak łupem najeźdźców padł nie tylko Kraków ale i Wrocław, spłonęły setki wsi małopolskich i śląskich. Znany historyk B. Zientara każe nam jednak pamiętać, że poza wyprawami do Prus, w Polsce rzadko podejmowano akcje wojenne. Istotnie najazd zimowy musiał zaskoczyć Henryka. Nadto wiedział on o tym, że musi stawić czoło potężnej armii, której liczbę wyolbrzymiali uciekinierzy z Rusi. Licząc na pomoc Czech, wolał nawet opuścić Wrocław, aby nie tracić sił w poszczególnych utarczkach, jak to było w Małopolsce. Jeżeli zaczął bitwę przed nadejściem wojsk czeskich, to chyba dlatego, że zwątpił w ich przybycie. Nadto nie chciał pozostać obojętny wobec skarg i narzekań ludu. Kiedy książę był już gotowy, aby z wojskiem wyruszyć na pole walki, Jadwiga radziła synowi — czytamy w „Legendzie Większej” — aby poczekał jeszcze na wojska Wacława, króla czeskiego. Henryk jej na to odpowiedział: „Kochana pani matko, nie mogę dłużej zwlekać, albowiem zbyt wielkie są jęki biednego ludu: dlatego muszę walczyć i wystawię swe życie aż po śmierć za wiarę chrześcijańską”.

   Przebieg bitwy pod Legnicą został stosunkowo łatwo zrekonstruowany. Klęska nie wynikła z dysproporcji sił ani z nieudolności dowództwa, ale na skutek paniki hufca opolsko-raciborskiego. Książę opolski Mieszko, słysząc słowa „Biegajcie, biegajcie”, to znaczy „Uciekajcie”, wykrzykiwane przez któregoś z żołnierzy z oddziałów tatarskich, który galopował pomiędzy jednym a drugim wojskiem, uznał je za okrzyk swoich, zaniechał walki, uciekł i pociągnął do ucieczki wielką liczbę żołnierzy. Książę Henryk Pobożny obserwował tę sytuację ze swego stanowiska. Gdy zobaczył uciekających zaczął wzdychać i lamentować. Powiedział: „Górze się nam stało”, to znaczy „Spadło na nas wielkie nieszczęście”. Słowa te wielu badaczy traktuje jako najstarsze polskie zdanie. Zrozpaczony książę Henryk sam ruszył do boju.

   Jego bohaterska śmierć została odpowiednio wykorzystana przez współczesnych, którzy uznali Henryka za w pełni zasługującego na przydomek „Pobożny”. Znana jest powszechnie wypowiedź świętej Jadwigi o synu, gdy dotarła do niej wiadomość o jego bohaterskiej śmierci. Jest ona podana w bulli kanonizacyjnej z 26 III 1267 roku. Czytamy w niej: „Dziękuję Tobie, Panie Boże, że byłeś taki dobry dla mnie i dałeś mi takiego syna, który jak dobre dziecko, za życia zawsze mnie kochał, szanował i nigdy w żaden sposób nic zasmucił”. W podobny sposób pisał autor „Legendy Większej”, dodając jeszcze słowa: „Choć bardzo mnie cieszyłoby, gdyby nadal żył, to jednak mam większą radość z tego i przeżywam ją razem z nim, że on przez bohaterską śmierć mógł zjednoczyć się ze swoim Zbawicielem. Pokornie polecam Ci jego duszę”.

   Słowa świętej Jadwigi mówiące, że syn Henryk nigdy nie sprawił jej żadnej przykrości, nie są w pełni do przyjęcia, gdy się weźmie pod uwagę wydarzenia polityczne w okresie jego panowania. Z Księgi Henrykowskiej wiemy, że Henryk w pewnym okresie swoich rządów prowadził walkę ze swoim biskupem Tomaszem I, który musiał nawet uciekać do Głogowa. Stamtąd pisał do opata w Henrykowie, prosząc o pomoc. Konflikt ten jest tam określany jako „zło” i dlatego nie mógł być dla Jadwigi sprawą obojętną, zwłaszcza że dotyczył jej syna i biskupa wrocławskiego. Wiemy, że księżna „miała w wielkim poważaniu kapłanów i cały kler, czy to diecezjalny czy zakonny”. Tak na przykład nigdy nic chciała pierwsza zasiąść do stołu dopóki najpierw nie usiądzie ksiądz, który celebrował Mszę Świętą. Autor „Legendy Większej” pisze o jej wielkim szacunku dla każdego biskupa a szczególnie dla swojego biskupa wrocławskiego. Czy wspomniany szacunek dla duchownych, w rozumieniu świętej Jadwigi nie kłóci się z jej twardym obstawaniem przy swoich praktykach, gdy chodzi o jej surowy, pokutniczy tryb życia? Jeszcze wyraźniej można dostrzec tę sprzeczność po śmierci jej męża, który w chwili zgonu pozostawał w stanie ekskomuniki. Duchowni czescy udzielili mu absolucji, którą kwestionowały miejscowe władze kościelne. W związku z tą sprawą Jadwiga nie wpadła w rozpacz. Kazała męża pochować w kościele trzebnickim. Widocznie nie uważała tej kary za zagrażającą zbawieniu Henryka.

   Po tym co powyżej można by podważyć wiarygodność słów świętej Jadwigi: „Henryk nie sprawił mi nigdy żadnej przykrości”, zwłaszcza że bulla kanonizacyjna cytując wypowiedź dodaje słowo „dicitur” (mówi się), jak gdyby papież nie chciał zajmować stanowiska co do wiarygodności tych słów. Natomiast autor „Legendy Większej”, pisanej około trzydziestu lat później, me podaje tego zastrzeżenia. Wiemy, że autor „Legendy Większej” przy pisaniu, jak sam stwierdził, korzystał z akt kanonizacyjnych jako źródła, które w tym przypadku są nawet starsze od bulli papieskiej. Możliwe, że kuria papieska swoje zastrzeżenia uzasadnia tym, iż między wypowiedzią Jadwigi a rozpoczęciem procesu kanonizacyjnego istnieje różnica czasowa około dwudziestu lat. A może sam papież wiedział o konflikcie Henryka z biskupem Tomaszem? Dlatego też wolał ostrożnie formułować swój tekst. Nie można też wykluczyć, że na żądanie biskupa w trakcie prowadzenia procesu kanonizacyjnego rozpatrywano sprawę, jakie stanowisko zajmowała Jadwiga w czasie konfliktu jej syna z biskupem. Jeżeli papież znał sprawę konfliktu, to mógł mieć wątpliwości, co do wiarygodności słów Jadwigi, że „syn Henryk nigdy nic sprawił jej żadnej przykrości”, i dlatego dodał „dicitur”.

   Jeżeli przyjmiemy, że Jadwiga rzeczywiście to zdanie wypowiedziała, to staniemy wobec problemu prawdomówności w życiu świętych. Nie możemy też pomijać okoliczności w jakich Jadwiga wypowiedziała swoją opinię o synu. Był to moment, gdy do niej dotarła wiadomość o śmierci syna. W tej chwili, jak pisze E. Walter, badacz życia świętej Jadwigi, Henryk był dla niej jedynie bohaterem, takim którego potem papież Klemens IV nazwie podczas kanonizacji świętej Jadwigi „drugim Machabeuszem”, gdy przepasany zbroją wojenną mężnie strzegł obozu Pana Boga i był bojownikiem w obronie ludu przed Tatarami i w ten sposób zdobył palmę męczeństwa. Po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna w oczach matki urósł on do roli męczennika. Daje ona temu wyraz gdy mówi, że „zasłużył przez swoje męczeństwo na zjednoczenie ze swoim Zbawicielem”. W tym szczególnym momencie matka uświadamia sobie, że ten bohater i męczennik zawsze ją szanował i darzył dziecięcą miłością. Mając na uwadze ten wyjątkowo trudny, pełny głębokiej wymowy moment, w którym Jadwiga widzi wielkość swojego syna, to przykre wydarzenie — konflikt z biskupem — musiało zejść na plan dalszy. Po prostu tak dalece zblakło w jej pamięci, że w czasie wypowiadania swojej opinii w ogóle o nim nic pamiętała.

   Należy tu jeszcze zwrócić uwagę, że spór pomiędzy księciem a biskupem nie trwał długo. W 1239 roku byli już pogodzeni, gdy bp Tomasz I występuje w dniu 26 czerwca tego roku jako świadek i składa swoją pieczęć na dokumencie wystawionym przez księcia Henryka II. Możemy przyjąć, że Jadwiga w błyskawicznym spojrzeniu na życie swojego syna — takiego syna — całkowicie pominęła krótko trwający spór i w uniesieniu ducha wypowiedziała te słowa, że Henryk nigdy nie wyrządził jej przykrości. Był on rzeczywiście synem według życzeń swej świętobliwej matki. Według „Legendy Większej”, (o świętej Jadwidze), Henryk był człowiekiem oddanym Bogu i zawsze gotowym do dobrego działania. Jest fundatorem franciszkańskiego klasztoru świętego Jakuba we Wrocławiu, gdzie postanowił też założyć szpital i klasztor sióstr klarysek. Tylko przedwczesna śmierć nie pozwoliła mu tych planów osobiście zrealizować. Miał zamiar osadzenia benedyktynów w Krzeszowie. Plan ten zrealizowała dopiero jego żona księżna Anna, w 1242 roku. Wiele razy cytowana tu Księga Henrykowska życzy mu, „aby zasłużył za dobrodziejstwa wyświadczone temu klasztorowi i inne zbożne czyny, być zaliczonym do liczby świętych na wieki”.

   Zamykając ten problem możemy jeszcze powiedzieć, że spór, skądinąd znakomitego syna świętej Jadwigi z biskupem wrocławskim nie stanowi argumentu za tym, abyśmy mieli wątpić w cytowane tu słowa jego matki. Bo jeżeli powszechnie uznaje się łacińskie powiedzenie „De mortuis nil nisi bene” (o umarłych mów tylko dobrze), to mogła ona w oparciu o szczególne racje, zastosować je wobec swojego syna. Księżna zawsze była gotowa do przebaczenia. Jak dalece znamy życie Henryka II spór z biskupem to jedyny przypadek, kiedy zmartwił on swoją matkę.

■ Ks. Antoni Kiełbasa, Nowe Życie, Nr 7 z 7-20.04.1991 r.
Artykuł został zilustrowany zdjęciem obrazu Józefa Buchbindera (1839-1909) pt. Św. Jadwiga błogosławiąca Henryka Pobożnego przed bitwą, namalowanym do kościoła p.w. Wszystkich Świętych w Warszawie; obraz został zniszczony podczas II Wojny Światowej w 1944 r.
Zdjęcie obrazu i jego kopii można zobaczyć: www.dlp90.pl/strony/publikacje/files/file5.pdf

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl