Moje spotkania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II

Spotkanie pierwsze

   W 1986 roku minęło sto lat od ukazania się eposu „Góra Chełmska czyli Święta Anna z klasztorem OO. Franciszkanów. Wspomnienie z roku 1875”, autorstwa ks. Norberta Bonczyka, nazywanego Homerem Górnośląskim. Dwa lata przed tą rocznicą władze opolskiej Kurii Biskupiej zwróciły się do mnie z propozycją opracowania i przygotowania do druku tego eposu. Twórczość literacka ks. N. Bonczyka była mi dobrze znana, gdyż już moja praca magisterska dotyczyła głównego dzieła tego poety. Nosiła ona tytuł „Stary kościół miechowski ks. Norberta Bonczyka jako śląska recepcja Pana Tadeusza”, a w 1957 roku wyszła pierwsza moja książka zatytułowana „Ks. Norbert Bonczyk – poeta i patriota”. Zabrałem się więc z ochotą do zaproponowanej mi pracy i z rocznym wyprzedzeniem – w 1985 roku – kurialne Wydawnictwo Świętego Krzyża opublikowało trzecie już wydanie „Góry Chełmskiej”, wraz z moim komentarzem: „Góra Św. Anny – perła bezcenna Górnośląskiej Ziemi”. Przypuszczam, że ks. abp. Alfonsowi Nossolowi, ordynariuszowi Diecezji Opolskiej, zależało na tym, abym egzemplarz tej pierwszej świeckiej (a nie sensu stricte religijnej) publikacji kurialnej oficyny wydawniczej mógł osobiście wręczyć Ojcu Świętemu, skoro załatwił mi prywatną audiencję u Niego.
   Do Rzymu pojechałem razem z małżonką. Zakwaterowano nas w zakonnym domu pielgrzymkowym Corda Cordis, przy ulicy Pfeifer, niemal w sąsiedztwie Bazyliki i Placu św. Piotra. Gospodarzem owego domu i osobą prowadzącą nas na spotkanie z Ojcem Świętem był o. Konrad Hejmo. On też poinformował mnie, że Ojciec Święty już wie kim jestem i abym przy spotkaniu z Nim krótko przedstawił moją żonę. Jakoż po ucałowaniu ręki Ojca świętego powiedziałem: „Moja żona, Góralka i polonistka, po studiach krakowskich”. Ze wzruszenia nie byłem w stanie więcej z siebie wykrztusić, ale z opresji wybawił mnie sam Ojciec Święty, który zaczął na wesoło rozmawiać z moją żoną. Miałem dzięki ich rozmowie trochę czasu na wyzbycie się tremy. Gdy Ojciec Święty dowiedział się, że moja żona pochodzi z samego centrum Krościenka nad Dunajcem, to wesołym głosem zawołał „Ze stolicy Pienin, hej!” Żona studiowała w latach 1948-1952 obok polonistyki także kulturoznawstwo na studium z zakresu estetyki, prowadzonym przez wybitnego profesora Stefana Szumana. W ramach ćwiczeń praktycznych występowała wtedy na scenie Teatru Rapsodycznego, śpiewając w żeńskim kwartecie. Aktywnym uczestnikiem wielu imprez artystycznych, zwłaszcza literackich, na tej scenie był wówczas także ks. Karol Wojtyła, przyszły papież, który miał za sobą także studia polonistyczne i uchodził za inicjatora i współzałożyciela owego Teatru Rapsodycznego. Podczas naszego spotkania przypomniał sobie, że ten kwartet, w którym żona śpiewała, nosił przewrotną nazwę Klubu Rewelersów (rewelersami nazywano dawniej tylko męskie kwartety wokalne o rozrywkowym charakterze).
[image]
   W pewnym momencie tego spotkania Ojciec Święty, wzruszony dotąd i wyraźnie ucieszony wspomnieniami ze swej młodości, przybrał ton naukowej powagi i zwrócił się do mnie ze słowami: „Widzę, że pan profesor przyniósł mi swoje książki”. Istotnie, przyniosłem dwie moje książki: „Najdawniejsze czasopisma polskie na Śląsku” (Warszawa 1973) oraz opolskie wydanie „Góry Chełmskiej” ks. Bonczyka. Nie pamiętam już dokładnie, jak zareagowałem na niezwykle serdeczną życzliwość Ojca Świętego, ale na pewno powiedziałem coś niecoś o ks. Bonczyku i następnie przekazałem Mu obydwie książki, a tę najważniejszą w danym przypadku, podałem otwartą na tej stronie, gdzie wkleiłem brystolową kartkę z artystycznie wykaligrafowaną dedykacją:
   „Ojcze Święty, oby ten epos górnośląskiego kapłana o bliskiej memu sercu Górze Świętej Anny przypominał Waszej Świątobliwości nieustannie ów rozśpiewany dzień 21 czerwca 1983 roku, w którym lud górnośląski dostąpił zaszczytu goszczenia na swojej ojcowiźnie pierwszego Papieża-Polaka. Wieki przeminą, ale pamięć tego dnia, przekazywana z pokolenia na pokolenie, żyć będzie we wieści gminnej, tej arce przymierza między dawnymi a nowymi czasy. Gogolin – Rzym 1986.”
   Dalsza rozmowa z Ojcem Świętym dotyczyła zasłużonego dla Polski rodu Odrowążów, mającego przed wiekami swoją siedzibę w Kamieniu Śląskim, leżącym na terenie dzisiejszej gminy Gogolin. Jako mieszkaniec Gogolina z dumą podkreśliłem, że w Kamieniu Śląskim urodzili się: św. Jacek oraz jego siostra bł. Bronisława, a być może także spokrewniony z nimi bł. Czesław. Ojciec Święty od razu dodał, że w Krakowie często modlił się w kościele Trójcy Świętej przy sarkofagu św. Jacka, a ja z kolei pochwaliłem się, że jestem absolwentem Prywatnego Gimnazjum i Liceum Katolickiego Męskiego im. św. Jacka w Katowicach, w którym po wojnie uczyli jezuici wysiedleni z Chyrowa. Po kilku uwagach o dotychczasowych, zwłaszcza hagiograficznych, publikacjach dotyczących Odrowążów, powiedziałem, że noszę się z zamiarem opracowania ich działalności patriotycznej, zwłaszcza zmierzającej do zjednoczenia i umocnienia państwa polskiego. Aby nie przedłużać spotkania, gdyż także inne osoby czekały w kolejce na spotkanie, dodałem kurtuazyjnie: „Zachęta Waszej Świątobliwości będzie dla mnie nakazem”. Ojciec Święty uścisnął wtedy moją rękę, spojrzał mi w oczy i powiedział: „Nie nakazuję, ale proszę i pracy błogosławię”. Głęboko wzruszony, długo pozostałem pod wrażeniem tych życzliwych, a nawet sakralnych słów. Takich słów się nie zapomina. Kto takie słowa usłyszał i wie kim był ich autor, ten ma także obowiązek przekazywać je swoim potomkom, co też z szacunku dla Świętego Jana Pawła nieustannie czynię.
   Na pytanie, czy spełniłem swój zamiar zgłoszony Ojcu Świętemu, mogę odpowiedzieć, że już w kilku artykułach bardzo wysoko podniosłem zasługi Odrowążów poniesione dla ojczyzny, ale ostatniego słowa w tej tematyce jeszcze nie powiedziałem. Za najlepszy dotąd mój artykuł o Odrowążach uchodzi opublikowany w formie rozdziału „Święty Jacek patron szkoły” w książce „Samodzielnie myśleć i wybierać. Dzieje Prywatnego Gimnazjum i Liceum Katolickiego im. św. Jacka w Katowicach 1935-1950” (Katowice 2002). Książkę tę przygotowałem do druku razem z dziś już nieżyjącym biskupem, kardynałem Ignacym Jeżem, moim wychowawcą w wymienionej szkole.
   W programie pobytu mieliśmy także zwiedzanie Rzymu oraz wyjazdy do Asyżu, na Monte Cassino i do podmiejskich katakumb. Podczas zwiedzania Rozgłośni Radia Watykańskiego dyrektor tej instytucji, polski jezuita, wiedząc że jestem wychowankiem jezuitów – a powspominaliśmy sobie tych samych przełożonych – oprowadził mnie samego po tych pomieszczeniach, które nie były dostępne zwiedzającym. Największe wrażenie zrobiła na mnie izba (myślę, że dziś można już o tym pisać) z aparaturą rejestrującą sygnały pochodzące z czujników, otaczających papieża i czuwających nad jego bezpieczeństwem.

Spotkanie drugie

   Drugie moje spotkanie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II odbyło się w czerwcu 1994 roku. Kończył się już wtedy pierwszy rok istnienia Uniwersytetu Opolskiego i to skłoniło Ojca Świętego do zaproszenia, formalnie, kierownictwa tej Uczelni, ale faktycznie każdy z jej pracowników, który zgłosił się w pierwszej czterdziestce, gdyż tyle było miejsc w autokarze, wziął udział w tym planowanym wyjeździe do Rzymu. Przypomnę, że Uniwersytet Opolski, wtedy dwunasty w Polsce, powstał po bardzo długich staraniach z połączenia miejscowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej z Diecezjalnym Instytutem Pastoralnym. Każda z tych uczelni miała za sobą wieloletnią historię. WSP, założona w 1950 roku we Wrocławiu, została w 1954 roku przeniesiona do Opola, a Instytut Pastoralny powstał z połączenia Diecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego z opolską filią Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Uniwersytet Opolski, dzięki swojemu rodowodowi oraz dzięki staraniom wielu wybitnych dostojników Państwa i Kościoła był pierwszym, w powojennym okresie, państwowym uniwersytetem polskim posiadającym wydział teologiczny. Tego pierwszeństwa już nikt nam – pracownikom tej Uczelni – nie jest w stanie odebrać. W Watykanie mieliśmy spotkania w poszczególnych ministerstwach, które w Stolicy Apostolskiej noszą nazwę kongregacji. Na dzień 15 czerwca 1995 roku Ojciec Święty zaprosił nas na swoją Mszę świętą, celebrowaną w tej kaplicy, w której oknie papieże ukazują się pielgrzymom zgromadzonym na Placu św. Piotra i z którego udzielają błogosławieństwa urbi et orbi. Datę spotkania pamiętam bardzo dokładnie, gdyż był to dzień urodzin mojej żony, a ponadto przypadł on w tym roku na czwartek i zarazem na Święto Bożego Ciała. Do kaplicy weszliśmy na parę minut przed godziną ósmą. Ojciec Święty już był w kaplicy – siedział na krześle zwrócony twarzą do ołtarza, pogrążony w modlitwach i medytacjach. Po Mszy świętej, cichej, ale bardzo uroczystej, Ojciec Święty usiadł ponownie na tym samym co uprzednio krześle, zapewne dla identycznego celu, a myśmy przeszli cicho do sąsiadującej z kaplicą biblioteki papieskiej. Parę minut po godzinie dziewiątej Ojciec Święty przyszedł do nas. Był trochę przygarbiony i jeśli nie smutny, to co najmniej zafrasowany i zmęczony. W miarą upływu czasu stawał się jednak coraz bardziej wesoły i rześki. Zauważyłem wtedy, że tak, jak On potrzebny był nam, ze swoją charyzmatyczną mądrością i świętością, tak myśmy potrzebni byli Jemu, z naszym akademickim wigorem. Przecież On był także profesorem i miał duszę nauczyciela akademickiego. Młodzież Go uwielbiała, a On ją wręcz po ojcowsku kochał. Z każdym z nas zamienił kilka zdań, niemal w tonie rodzinnej rozmowy, ale nawet najprostsze słowa Jego zapadały głęboko w umysł i duszę rozmówcy, wywołując nie do opisania dreszcz wzniosłości. Niektóre koleżanki podczas tej krótkiej, przyjacielskiej, rozmowy z Ojcem Świętym nie potrafiły ze wzruszenia opanować głośnego, spontanicznego płaczu. A był to płacz radości, uwielbienia i odczuwanej wzniosłości. Gdy przyszła moja kolej na spotkanie, wtedy ks. abp. A. Nossol przedstawił mnie jako rektora-elekta i podał Ojcu świętemu egzemplarz mojej książki „Godność, dostojeństwo i posłannictwo Uniwersytetu”, napisanej na powitanie narodzin Uniwersytetu Opolskiego. W książce tej jest obszerne „Słowo Ojca Świętego Jana Pawła II skierowane do społeczności akademickiej Uniwersytetu Opolskiego”, opublikowane za Jego zgodą. Ojciec święty złożył na egzemplarzu tej książki swój podpis, czym nadał jej niemal sakralny charakter. Kilka miesięcy później abp A. Nossol, po kolejnym pobycie w Watykanie, powiedział mi, że Ojciec Święty wysoko ocenił moją książkę i że bardzo mu się w niej podobają łacińskie tytuły rozdziałów.
[image]
   Nasza wizyta u Ojca Świętego musiała, jak wszystko na tym świecie, także mieć swój koniec. Około godziny jedenastej, po kilku „natrętnych” monitach ze strony kurialistów, odciągnięto od nas Ojca Świętego, co zarówno dla nas, jak też i dla Niego, radosne nie było. Musieliśmy się rozstać także z innego powodu, mianowicie na godzinę dwunastą zapowiedziano naszą wizytę w Kongregacji Doktryny Wiary, na której czele stał kardynał Joseph Ratzinger, późniejszego papież Benedykt XVI. Tam był też przygotowany dla nas posiłek obiadowy – w formie „szwedzkiego stołu”, wraz z lampką wyśmienitego wina. Gospodarz, kardynał J. Ratzinger, to człowiek innego niż Jan Paweł II temperamentu, ale równie przyjazny, budzący od razu ogromny szacunek i pełne zaufanie. Już na pierwszy rzut oka można było wyczuć w nim wybitnego intelektualistę, a zarazem człowieka spolegliwego i ciepłego. Miał genialną pamięć. Gdy zbliżyłem się do niego, to uśmiechnął się życzliwie, jak do kogoś bliskiego, i zapytał „Gdzieśmy się już spotkali?”. Przypomniałem mu wtedy, że było to równe dwanaście lat temu w Krowiarkach pod Raciborzem. Okazało się potem, że wiele miłych szczegółów z tego spotkania pamiętał.1
   Nasze wspaniałe i wzruszające przeżycia watykańskie nie zakończyły się na wizycie w Kongregacji Doktryny Wiary. Wieczorem uczestniczyliśmy jeszcze w procesji Bożego Ciała, prowadzonej przez Jego Świątobliwość Jana Pawła II. Później, już w hotelu, po kolacji, mieliśmy jeszcze długie spotkanie z abp. A. Nossolem, który przyjechał do nas z pałacu papieskiego. Był szczerze uradowany i oznajmił nam z satysfakcją, że „cały Watykan huczy o Opolu”. Zauważył też, że wizyta prezydenta Lecha Wałęsy trwała u Ojca Świętego siedem minut, wizyta prezydenta Ronalda Reagana dwadzieścia cztery minuty, a nasza wizyta blisko trzy godziny. Nie jest wykluczone, że była to najdłuższa wizyta w całym papieskim pontyfikacie Jana Pawła II.

Spotkanie trzecie

   Trzeci raz spotkałem się z Ojcem Świętym w pierwszych dniach stycznia 1996 roku. Już nie pamiętam w jakich okolicznościach zaprosił On do siebie na konkretny dzień, bodaj na 4-go stycznia, rektorów uczelni akademickich z Polski. Polecieliśmy do Rzymu w kilkudziesięcioosobowej grupie. Na czele całej grupy stał profesor Michał Seweryński, ówczesny rektor Uniwersytetu Łódzkiego. Pamiętam, że byliśmy bardzo niepewni, czy dojdzie do spotkania, bo świat obiegła wtedy wiadomość, że Ojciec święty zasłabł przed udzieleniem noworocznego błogosławieństwa urbi et orbi. Aliści po wylądowaniu na docelowym lotnisku dowiedzieliśmy się, że głośna jest w Rzymie nie wiadomość o tym zasłabnięciu, lecz o tym, że papież po tej przypadłości zdrowotnej tak szybko odzyskał siły i jest, jak uprzednio, bardzo aktywny w swym działaniu. Spotkanie zatem doszło do skutku, a gdy Ojciec Święty witał się ze mną powiedział „Witam Opole”. Przyjęcie, na niezwykle wysokim poziomie naukowej rangi i protokólarnej elegancji odbyło się w Sali Klementyńskiej, co podobno wywołało pewne dyskusje za bramą spiżową. Poprzedni papieże przyjmowali bowiem w tej sali wyłącznie koronowane głowy, a Ojciec Święty Jan Paweł II złamał tę zasadę i zaczął w niej przyjmować także prezydentów państw. Argumentował swoje postępowanie tym, że królów jest coraz mniej, a prezydentów coraz więcej oraz że jedni i drudzy stoją na czele państw. A w naszej grupie nie było ani jednego króla, ani też prezydenta. Byliśmy pierwszą „proletariacką” grupą, podejmowaną w najwyższym, arystokratycznym „salonie”, co na pewno niejednego konserwatywnego kardynała drażniło. Dopiero przemówienie, jakie wygłosił do nas na tym spotkaniu Ojciec Święty, ukazało mi racjonalny sens jego postępowania.
   W przemówieniu tym Ojciec Święty mówił o roli i randze kultury w życiu narodu. W prostych słowach i przykładach wykazał, że głównym i skutecznym czynnikiem podtrzymującym trwanie i przetrwanie narodu, jest nie polityka, lecz kultura. Rozważając sens Jego myśli, podziwiam świadomość polskiej tożsamości narodowej u tych Ślązaków, którzy ponad sześćset lat, a więc co najmniej na przestrzeni dwudziestu pięciu pokoleń, trwali poza organizmem państwa polskiego jako świadomi Polacy. Porównuję kulturę polską wieku XIX, kiedy państwa polskiego nie było, z kulturą polską XX wieku, kiedy państwo polskie istniało pełne 75 lat (za wyjątkiem pierwszego dwudziestolecia i pięciu lat okupacji niemieckiej). W literaturze XIX wieku mamy wybitnych romantyków (Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Norwida), pozytywistów (Sienkiewicza, Orzeszkową i Prusa), modernistów (Żeromskiego, Reymonta i Wyspiańskiego), a w XX wieku ani jeden pisarz im nie dorównuje. W sztukach plastycznych prawie nikt nie dorasta do poziomu Matejki, Grottgera, Chełmońskiego i braci Gierymskich. Lepiej jest w muzyce, gdyż w XIX wieku mamy Elsnera, Chopina i Moniuszkę, a w XX wieku Szymanowskiego, Lutosławskiego i Pendereckiego. Natomiast w nauce nie widzę nikogo, kto dorównałby Skłodowskiej. Co więcej, osiągnięcia kultury polskiej były bardziej znane i cenione na świecie wtedy, kiedy państwa polskiego nie było, niż w czasach, kiedy ono istniało i istnieje. Wymownym przykładem może być europejska slawistyka. W XIX wieku bazowała ona na języku polskim, a począwszy od okresu międzywojennego bazuje ona na języku rosyjskim.
   Święty Jan Paweł jako praeceptor Poloniae (nauczyciel Polski) daje nam zbawienne rady trwania, przetrwania i rozwoju. Obyśmy je nie tylko doceniali, ale także realizowali.

1) Owe wydarzenia sprzed dwunastu lat, wspomniane w rozmowie z kardynałem Ratzingerem, były następujące: W niedzielę, dnia 21 czerwca 1983 roku, po pamiętnych „nieszporach” na Górze Św. Anny, Ojciec Święty Jan Paweł II odleciał helikopterem do Krakowa, natomiast kardynał Ratzinger pozostał jeszcze ponad tydzień na Opolszczyźnie, jako gość i przyjaciel abpa A. Nossola. W najbliższą niedzielę Kardynał miał spotkanie z mężczyznami na Górze Św. Anny, a następnie poświęcił kamień węgielny pod budowę kościoła w Choruli. W tym samym tygodniu odbywało się też kolejne, coroczne, spotkanie pierwszych maturzystów mojej żony, którzy zdali pomyślnie egzamin dojrzałości 1953 roku. Spotkanie to odbyło się w sobotę przed wspomnianą niedzielą, na probostwie w Krowiarkach, gdzie jeden z byłych maturzystów, ks. Leonard Gajda, był proboszczem i obchodził dwudziestą rocznicę swego kapłaństwa. Wśród honorowych gości na tym spotkaniu był także abp Nossol, z którym Jubilat razem studiował i razem przyjął święcenia kapłańskie, oraz kardynał Ratzinger. Wspólne rozmowy przy obiedzie i podwieczorku, wraz z udziałem w nieszporach, trwały kilka godzin. Kardynał Ratzinger podziękował na tym spotkaniu publicznie (na pewno z podszeptu abpa Nossola) mojej żonie za szczęśliwe doprowadzenie do matury wielu wychowanków, którzy idąc za głosem powołania odbyli studia teologiczne i pracują dziś w kurii diecezjalnej bądź na Wydziale teologicznym Uniwersytetu Opolskiego.

■ Franciszek Antoni Marek – autor tekstu podczas swoich wykładów w DLP ’90 mówił kilkakrotnie o Janie Pawle II; w tym tekście zebrał wszystkie te wypowiedzi. Tekst został opublikowany w książce „Święty Jan Paweł II pośród nas” (red. S.A. Potycz, Legnica 2015).

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl