Co nam mówi głowa Pobożnego? 1)

   Bitwa pod Legnicą weszła do wszystkich podręczników do polskiej historii. W wielu opowieściach o historii Europy, łacińskiego „Zachodu” jest pierwszym skojarzeniem z Polską. Głowa Henryka Pobożnego zatknięta na tatarską pikę (pięknie odmalowana – dwieście lat po bitwie – przez mistrza tryptyku „Legenda świętej Jadwigi”) straszy obrońców grodu w Legnicy. Są jednak nieustraszeni. Bronią siebie – i Europy.
   Polska – przedmurzem Zachodu, po raz pierwszy? Czy tak to było? Czy naprawdę wiemy, co się zdarzyło w roku 1241 i jakie to ma znaczenie? Są przecież przedstawiciele historiografii „krytycznej”, którzy dowodzą, że było to trzeciorzędne starcie mongolskiego zagonu na drugoplanowym froncie właściwej wyprawy na Węgry; że bitwa pod Legnicą nie miała żadnego istotnego znaczenia bowiem Batu-chan zawróci i tak swoje wojska na wschód po prostu dlatego, gdyż walka o tron po śmierci następcy Dżyngis-chana była dla niego ważniejsza niż podbój Europy. Czyli – zginął Henryk Pobożny właściwie bez sensu. I wraz z nim zginęła odpowiedź na pytanie, czy możliwe było zjednoczenie Polski przez niego, już w połowie XIII stulecia.
   Jeśli Czytelnicy dobrnęli już do tego miejsca naszej opowieści, mogą czuć się znużeni kołowrotem drobnych walk międzyksiążęcych w rozbitej na małe dzielnice i jeszcze mniejsze interesy Polsce. To znużenie może narastać wraz z ciągłymi zastrzeżeniami, że znamy te walki i spory, że odczytujemy towarzyszące im emocje z niezwykle wątłych śladów źródłowych. Jaką to wszystko ma wartość, jaki sens? Bitwa pod Legnicą, najazd mongolski roku 1241 – to okazja nie tylko, by się nad tymi, postawionymi tutaj pytaniami zastanowić; nie tylko, by zobaczyć polskie dzieje w uniwersalnym kontekście, w jakie wprowadza je w XIII wieku inwazja Batu-chana, ale także, a może przede wszystkim po to, byście Państwo mogli zobaczyć tę odległą historię w zbliżeniu: jak jest tworzona – przez źródła i tych, którzy je interpretują; ile może mieć fascynujących znaczeń.
   Dramatyczną opowieść o roku 1241 znamy przede wszystkim z niezwykle barwnej i szczegółowej narracji Jana Długosza. Na początku księgi VII swoich monumentalnych Roczników czyli kronik sławnego Królestwa Polskiego poświęca on opisowi najazdu mongolskiego w owym roku ponad cztery tysiące słów! Jest tu niewiele mniej dokładny niż w swej prezentacji początku wojny trzynastoletniej z Zakonem krzyżackim, której był naocznym świadkiem. Rodzi to oczywiście pytanie, skąd nasz znakomity dziejopis czerpał wiedzę do tak drobiazgowej relacji wydarzeń, które miały miejsce mniej więcej 230 lat przed tym, zanim zaczął je opisywać. Wyobraźmy to sobie: próbujemy dzisiaj z pamięci przedstawić historię powstania kościuszkowskiego! Taki właśnie dystans czasowy dzielił Długosza piszącego swe Roczniki od bitwy pod Legnicą. Podejrzana sprawa – szepczą nam do ucha mistrzowie podejrzeń. I do nich wrócimy za chwilę. Najpierw jednak spróbujmy streścić historyczny reportaż Długosza z roku 1241. […]
   Nastroje były w tym czasie w łacińskiej Europie iście apokaliptyczne – i to także warto podkreślić. Strach przed Mongołami jako najeźdźcami z innego zupełnie, całkowicie obcego świata, jakby przed inwazją Marsjan, paraliżował wolę obrony u wielu, ale rozpalał wyobraźnię u nie mniejszej liczby mieszkańców łacińskiego Zachodu. Już w 1237-1238 roku dominikanie węgierscy przywieźli pierwsze mrożące krew w żyłach relacje ze swej wyprawy do „Większych Węgier” między Wołgą a Uralem, gdzie chcieli dotrzeć, aby nawrócić swoich „braci” na prawdziwą wiarę. Tam zetknęli się z Tatarami, rozpoczynającymi właśnie podbój Rusi. I stamtąd przywiózł uczestnik tej wyprawy, brat Julian, list Batu-chana do króla Beli IV, zapowiadający najazd na Węgry i wzywający króla do dobrowolnej kapitulacji. „W jaki sposób myślisz wymknąć się z mych rąk?” - pytał retorycznie chan swoją ofiarę w tym pierwszym znanym nam dokumencie dyplomatyki mongolskiej. […]
   Papieża, po śmierci Grzegorza IX i kilkunastodniowym pontyfikacie Celestyna IV, nie było aż do 1243 roku. Wtedy wybrany Innocenty IV, rodem genueńczyk, znający z własnego miasta tragiczną historię genueńskich faktorii kupieckich na Krymie już z czasu pierwszego ataku mongolskiego na Ruś w 1223 roku, zdecydował się na lepsze rozpoznanie groźnego przeciwnika. Na soborze powszechnym w Lyonie, odbywającym się latem 1245 roku, postanowił zająć się problemem mongolskim. Wcześniej jeszcze, wiosna tego roku, wysłał jednocześnie kilak poselstw-misji rozpoznawczych do następców Dżyngis-chana. To były pierwsze europejskie wyprawy w głąb Azji. Mieli je zrealizować franciszkanie i dominikanie,
owładnięte duchem poświęcenia dla wiary nowe, dynamicznie rozwijające się na wschodnie krańce łacińskiego świata wspólnoty. Z czterech misji swoje zadanie wypełniły najskuteczniej dwie. Jedna, dominikańska, z udziałem wspomnianego wyżej Szymona de Saint Quentin, dotarła przez Syrię do Tbilisi w Gruzji i Tebrizu w Persji, spotykając się po drodze z wodzem mongolskim Bajdżu. Druga, franciszkańska, osiągnęła cel najdalszy: stolicę Wielkiego Chana w Karakorum, na południe od jeziora Bajkał, w linii prostej siedem tysięcy kilometrów na wschód od Rzymu. To było rzeczywiście jak wyprawa na Marsa. Misją kierował Jan di Piano Carpini, jeden z najstarszych towarzyszy świętego Franciszka […]
   Nie był sam. Wraz z nim podróżował Polak – Benedykt Polak. Dołączył do misji we Wrocławiu, późną wiosną 1245 roku. Miał wspierać Jana z Piano Carpini jako tłumacz, co najmniej z języka ruskiego na łacinę […] Przez sporą część tej imponującej trasy - aż do kwatery Batu-chana najpewniej – jemu i Benedyktowi Polakowi towarzyszyli jeszcze dwaj członkowie wyprawy: Stefan (w innych źródłach nazywany Czesławem) Czech oraz tajemniczy C. de Bridia. To właśnie z powodu tego ostatniego rozpisujemy się tutaj o wyprawie Jana z Piano Carpini i Benedykta Polaka przy okazji najazdu mongolskiego na Polskę w roku 1241. To bowiem ów nieco zagadkowy C. de Bridia jest autorem rewelacyjnego źródła, jakie zostało ujawnione dopiero w roku 1965 – źródła nie tylko do wielkiej wyprawy, ale także do najazdu mongolskiego właśnie. Z zakupionego przez uniwersytet Yale rękopisu, pochodzącego z Nadrenii z ok. 1440 roku, po przeszło siedmiuset latach od wyprawy opublikował tę relację amerykański badacz, a rzecz jasna zaczęli z niej korzystać wkrótce także polscy mediewiści. Ów de Bridia, został zidentyfikowany przez swego amerykańskiego „odkrywcę” jako Polak (używa w swej relacji bowiem polskiej, a nie czeskiej formy imienia Bogusław) „z Brzegu”. Nic więcej o nim powiedzieć chyba nie możemy. Poza tym, że zostawił nam arcyciekawe źródło do historii Mongołów i... mentalności polskiego duchownego z początku XIII stulecia. […]
   W relacji z tego starcia, które już miało miejsce, w roku 1241, Historia Tatarów dodaje – jak to już zapowiadaliśmy wcześniej – istotne szczegóły. C. de Bridia informuje, iż Batu-chan, dowodzący całością wyprawy, szedł z jej głównymi siłami na Węgry. Do Polski wysłał dziesięć tysięcy wojowników na czele „ze swym bratem Ordu”. Bardzo wielu z nich, „uległszy zamieszaniu, padło w walce na pogranicznych terenach kraju z rąk Polaków księstwa Krakowskiego i Sandomierskiego”. I tu, nieco podobnie jak potem u Długosza, a równolegle w Roczniku kapituły krakowskiej, pojawia się sugestia, że powodem klęski Polaków była – mimo ich początkowych sukcesów – nie tyle chciwość, ale „zawiść”, „duma i pycha” oraz „nienawiść wzajemna”. Tak, brak zgody między Polakami, brak efektywnej między nimi współpracy w obliczu wspólnego zagrożenia musiał zakończyć się straszną klęską. Bitwę pod Legnicą relacjonuje dalej de Bridia za przekazem Benedykta Polaka, któremu Tatarzy opowiadali, iż „kiedy już chcieli uchodzić [z pola walki], szyki bojowe chrześcijan rzuciły się niespodziewanie do ucieczki”. Widocznie informatorzy Benedykta nie usłyszeli owego podstępnego wołania „Biegajcie, biegajcie”. Nic też nie przekazali na temat (rzekomego) użycia „gazów bojowych”. Różni się również ta relacja od znanych nam wcześniej opisów przedstawieniem śmierci Henryka Pobożnego. Nie miał on zginąć na polu bitwy, ale został wzięty do niewoli. Tatarzy kazali mu „klęknąć przed martwym wodzem, który poległ w Sandomierzu”. Zapewne polski książę nie chciał oddać takiego hołdu – i wtedy dopiero został ścięty. „Głowę jego jakoby głowę barana zawieźli przez Morawy na Węgry do Batu i wkrótce rzucili ją między głowy innych poległych”. […]
   Legnica stała się głośna w kręgu łacińskiej Europy jak żadne bodaj wcześniej, wydarzenie związane z Polską. Napędzał to zainteresowanie, jak już mówiliśmy, wielki strach przed Mongołami, a także to braterstwo broni, które wobec owego zagrożenia połączyło z polskim rycerstwem ochotników i najemników przybyłych spoza zachodniej granicy Śląska, by walczyć z Mongołami. Wielki najazd Batu-chana, przed którym drżała naprawdę łacińska Europa, dotarł do łacińskiej Polski, do granicy z księstwami niemieckimi niemal – i cofnął się. Tak to zapamiętano. Ta pamięć była chyba ważniejsza od powodu, dla którego Batu zawrócił swoje konie. Dodajmy zresztą, że w ostatnim czasie część historyków (np. Denis Sinor) kwestionuje chęć walki o schedę po zmarłym Ugedeju jako główną czy tym bardziej jedyną przyczynę odwrotu, a wskazuje raczej wielkie straty, jakie Mongołowie ponieśli w wyprawie na Polskę i na Węgry, a także logistyczne trudności utrzymania gigantycznej armii konnej z dala od naturalnych pastwisk Wielkiego Stepu. Niezależnie od tego, czy uznamy rolę oporu polskiego rycerstwa za pozbawioną znaczenia dla decyzji Batu, czy też za mającą jednak pewien wpływ na zaniechanie dalszej ofensywy mongolskiej na Europę, to – powtórzmy – właśnie tyle dostrzegano w połowie XIII wieku: straszny najazd dotarł do Legnicy, ale dalej nie poszedł. Biczownicy w łacińskiej Europie pokutowali publicznie za napad mongolski na Polskę i Syrię; tak jak cystersi zanosili na polecenie papieża Innocentego IV modły za powodzenie misji Jana z Piano Carpini i jego towarzyszy. Europa łacińska patrzyła z przerażeniem na Wschód i modliła się za tych, którzy mogli ją ochronić. […]
   Ciekawe jednak, co mogliby pomyśleć rycerze spod Chmielnika i Wielkiego Turska, gdyby mogli widzieć, jak 679 lat później ścierali się w nieodległych okolicach obrońcy Polski przez Armią Czerwoną Lenina i Trockiego? Władysław Sikorski, nieskory do egzaltacji obrońca Płocka i Warszawy w roku 1920, tak to przecież opisywał w swoim strategicznym studium (Nad Wisłq i Wkrą): „Gdy bowiem potomkowie Dżengischana, twórcy olbrzymiego mongolskiego państwa, dotarli w pierwszej połowie XIII wieku aż pod mury Legnicy, Wrocławia, to przedstawiliśmy wówczas taką samą barierę dla spiętrzonej od Wschodu fali, jaka powstała w 1920 roku pod Warszawą celem powstrzymania najazdu sowieckich armij … Jak w 1241 roku pod Lignicą, tak w 1920 roku nad Wisłą rozstrzygnąć się miały losy powtarzającego się w historii starcia dwóch światów. Nie rozumiano tego na ogół na Zachodzie”.
   To porównanie chybia jednak historycznej prawdzie: w roku 1920 Polska potrafiła samodzielnie wygrać wielką batalię z nadciągającym od wschodu przeciwnikiem, a w roku 1241 książęta piastowscy swoje bitwy przegrali. Interpretacja roku 1241 była w świadomości ludzi XIII i pozostałych wieków średniowiecza przeniknięta raczej duchem ofiary chrześcijańskiej niż triumfującego przedmurza. Wyraził tego ducha Piotr z Byczyny, prawdopodobny autor Kroniki książąt polskich. Pisana pod koniec XIV wieku dla księcia brzeskiego Ludwika I, praprawnuka Henryka Pobożnego, zawierała owa Kronika obraz obrońcy Legnicy jako wzór chrześcijańskiego poświęcenia w obronie wiary i swoich poddanych. „Factus suavissimum holocaustum pro sibi subiectis populis” – uczynił z siebie najmilszą ofiarę całopalną za swój lud poddany. I takim symbolem poświęcenia w słusznej, na pewno słusznej sprawie obrony domu i Krzyża, ojczyzny i swoich poddanych, pozostał w polskiej historii los Henryka Pobożnego i rycerzy spod Legnicy, Chmielnika i Turska. Ale także przestrogą i napomnieniem – by uniknąć sytuacji, którą opisują te budzące dreszcze słowa: „suavissimum holocaustum ...”. By umieć zebrać siły do walki zwycięskiej, z Bożą pomocą, do uczynienia z Polski nie przedmiotu tylko na granicy światów, ale podmiotu, zdolnego bronić swego miejsca w porządku świata. Miejsca, które może być przedmurzem, ale może także – jak pokazała misja Benedykta Polaka i relacja brata „z Brzegu” – być pomostem na Wschód z Zachodu prowadzącym.

■ Andrzej Nowak – fragmenty tekstu opublikowanego w: ARCANA, nr 125(5/2015).



1) Fragment II tomu Dziejów Polski, który ma się ukazać drukiem pod koniec bieżącego roku.

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl