Tatarzy pod Legnicą

   Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Z wielką radością przyjąłem zaproszenie od Państwa do Legnicy, ponieważ od paru lat żyję historią sprzed wieków i dzielę swoją rzeczywistość na tę realną, istniejącą dookoła i tę właśnie, która działa się wtedy m. in. na tych ziemiach. Leży mi też na sercu pomysł, idea, którą gorąco będę wspierał – by wynieść na ołtarze księcia Henryka Pobożnego. Zresztą pewne rozwiązania dramatyczne i fabularne w mojej książce „Psy Tartaru” świadczą o tym, iż postać ta, jak najbardziej na to zasługuje.
   Chciałbym Państwu opowiedzieć, co Henryk Pobożny dla mnie, jako pisarza, znaczy. Fascynuje mnie zresztą nie tylko on, ale i rodzina, z której wyszedł. Matka – św. Jadwiga i ojciec – Henryk Brodaty. Myślę, że gdyby nie ci rodzice, gdyby nie ich postawa, wiara i wybory, to nie byłoby takiego Henryka Pobożnego, jakiego mieliśmy. To jest także spojrzenie na rodzinę, której przyszło żyć w niezwykle trudnych, ciężkich czasach, w okresie rozbicia dzielnicowego. Powiem Państwu szczerze, że gdy zabierałem się do pisania tej mojej trylogii i zacząłem studiować tamtą epokę to niesamowicie mnie ona ujęła i wciągnęła. Pierwsza część pt.„Szalbierz” zaczyna się na cztery lata przed bitwą legnicką, jeszcze za panowania Henryka Brodatego. Jednym z symboli tego, w jaki sposób tworzyła się historia tamtych lat, jest słynny mord w Gąsawie, w 1227 roku. Zjechała się tam cała „rodzina” (bliżej i dalej spokrewenieni książęta Piastowie) po to, by zastanowić się, co dalej robić z różnorakimi problemami politycznymi. W pewnym momencie, kiedy wszyscy siedzieli w łaźni, wpadli do niej woje z obnażonymi mieczami i zaczęli siec bezbronnych, nagich mężczyzn. To byli rycerze Odonica, przeciwnika Henryka Brodatego. Takimi metodami prowadzono wtedy politykę. Można sobie wyobrazić tę „filmową” scenę, co tam się działo – obłoki pary wodnej, krzyki, wszędzie krew. Brodaty został raniony bardzo poważnie, ale przeżył, ponieważ jego paladyn, wierny rycerz Peregryn zasłonił go własną piersią, przyjął ciosy na siebie i padł zakrywając Henryka, a napastnicy sądząc, że książę jest martwy, zostawili go. Później Henryk Pobożny odwiózł rannego ojca do Wrocławia. Inny uczestnik kąpieli Leszek Biały wybiegł nago na dwór, wskoczył na konia i zaczął uciekać. Szybko dopadł go pościg i mężczyzna padł pod ciosami siepaczy. Te szekspirowskie wątki są jednym z symboli tamtych czasów. Rodzina, która spotyka się gdzieś razem, a za chwilę wszyscy się nawzajem mordują. Ale w tej epoce, w której nawet więzy pokrewieństwa nie hamują ludzi przed podłymi czynami, a polityka i władza są ponad wszystkim, znajdują się ludzie, którzy postępują inaczej i to są właśnie rodzice Henryka Pobożnego – Henryk Brodaty i Jadwiga. Owszem są twardzi, prowadzą politykę, biorą udział w bitwach – ale nie sięgają po niemoralne metody. Henryk Brodaty właściwie kładzie podwaliny pod nowoczesność nie tylko Dolnego Śląska, ale moim zdaniem całej Polski. Pisał o tym profesor Benedykt Zientara. Przecież Polska była wtedy, proszę Państwa, dziką czarną wyspą – tak to trzeba sobie powiedzieć – pomiędzy rozwiniętymi kulturami. Na południu byli Czesi, na zachodzie Cesarstwo Niemieckie, a na wschodzie Ruś, która była daleko bardziej do przodu niż my. Wystarczy popatrzeć, że na Rusi pisano w języku ojczystym już w IX wieku, wtedy powstały ich pierwsze kroniki. A nasza Bogurodzica to dopiero początek XV wieku – pięćset lat różnicy. Tymczasem Brodaty zaczyna walkę o pewne podstawy. Jestem przeciwnikiem przypinania zarówno mu, jak i Pobożnemu – łatki zniemczenia. To jest według mnie miara myślenia dziewiętnastowiecznego. Średniowiecze natomiast było związane z dynastiami panującymi, naród jako pewne pojęcie jeszcze nie istniał. Dla Henryka ściągnięcie osadników niemieckich było sposobem na podźwignięcie państwa z upadku. Takie były trendy w całej Europie. A wracając do domniemanej niemieckości, mało osób wie, że wedle kroniki Długoszowej z ust Henryka Pobożnego padły pierwsze polskie słowa, gorzkie słowa co prawda i brzmiące jak memento: „Gorze szą nam stało”. Te słowa, w łacińskiej przecież kronice, zapisane zostały po polsku. A więc Długosz miał w tym jakiś cel. Poza tym na zdrowy rozsądek, jeśli ktoś myśli po niemiecku, to czy w chwilach emocji mówiłby w innym języku. To jest piękny przykład na polskość Henryka Pobożnego.
   Wracam do tej rodziny i niezwykłej postaci żony i matki – św. Jadwigi. A także historii tego małżeństwa. Razem z moją żoną podążaliśmy jego tropami. Myśleliśmy, jakich trudnych wyborów musieli dokonywać, choćby ta decyzja o pójściu do klasztoru. Jak trudne były dla Jadwigi chwile, gdy mąż pod koniec życia został obłożony klątwą. A jednocześnie oni się cały czas kochali. Kiedy wyobrazimy sobie, że za tymi dylematami stali ludzie z krwi i kości, masa wątpliwości i łzy, które nie są nigdzie zapisane, to wtedy dopiero możemy poczuć skalę i wagę przeróżnych decyzji. Z tego domu wychodzi ktoś taki, jak Henryk Pobożny i kontynuuje pomysł polityki ojca. Czyli zbudowania od nowa polskiej państwowości opartej o koronę. Dla mnie było czymś pięknym i wzruszającym, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że Henryk Brodaty nie dbał o siebie, że wszystko robił dla syna, korony dla niego, sam przyjmował tylko razy. On wystawiał się na ogień, on brał na siebie klątwy, ale politycznie dbał o to, żeby Henryk Pobożny został królem. Jakże w sumie było blisko tego. Gdyby bitwę pod Legnicą wygrał, a w końcu zwycięstwo było tuż, to i cały chrześcijański świat życzyłby sobie korony dla Pobożnego. Szczególnie, że był blisko związany z papiestwem od dobrych kilku lat i prowadził zresztą wyraźnie antyniemiecką politykę – o tym też się rzadko wspomina. Santok, walka z brandenburczykami to była przecież walka z żywiołem niemieckim. Ale nagle dzieje się coś, co wszystkie plany Brodatego niszczy. Coś, co myślę, że nawet na dzisiejsze standardy byłoby dla nas nie do uwierzenia. Najazd tatarski. Naprawdę jestem w stanie zrozumieć tamtych ludzi, którzy sądzili, że spełniają się apokaliptyczne przepowiednie – najazd jeźdźców z piekieł. Zresztą trzeba pamiętać, że w średniowieczu nadejścia apokalipsy oczekiwano. Na drogach pojawiali się ludzie, którzy krzyczeli: „uważajcie, bo dzień jest bliski”.
   W takich okolicznościach zjawiła się potęga tatarska i proszę Państwa, jestem absolutnie przekonany, że żadna siła ówczesnej Europy, nie byłaby w stanie się jej oprzeć. Chcąc dobrze skonstruować swoją opowieść szedłem tropami Henryka Pobożnego, więc musiałem też dotknąć tego, z czym miał do czynienia. Trzecia część mojej trylogii zaczyna się od zdobycia przez Tatarów, czy prawidłowo mówiąc Mongołów, ale używam ówczesnej terminologii, Kijowa. Wybrałem ten moment, gdyż pozwala on jak pod soczewką, zobaczyć potęgę i brutalność armii tatarskiej. Była ona jak na owe czasy instrumentem nowoczesnym, niemalże takim, jak armia niemiecka w 1939 roku. Proszę sobie wyobrazić, że Mongołowie na kilka lat przed operacją wojskową wysyłali szpiegów wszędzie tam, gdzie miały dopiero po kilku latach, przyjść wojska. Ich zadaniem była ocena sytuacji, robili więc rysunki, notatki o zamkach, grodach, ile mają załogi, jaka jest sytuacja polityczna. Nie przez przypadek armia mongolska uderzała przez Sandomierz i doszła do Śląska, a właściwie zostawiła Mazowsze. Przeszli tamtędy, ale nie prowadzili właściwie żadnych działań, bo wiedzieli doskonale, że Konrad Mazowiecki jest śmiertelnym wrogiem Henryka Pobożnego. Wiedzieli wszystko. Plany, które robili były na skalę dwudziestowieczną – ocena siły przeciwnika, a później wjechanie na jego teren przez silne, pancerne uderzenie, głęboko w terytorium, po czym następuje okrążenie. Tak wtedy w Europie nikt nie walczył. Wszystkie bitwy toczono jak tę pod Grunwaldem – w dużym uproszczeniu oczywiście – wojska stawały naprzeciwko siebie i walczyły. Trzeba jeszcze pamiętać, że wiek XIII, to w ogóle cofnięcie się w europejskiej technice wojennej w porównaniu np. z czasami Chrobrego. Natomiast wojownik tatarski to był człowiek, który rodził się w stepach, w siodle, i miał w ręku narzędzie śmiercionośne czyli łuk. Praca nad zrobieniem takiego łuku trwała około roku. Składał się z kilku rodzajów materiałów: kości, drewna, jelit. Mongołowie strzelali z nich na odległość pięciuset metrów, a każdy z wojowników miał przy sobie dwa łuki, jeden do strzału na daleki dystans, drugi na krótki. Do tego trzy kołczany, trzy rodzaje strzał w tym strzały specjalne, między innymi takie, które służyły do przebicia zbroi i miały praktycznie siłę kuszy oraz ogniowe i dźwiękowe czyli sygnalizacyjne. Te ostatnie miały w grotach wyżłobienia przez które przechodziło powietrze, wydając dźwięki. W ten sposób przekazywano rozkazy całemu wojsku – strzały leciały daleko, ponad konnymi i wszyscy je słyszeli. Armia mongolska, kiedy stanęła nad brzegiem Dniepru naprzeciw Kijowa – to była na tamte czasy olbrzymia siła, było to 40 tysięcy żołnierzy. Proszę sobie wyobrazić salwę, którą ci żołnierze oddali z wyjących strzał. Są w latopisach kijowskich zapiski, że niebo stało się czarne. To był także niesamowity efekt psychologiczny. Tatarzy stosowali system dziesiętny oparty najprawdopodobniej na legionach rzymskich – tzw. tumen (to było około 10 000 wojowników) był dzielony na tysiące, czyli mingany, później na setki – dżauny i harbany, czyli dziesiątki. Każdy z tych oddziałów ma swojego oficera i podoficera, który mógł go w razie czego natychmiast zastąpić. Czyngis-chan, który stworzył państwo właściwie z niczego, był geniuszem. Najpierw rozesłał umyślnych na cały świat, żeby zbierali doświadczenia. Mongołowie po prostu wzięli to, co najlepsze, od Chińczyków np. – technologie, maszyny oblężnicze, itd. Proszę Państwa, oni mieli nawet dystynkcje wojskowe, które nazywały się pajdze. Tabliczki, zawieszone na szyjach, były po prostu z różnych rodzajów materiałów, drewniane – oznaczały najniższy stopień, później srebrne, złote, wszystkie z wyobrażeniami zwierząt. W obozach były zawsze namioty medyczne. Do tego dochodzi aprowizacja, no i konie. W tym czasie, w Europie choć główną siłę uderzeniową stanowiła ciężkozbrojna jazda, to podstawą była piechota. A tu cała armia na koniach, czyli niespotykana szybkość przemarszów. Wystarczy popatrzeć, ile czasu zajęło im przejście z Krakowa do Wrocławia i pod Legnicę. To zaledwie kilka… dni.
   Opowiadam o tym dlatego, żeby poczuli Państwo tę potęgę i siłę, z którą miał do czynienia Henryk Pobożny. Ile wymagało odwagi i hartu ducha, żeby stawić czoła czemuś takiemu. Wrócę jeszcze do Kijowa. Mongołowie zdobyli go mniej więcej w tydzień, a była to jedna z największych ówczesnych metropolii świata. Porównywalna z Konstantynopolem. Miasto składało się z wielu grodów położonych na wzgórzach. Ówczesny Kraków zajmował obszar do 30 hektarów, a samo centrum Kijowa to zaledwie… 400 hektarów. Miało piękne biblioteki, kilkadziesiąt cerkwi. Największa z nich – dziesięcinna o wysokości 45 m, była wyższa od katedry Notre Dame. Mieszkańcy pochodzili z wielu narodów. Byli i Polacy, w klasztorze dominikańskim przebywał św. Jacek. Po siedmiu dniach od przybycia najeźdźców został tylko popiół i płynąca wszędzie krew. Kijów już się nigdy z tego nie podniósł. Ocalały jakieś resztki – Ławra Peczerska i nieliczne zabytki. Mongołowie przez wiele dni mordowali metodycznie wszystkich. Kilka osób zostawili przy życiu i posłali przed sobą, aby opowiedzieli innym o rzezi. Chcieli, żeby ludzie się bali. Także ich wygląd miał wywoływać przerażenie. Byli rzeczywiście, jak jeźdźcy z piekieł. W jaszczurzo połyskujących zbrojach, ze smagłymi twarzami, pociętymi siatką blizn, ponieważ nacinali sobie skórę tworząc specjalne znaki. Byli straszliwie brudni. Nie myli się w ogóle, co wynikało z ich wiary, która mówiła, że woda jest święta, w związku z czym nie wolno się w niej kąpać. Musieli więc także koszmarnie śmierdzieć. Kiedy brakowało im jedzenia, żywili się krwią swoich koni – nacinali im barki, zbierali do miski krew i ją pili.
   Myślę, że Henryk Pobożny wiedział więcej niż nam się wydaje. Dziś już wiadomo, że ten atak na Polskę był tylko osłoną działań na Węgrzech, że chodziło wyłącznie o wytrącenie tych sił z północy, które ewentualnie mogły przeszkodzić w planach Batu-chana. Ale nie odmawiajmy ludziom tamtej epoki inteligencji i wyciągania wniosków. Wierzę więc, że książę wiedział z czym ma do czynienia, z jaką makabryczną machiną wojenną. Miał przykłady od Sandomierza przez Kraków, bitwy: Tursko Wielkie, Chmielnik. Trafili do niego rycerze, którzy byli świadkami tych wydarzeń. Pomimo tego zdecydował się na walkę. Wiedział też, że nie jest to wojna, której celem jest zdobywanie miast, ponieważ Kijów, Kraków zostały spalone i pozostawione. W związku z tym należy postawić pytanie: „dlaczego po prostu nie zamknął się w Legnicy, w tej jednej z najlepszych twierdz regionu, i nie czekał?”. Dlaczego gromadził wojsko, zwoływał wszystkich, kogo się tylko da, chociażby górników? Na to pytanie chciałem znaleźć odpowiedź pisząc tę powieść. Powiem Państwu, że wierzę w to, iż w trakcie pisania bohaterowie, mówiąc metaforycznie, zaczynają sami żyć, działać, opowiadać. Zaskakują autora. Taka była również moja przygoda poznawania Henryka Pobożnego i historii jego ducha. Wierzę więc i niemal zyskałem pewność, że Henryk Pobożny bił się o cały chrześcijański świat. O to, żeby nasza cywilizacja nie zginęła. Wierzę w to, że wyszedł do walki wiedząc, przeczuwając, że może przyjdzie mu oddać życie i że nie miał wyboru. I to jest jego droga do wolności.
   Kiedyś usłyszałem piękne słowa o ojcu Kolbe i jego decyzji oddania życia za drugiego człowieka. Często mówi się, tak potocznie, że wolność to możliwość dokonywania wyborów. Ale od pewnego dominikanina usłyszałem taką ocenę tej definicji: nieprawda, wolność to takie działanie, według pewnego systemu wartości, że często właśnie nie ma wyboru. Pójście tą drogą na której, aby być w zgodzie ze swoim sumieniem nie mamy wyboru – to jest wolność. Wierzę, że on właśnie coś takiego zrobił. Że będąc takim człowiekiem, synem św. Jadwigi, Henryka Brodatego, będąc człowiekiem wychowanym na takich, a nie innych wartościach czuł, że nie ma wyboru. Na pewno się bał, wiemy, że się długo modlił przed bitwą. Dlatego dla mnie scena w kościele legnickim – msza św. przed bitwą, mistycyzm pewnych znaków, tej dachówki spadającej z wiatrem – jest znacząca. Godzenie się z wolą Bożą było dla mnie kolejną, niezwykle istotną rzeczą w odkrywaniu Henryka Pobożnego. Zobaczyłem, że jest to postać głęboko chrystologiczna i chrystologicznie należałoby na nią patrzeć. To pójście z krzyżem za Chrystusem jest tu niezwykle ważne. Cała symbolika jest ważna. Proszę zobaczyć, że on dostaje cios włócznią w bok, że to jest rodzaj drogi krzyżowej. Nie ginie od razu. Umiera w poniżeniu, opluwany i bity. Księżna Anna znajduje go nagiego, bez głowy, na polu bitwy. Szuka go tam także bolejąca matka. Nie na darmo Henryka Pobożnego w ikonografii późniejszej, na monetach czy pieczęciach przedstawiano z liściem palmowym – symbolem męczeństwa. Jedna z legend z kolei mówi, że kazał się przywiązać do drzewa i w ten sposób walczył do końca.
   Aby dotrzeć do wszystkich wątków tej historii czytałem, co się tylko da. I stwierdziłem, że polscy historycy ugrzęźli w pewnej uliczce czerpania z podobnych źródeł, które są niewystarczające. Że właściwie napędzają się sami kolejnymi tezami, w które wierzą lub nie. To jest pewien zamknięty krąg właściwie cały oparty na Długoszu. A przecież bitwa legnicka, była pełna tajemnic, niedomówień – jak mało która. Jakichś dziwnych historii, że ktoś krzyczał „biegajcie, biegajcie”, a nie wiadomo kto i czy krzyk ten mógł usłyszeć Mieszko Opolski na polu bitwy i dlatego uciekł? Tych tajemnic jest wiele. Ciekawe rzeczy odnalazłem w źródłach historyków brytyjskich m.in. u Jamesa Chambersa, który napisał fundamentalną książkę o Mongołach „The Devil’s Horsemen”, czyli jeźdźcy diabła. Poprzez Anglików dotarłem do źródeł perskich, które czasami u nas też są cytowane. Głównie Rashid ad-Din wniósł wiele, jeśli chodzi o wiedzę o Mongołach i o samej bitwie. Ale najwięcej znalazłem w historii wojny spisanej przez Benedykta Polaka, naszego franciszkanina, który z Włochem Giovanni da Pian del Carpine pojechał z misją, oczywiście już po bitwie legnickiej, do Mongolii. Był u Chana przez rok, opisał Mongolię jeszcze przed Marco Polo. Szkoda, że w Polsce nie uczy się dzieci o Benedykcie Polaku – pierwszym wielkim odkrywcy, który światu całemu dał relację o Tatarach. Co jest kluczowego w tej historii? Relacja z drugiej strony, od przeciwnika, a w niej, moim zdaniem, leży klucz do uznania Henryka Pobożnego za męczennika. To właśnie Mongołowie powiedzieli, że nie zginął na polu bitwy jak żołnierz, ale został zawleczony do tego obozu tatarskiego, tam go męczono, próbowano, tak myślę, by wyrzekł się wiary. Przypuszczam, że ponieważ tego nie zrobił, został ścięty. To moja interpretacja. Bardzo ważna jest też relacja dotycząca samej bitwy. Według Tatarów w pewnym momencie zaczynali ją przegrywać, chcieli się stamtąd zwijać i zarządzić odwrót. Ocalił ich jeden trik zastosowany w ostatnim momencie. Trik, o którym mówi się, że to był atak gazowy. Mnie, jako pisarza, na początku uwiódł ten obraz, że są gazy bojowe, że nasi żołnierze padają pod ich wpływem… Myślałem sobie, „ale fajnie byłoby to opisać”, ale potem zacząłem się zastanawiać. Użycie gazów bojowych w bitwie konnej – tam, gdzie jest szybkość, zawierucha, i nie za bardzo widać, co się dzieje – jest praktycznie niemożliwe. Przez ślady brytyjskie i perskie dotarłem do technik, które stosowali Mongołowie i Tatarzy w bitwach wcześniejszych. I okazało się, że stosowano już wcześniej ten manewr. Na czym polegał? Ustawiano dzbany wypełnione specjalną mieszanką traw i ziół, specyfik przejęty od Chińczyków. Po czym, w pewnym momencie zapalano je i uzyskiwano bardzo gęsty dym, który tworzył zasłonę. Lekka jazda tatarska wpadała w nią i znikała. Atakujący natomiast zatrzymywali się przed tą zaporą, a wtedy, w kompletnej ciszy wypadała zza niej ciężka jazda, tzw. mangkutai, najlepiej uzbrojony, elitarny oddział „pancerny”. Wszystko się tu zgadza nawet z relacją Długosza, gdzie jest opisane, jak nasi stają i nie wiedzą co robić, kaszlą, są zagubieni po prostu.
   Tak to sobie wyobraziłem i dałem sobie prawo, by to opisać. Głęboko wierzę, że historia ludzkości jest historią ducha. I że Henryk Pobożny zostawił nam ślad duchowy, który ciągle trwa. Przez kolejnych królów, powstania, II wojnę światową, przez to, że tyle lat opieraliśmy się komunie i oparliśmy się skutecznie. Trwaliśmy i trwamy w historii pięknego ducha. Jako taki składnik, właśnie owej historii ducha, widzę Henryka Pobożnego.
   Dziękuję Państwu za uwagę.

[image]
od prawej: Tomasz Łysiak, ks. Władysław Bochnak, Stanisław Andrzej Potycz

■ Tomasz Łysiak – tekst odczytu spisany z nagrania video (www.legnica.fm), zredagowany na potrzeby publikacji „Śladami Henryka Pobożnego i księżnej Anny” (red. S. A. Potycz, 2013) i zaakceptowany przez Tomasza Łysiaka.

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl