Zderzenie światów - w poszukiwaniu śladów Benedykta Polaka

Podążali do jądra ciemności, krainy leżącej poza opisanym światem, skąd przybyły hordy jeźdźców siejących śmierć, ludobójcy i ludożercy zostawiający za sobą zgliszcza osad i miast. „Napotykaliśmy nieprzeliczone czaszki i kości ludzkie leżące na polach” – wspominał uczestnik wyprawy. Niezwykłą odwagę mieli franciszkanie, którzy na polecenie papieża wyruszyli 770 lat temu na Wschód, do Azji, żeby poznać i zrozumieć, co zagraża Europie. Ich relacje brzmią jak przestroga na dziś.

   Zdumiewający jest brak pamięci o bohaterskich franciszkanach, którzy pierwsi odsłaniali przed Europejczykami nieznaną cywilizację Azji, przecierali szlaki, nawiązali międzykulturowe kontakty. Sławny powszechnie z podróży do chana Wenecjanin Marco Polo urodził się dziewięć lat po tym, jak oni wyruszyli na wyprawę...
   Wysłannikami piekieł nazwano mongolskich najeźdźców, którzy do 1240 r. zdobyli Ruś i Kijów, a następnie pustoszyli Węgry i ziemie polskie. Trzon ich wojsk stanowili Tatarzy. Ich okrucieństwo sprawiło, że uznano, iż pochodzą z Tartaru – straszliwych podziemnych otchłani z mitologii greckiej. Bo też Europa tak błyskawicznej wojny i rzezi na taką skalę wcześniej nie znała.
   W Środę Popielcową 1241 r. Mongołowie zdobyli Sandomierz. Prowadził ich wnuk Czyngis-chana, Orda. Krwawym huraganem przeszli przez Kraków, Wiślicę, Łęczycę, Wrocław, aż na ich drodze stanęło koło Legnicy rycerstwo polskie pod wodzą księcia Henryka II Pobożnego, wspieranego przez posiłki niemieckie, templariuszy, joannitów. Ważyły się losy chrześcijańskiego świata. W bitwie pod Legnicą poznał on nową broń. Znajdowała się w czarnej głowie na szczycie chorągwi. „Kiedy Tatarzy cofnęli się o jedno staje i skłaniali się do ucieczki – pisał kronikarz Jan Długosz – chorąży tego sztandaru zaczął, jak mógł najsilniej, potrząsać głową, która sterczała wysoko na drzewcu. Buchnęła z niej i natychmiast rozeszła się nad całym wojskiem polskim para, dym i mgła o tak cuchnącym odorze, że z powodu okropnego i nieznośnego smrodu walczący Polacy niemal omdleni i ledwie żywi osłabli i stali się niezdolni do walki”. Użycie bojowych środków trujących kronikarz przypisał czarom. Mongołowie bitwę wygrali. Droga na Zachód stała przed nimi otworem

Pierwowzór napalmu

   Taktyka wojny błyskawicznej azjatyckiego Wielkiego Stepu pomogła Czyngis-chanowi stworzyć na początku XIII w. Imperium Mongołów sięgające od Oceanu Spokojnego do Morza Czarnego. Powoływali się na nią stratedzy II wojny światowej. Istotą jej była zasada, że ruchliwość może zwyciężyć siłę. Mongołowie, od dzieciństwa znakomici jeźdźcy, zawdzięczali swe podboje szybkości i zaskoczeniu. Uderzali z „siłą pioruna”, rozsypywali szyki, błyskawicznie się wycofywali, by znowu z mocą uderzyć. Pozorowali ucieczki z pola bitwy, a sprowokowane do pogoni wojska wroga wciągali w pułapkę. Zasypywali deszczem strzał o sile większej niż europejskie. Przeraźliwy dźwięk ich lotu wywoływał panikę. „Żywe tarany” – oddziały piechoty formowane z podbitej ludności – rzucali do walki na pierwszy ogień. Osłaniali się „żywymi tarczami” z kobiet i dzieci. Metod przydatnych w podbojach uczyli się od zwyciężonych. Machiny oblężnicze poznali u Persów i Chińczyków. Wystrzeliwali z nich „grecki ogień”, łatwopalną mieszankę – pierwowzór napalmu. Chińczykom wydarli tajemnicę prochu, którym wypełniali pociski żelazne i gliniane. Stosowali „bomby gazowe”. Dymy drażniące wydmuchiwali w kierunku przeciwnika za pomocą miechów.
   Wiek XIII. Europa skłócona, zajęta walkami o władzę, nie rozumiała zagrożenia. Okrutny los podbitej Rusi (obecne tereny Ukrainy) jej nie obchodził. Straszliwi jeźdźcy Apokalipsy przybyli z krain nieopisanych na ówczesnych mapach. Po zwycięskiej bitwie pod Legnicą niespodziewanie się wycofali – zniknęli tak nagle, jak się pojawili.

Niebezpieczna misja

   Papież Innocenty IV, wykształcony Genueńczyk, postanowił owo zagrożenie rozpoznać. Wysłał różnymi drogami cztery poselstwa do władcy Tatarów, bo tak po najeździe określano Mongołów. Dwa składały się z dominikanów, dwa z franciszkanów. Zakonnicy otrzymali misję religijno-dyplomatyczno-szpiegowsko-eksploracyjną. Mieli nawiązać kontakty i dowiedzieć się jak najwięcej o najeźdźcach: skąd pochodzą, jak wygląda ich kraj, ilu ich jest, jak żyją, jaka jest ich wiara, jakie mają obyczaje, zamiary, jak traktują posłów, czy przestrzegają umów. A potem spróbować ich nawrócić. Papież szukał sprzymierzeńców do obrony przed islamem, ponieważ Arabowie, kierowani dżihadem, opa¬nowali basen Morza Śródziemnego, na terenie Europy zakładali emiraty, kalifaty, taify.
   Podziw budzi odwaga i poświęcenie zakonników, którzy podjęli się misji. Znamy niebezpieczeństwa i trudy, jakim musieli sprostać. Aż dwóm franciszkanom: Włochowi i Polakowi udało się dotrzeć na dwór wielkiego chana przy stolicy Imperium Mongołów – Karakorum na terenie dzisiejszej Mongolii (nie mylić z pasmem górskim Karakorum na pograniczu Chin, Pakistanu, Indii). I wrócić! Włoch Giovanni da Pian del Carpine, czyli Jan z miejscowości Pian di Carpine (obecnie Magione), lub, jak napisze jego towarzysz: „Jan zwany de Piano Carpini”, należał do grona współbraci św. Franciszka w Asyżu. Jego kultura pisemna pokazuje, że zapewne porzucił zamożny ród. Na polecenie Franciszka był misjonarzem w Niemczech. Bracia wybrali go kustoszem w Saksonii, a potem przełożonym prowincji niemieckiej. Zainicjował założenie pierwszych klasztorów franciszkańskich w Czechach, Polsce, Norwegii, Danii, na Węgrzech. Kiedy 16 kwietnia 1245 r. wyruszał na grzbiecie osła z Lyonu (gdzie papież zwołał sobór) jako legat Stolicy Apostolskiej do Mongołów, miał około 65 lat. W ciągu trwającej dwa lata i siedem miesięcy podróży pokonał konno 19 tys. kilometrów.
   Około 46-letni Benedykt, „rodem Polak” – jak sam się przedstawił – dołączył do Jana we Wrocławiu. „Był towarzyszem naszych udręczeń i tłumaczem” – wspominał Jan. Poza polskim i łaciną znał język ruski. Mieszkał w klasztorze franciszkanów ufundowanym przez Henryka II Pobożnego, zniszczonym wraz z kościołem przez Tatarów i odbudowanym przez wdowę po księciu. Pochowa¬no w nim ciało fundatora, obrońcy chrześcijaństwa, znalezione na polach bitwy pod Legnicą. Nagie zwłoki Henryka, rozpoznane przez wdowę, pozbawione były głowy. Na pytanie, co się z nią stało, znalazła odpowiedź dopiero ekspedycja do chana Mongołów.

Kłusem od rana do nocy

   Benedykt Polak pisał, że dołączył jako trzeci franciszkanin do poselstwa. Nie podał imienia drugiego. C. de Bridia – prawdopodobnie C. z Brzegu na Dolnym Śląsku w swojej relacji, napisanej na polecenie prowincjała Czech i Polski po zakończeniu wyprawy, tak jakby brał w niej udział, wymienia brata Czesława z Czech, który się więcej w opowieściach nie pojawia.
   Kluczowa dla powodzenia misji okazała się wizyta w Boże Narodzenie na dworze księcia Konrada I Mazowieckiego w Łęczycy – silnym ośrodku władzy państwowej. Od XII w. odbywały się tam zjazdy książąt i dygnitarzy – pierwsze polskie sejmy. Franciszkanie zatrzymali się zapewne w tamtejszej archikolegiacie (w Tumie) – miejscu synodów prowincji. Obecny w Łęczycy książę włodzimiersko-wołyński, Wasylko, który uznał zwierzchnictwo Mongołów, poradził im, żeby wzięli z sobą dużo darów, bo otworzą im one wiele drzwi.
   O tym, że ta rada nie straciła na aktualności, wie każdy, kto brał udział choćby w wyprawach alpinistycznych w góry Azji także w XXI w., które wymagają zezwoleń od lokalnych urzędników i przejeżdżania przez niezliczone punkty kontrolne po drodze. Bez „prezentów” tam ani rusz.
   Zebrani w Łęczycy wielmoże wyposażyli mnichów żebraczego zakonu – posłów papieskich, w cenne dary: futra. Książę Wa¬sylko zabrał ich do swego kraju, potem wyprawił do Kijowa, znajdującego się pod jarzmem Tatarów. Zakonnicy nie skarżyli się na trudy zimowej podróży. Jan pisał tylko, że kiedy byli „śmiertelnie chorzy”, to kazali się ciągnąć na saniach, ale misji nie przerwali. Z Kijowa w asyście Tatarów jechali dalej, dosiadając mongolskich koni, które żywiły się same, wygrzebując spod śniegu trawę. Pędzili kłusem całe dnie, a i czasem nocą, zmieniając kilka razy na dobę konie na wypoczęte. Jedli proso z wodą i solą, niekiedy tylko pili wodę ze stopionego śniegu. Przekroczyli Don, podążali w rejon Astrachania. Futra otwierały im drzwi – często musieli się nimi opłacać. W Wielki Czwartek w kwietniu 1246 r. dotarli do leżącego w delcie Wołgi obozu Batu-chana, którego wojska spustoszyły Węgry, brata Ordy. Wręczyli mu „żądane dary, mianowicie 40 skór bobrowych i 80 skór borsuczych” – wspominał Benedykt. Jak pisał, od pewnego momentu jechał już tylko z Janem, bo trzeci brat zapadł na zdrowiu i zostawili go po drodze z końmi i służebnymi.
   Podążali przez stepy, pustynie i góry dzisiejszej Ukrainy, Kazachstanu, Mongolii. Po drodze widzieli „niezliczone zburzone miasta i gro¬¬dy zniszczone oraz wiele opuszczonych wsi”. W lipcu 1246 r. Jan i Benedykt dotarli do siedziby wielkiego chana o pół dnia drogi od stolicy, Karakorum. Ale wielkiego chana tam nie było. Zmarł dużo wcześniej, jeszcze zanim wyruszyli w podróż.

Pogarda i nadzieja

   Wyjaśniła się przyczyna nagłego odwrotu Mongołów z Polski i Węgier. Na wieść o śmierci syna i następcy Czyngis-chana, wielkiego chana Ugedeja otrutego przez kobietę, Batu i Orda zawrócili do Karakorum, by zabiegać o sukcesję. Jan i Benedykt musieli doczekać do wyboru nowego władcy, którym został Gujuk, wnuk Czyngis-chana. Ten w październiku 1246 r. pozwolił im wyruszyć w drogę powrotną z listem-odpowiedzią do papieża.
   Podróż do Lyonu trwała rok i miesiąc. Po drodze zatrzymywali się na dworach, opowiadając o tym, co widzieli. Napisali trzy relacje. Najkrótsza jest Benedykta Polaka. W „Sprawozdaniu” podał przebieg trasy, główne wydarzenia, zacytował list „cesarza Tatarów” do papieża.
   Najbardziej wyczerpująco odpowiedział na zadane przez Innocentego IV pytania Jan z Piano Carpini w „Historii Mongołów”, „których my nazywamy Tatarami”. Z opisu dziejów imperium, metod walki, życia i zwyczajów wyłonił się obraz państwa, którego organizacja służyła prowadzeniu nieustannej wojny, podbojów dla podporządkowania sobie całego świata. Panem życia i dóbr wszystkich był wielki chan. Wszelkie nieposłuszeństwo karano śmiercią. W armii panowała żelazna dyscyplina. Jeńców i tych, którzy się poddali, zabijano albo zabierano w okrutny jasyr, potrzebowano bowiem niewolników: kobiet, służby, rzemieślników, skrybów, tłumaczy... Mongołowie obietnic nie dotrzymywali – należały do taktyki podboju, jak przebiegłość i zdrada. Władców innych krain zapraszali, upokarzali i bywało, że zabijali, żeby przejąć ich tereny. Obcymi gardzili, biednymi i słabymi jeszcze bardziej. Respekt mieli dla siły, szacunek tylko dla swoich. Bezwzględnie łupiąc, kradzież wśród swoich karali śmiercią.
   W żadnej relacji franciszkanie nie epatowali swoim cierpieniem, chociaż omal nie umarli z głodu, oczekując na elekcję chana, bo o posłów jak i niewolników nie dbano. Szukali dobrych stron gospodarzy. Starali się być pomostem pomiędzy obcymi sobie światami, cywilizacjami. „Między sobą są dosyć ludzcy i chętnie dobrami swoimi się dzielą, wzajemnie sobie ustępując. Są także bardzo cierpliwi. Albowiem często, mimo że przez dzień albo dwa nic nie jedli, śpiewają przecież i żartują, jakby najlepiej byli nasyceni” – pisał C. de Bridia w „Historii Tatarów” naśladującej relację Jana. Powoływał się na informacje zasłyszane od Benedykta. Franciszkanie podkreślali, że Tatarzy nie zmuszali nikogo do wyrzeczenia się swej wiary. Wyjątkiem było męczeństwo księcia Rusi, Michała, który przybył w hołdzie poddaństwa do Batu-chana. Kiedy kazano mu oddać pokłon posągowi Czyngis-chana, odmówił, tłumacząc, że jako chrześcijanin nie może oddawać czci tej figurze. Ucięto głowę jemu i wspierającemu go rycerzowi.
   Jan uważał, że wybór nowego chana dawał nadzieję. „Sam utrzymuje duchownych chrześcijańskich. Ma zawsze także przed największym swoim namiotem kaplicę, gdzie [duchowni] śpiewają publicznie (…) zgodnie ze zwyczajem greckim”.

Duchy demonów

   C. opisał też ostatnie chwile życia Henryka Pobożnego. Tatarzy, „kiedy już, jak opowiadali temuż bratu Benedyktowi, chcieli uchodzić [z pola walki pod Leg¬nicą], szyki bojowe chrześcijan niespodziewanie rzuciły się do ucieczki. Wtedy księcia Henryka wzięli Tatarzy do niewoli i całkowicie obrabowali, a kazali mu klękać przed martwym wodzem, który poległ w Sandomierzu. Głowę jego jakby głowę barana zawieźli przez Morawy na Węgry do Batu i wkrótce potem rzucili ją między głowy innych poległych”.
   Franciszkanin wskazuje przyczyny porażki podczas tatarskiego najazdu w 1241 r.: „Czego u Polaków dokonała zazdrość, to u Węgrów zuchwała pycha”. Zawiniły więc duma, zawiść, brak jedności. Cywilizacja europejska nie obroni się przed azjatycką, jeśli nie zjednoczy sił, nie wykaże męstwa i odwagi. Znamienny był lęk Jana, że na drogę powrotną chan dołączy do nich swoich posłów do papieża, a wtedy ci przyjrzą się Europie. „Obawialiśmy się, ażeby oni, postrzegłszy niezgodę i wojny, jakie istnieją między nami, nie nabrali większej ochoty wystąpienia przeciw nam – tłumaczył. – Baliśmy się, ażeby ich nie zgładzono, bo przecież nasze ludy w wielkiej części są skłonne do zuchwałości i pychy”.
   Uczestnik jednej z czterech misji wysłanych przez papieża Innocentego IV na Wschód, francuski dominikanin Szymon twierdził, że Batu-chan przed wkroczeniem na Węgry w 1241 r. złożył ofiarę demonom, pytając je, czy ma rozpocząć inwazję. Usłyszał odpowiedź: „Idź spokojnie, bo wysyłam trzy duchy przed tobą, a dzięki nim twoi przeciwnicy nie zdołają ci się oprzeć – co też się stało. Duchami tymi były zaś: duch niezgody, duch niewiary i duch strachu. To są trzy duchy nieczyste”. Duchy te wciąż hulają po Europie...

■ Monika Rogozińska – „Posłaniec św. Antoniego z Padwy” nr 2 (marzec-kwiecień) z 2015 r.

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl