Piekło i niebo – Polacy w Andach

[image]   Kojarzona jestem z górami. Tymczasem to, co uwielbiam robić od lat, obok promowania Polski i dokonań rodaków, to wędrowanie szlakiem Sacrum i Piękna: po Polsce i świecie. Najpiękniejsze bowiem budowle, najwspanialszą sztukę, człowiek wzniósł i stworzył dla Boga.

Witamy w piekle
   Po Polsce krążą przedstawiciele karteli narkotykowych. Odwiedzają biedniejsze regiony, kuszą pieniędzmi albo przygodą. Ci, którzy połaszą się na szybki zarobek często nie wyobrażają sobie konsekwencji tego, co czynią.
   - Tych, którzy nie mają rodzin i pieniędzy, zjada tu robactwo. Żyją jak szczury – mówi odsiadujący karę wyniszczony Polak. Rodzina odwróciła się od niego. - Człowiek w więzieniu bez pieniędzy staje się zwierzęciem. Wrzucą cię tu tylko z tym, co masz na sobie – wyjaśnia inny. - Stajesz pod gołym niebem, nie masz gdzie spać, co jeść, czym się okryć. Nie dadzą kubka, talerza, łyżki, materaca, nic. A zupy do garści nie naleją. Za wszystko trzeba płacić. Żeby mieszkać pod dachem, trzeba dać 300 USD. Kupno celi na cały pobyt w naszym więzieniu kosztuje 4000 USD. - Największa karą jest to, z kim się tu żyje. Takich zwierząt w ludzkiej skórze nigdzie nie widziałem. Tu być zabitym, to nic - mówi jeden z odsiadujących wyrok.
   - Jesteśmy jedynymi białymi obcokrajowcami, którzy tu się ostali. Wszyscy inni poszli na dno Są gwałceni, poniewierani, wykorzystywani. Ćpają, żeby to wytrzymać, bo porcja narkotyków jest tańsza niż woda - słyszę od Polaka w kolejnym więzieniu.
   - Stworzono system: więzień to pieniądz. Siedzi złapany w sieci i mnóstwo ludzi chce na nim zarobić. Adwokaci wolą, żeby siedział dłużej, bo więcej pieniędzy z niego wycisną. Wielcy biznesu narkotykowego są zadowoleni, bo więzienia są pewnym, regularnym odbiorcą. Tak to działa w całej Ameryce Południowej - mówi bywalec zakładów penitencjarnych.
   Lurigancho w Limie National Geographic reklamował jako najgorsze więzienie na świecie. Wybudowane dla ok. 2000 osób mieści ponad 8000. - Jest państwem w państwie - miniatura państwa z jego korupcją - mówią osadzeni. Więźniowie mają broń. W pawilonach władzę zdobywają siłą, Tu klucze do cel mają ich mieszkańcy. Na noc zamykają się od wewnątrz przed współwięźniami. W dzień cele są otwarte. Straż więzienna nie wchodzi do pawilonu, a jeśli wkracza, to dzwonek, jak w szkole na przerwę, uprzedza o tym, żeby więźniowie pochowali to, czego strażnicy nie powinni zobaczyć. Za posiadanie telefonu komórkowego czy aparatu fotograficznego grozi dodatkowy kilkuletni wyrok.
   Dwaj Polacy przeprowadzili w swoim pawilonie demokratyczne wybory z kampanią wyborczą, plakatami. Prestiż zdobyli dzięki swoim kompetencjom i zdolnościom organizacyjnym. Za składkowe pieniądze przeprowadzili remonty. Doprowadzili wodę do cel, wmurowali w ściany rury i kable, po których chodziły wcześniej szczury, obłożyli kafelkami, wymalowali na dziedzińcu boisko do gry, postawili karuzelę i zjeżdżalnie dla dzieci, żeby w czasie odwiedzin mogły się bawić.
   Do pewnych cel weszłam jako pierwsza osoba odwiedzająca z Polski. Za okazane mi zaufanie ich mieszkańcom dziękuję. Wiele wskazuje na to, że niektórych więźniów skazano, choć nie byli winni...
   Tylko dwa z cyklu reportaży, który przygotowałam pragnąc ostrzec, zostały opublikowane. Przed jesiennym wyjazdem do Ameryki Południowej umówiłam się na przesłanie korespondencji z redaktorami „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. W czasie mojego pobytu w Peru obydwie redakcje wymiótł nowy właściciel.
   Ale byłam też w Niebie…

Wyspy Dobra
   - Diabeł boi się ludzi uśmiechniętych - mawiał włoski ksiądz Jan Bosko, linoskoczek, założyciel zgromadzenia salezjanów, święty, twórca domów dla biednej młodzieży, które otaczały opieką, wychowywały przez zabawę, sport, naukę, pracę, modlitwę. Dom Księdza Bosco (Casa Don Bosco), który odwiedziłam w peruwiańskich Andach, leży w Calca, w Dolinie rzeki Vilcanota. Założyli go salezjanie z Cuzco na drodze do Świętej Doliny Inków Urubamby i Machu Picchu. Kierują nim Polacy - świeccy: Artur Szczęch z żoną Margaritą (Peruwianką) oraz wolontariusze, przygotowywanymi przez Salezjańskie Ośrodki Misyjne w Warszawie i Krakowie.
   Dom jest bursą, internatem głównie dla chłopców, których rodzice mieszkają w odległych, trudno dostępnych osadach wysoko w górach, gdzie nie ma dostępu do nauki ani opieki medycznej. Rodzice pragną wykształcić dzieci, lecz nie mogą zostawić poletek na stromych zboczach z uprawą kawy i rodzinnego dobytku. Wysyłają dzieciaki do miasteczka w dolinie, zapisują do szkoły, wynajmują dla nich pokój i wracają w góry. Osoby, które obiecały opiekę nad dziećmi, nierzadko je na rożne sposoby wykorzystują, używają do pracy. Tragiczne są losy wielu dzieci.
   - Dzieci chodzą w Calca do szkoły publicznej. Przybywając z gór, nie znają hiszpańskiego, jedynie keczua. Znają biedę, ale i szacunek, poświęcenie. Są dobre lecz czują się gorsze. W mieście zarażają się pieniędzmi, internetem, narkotykami - mówi Artur. - Nikt tego nie kontroluje. Dostają wsparcie grup przestępczych. Cywilizacja jak przychodzi, to przynosi zło: alkoholizm, przestępstwa, prostytucję. Czternastolatki zachodzą w ciążę. Jest u nas 10. letnia dziewczynka. Rodzice zostawili ją z braciszkiem u kobiety. Dzieci po szkole ciężko u niej pracowały. Chłopczyk chorował. Zmarł na oczach siostry. Rodzice obwiniali córkę za śmierć brata. Tu jest tak wielkie zapotrzebowanie na takie domy jak nasz, że i 100 domów by nie wystarczyło. Trzeba jednak bardzo uważać komu i jak się pomaga. Często nie najbiedniejsi przychodzą po pomoc, tylko ci, co chcą wykorzystać. Jaki jest przepis na skuteczną pomoc dzieciom? Konsekwencja + wymagania + miłość.
   Dziękuję za gościnę, za obejrzenie i wysłuchanie mojej opowieści o odkrywcach, ciekawości, którą trzeba w sobie pielęgnować, odwadze podążania za marzeniami, o przekraczaniu horyzontów.
   Ale przecież Wy to sami znacie...

Wyspy Dobra – 2
   - Sieroty nie potrzebują sierocińców. Sieroty potrzebują rodziców - mówi ksiądz Sebastian Kołodziejczyk. Prowadzi eksperymentalny dom dziecka, jedyny taki w Peru. Na miejsce w nim czeka kolejka dzieci. Z góry, z cmentarzyskiem preinkaskich grobowców, gdzie stoimy, teren z boiskami, ogrodem, kościołem, schludnymi budynkami wygląda jak oaza. Napierają nań slumsy - morze nieszczęść i zła. Horyzont zamyka zamglony Pacyfik.
   Ową oazę Dobra w Lurin na wybrzeżu Oceanu Spokojnego w 1986 r. założył 62-letni ojciec Józef Walijewski z diecezji La Crosse w Wisconsin. Choć urodził się w USA, to uważał się za Polaka. Papież Jan Paweł II podczas odwiedzin Peru złożył ofiarę na cel dobroczynny. 50 tys. USD przekazano ojcu Józefowi na jego eksperyment – rodzinny dom dziecka. Pracował w nim przez 18 lat, do śmierci. Swego następcę rozpoznał w 1991 r. w młodym Polaku, który pracował jako wolontariusz w organizacji charytatywnej. Sebastian przyjechał do Peru po trudnym przeżyciu. Chciał być misjonarzem. Z seminarium zakonu misyjnego wyrzucono go na trzy lata przed święceniami.
   - Za brak pokory? – pytam.
   - Chyba tak - uśmiecha się ksiądz Sebastian. Ojciec Józef wysłał młodzieńca na studia do Limy, a potem do Detroit. Ze Stanów Zjednoczonych Sebastian wrócił jako ksiądz.
   - Ojciec Józef miał wtedy 76 lat. Wychował mnie na swego zastępcę. Zostałem dyrektorem domu rodzinnego w Lurin - opowiada. Rozmawiamy na zboczu góry przy grobie ojca Józefa w listopadzie 2012 r.
   W Casa Hogar Juan Pablo II - Domu Rodzinnym im. Jana Pawła II w Lurin osiem małżeństw wychowuje po ośmioro dzieci. Każda rodzina ma osobne mieszkanie.
   - Staramy się przyjmować dzieci od 5-6 roku życia, choć i przyjęliśmy kilkumiesięczne bliźnięta, braci naszej dziewczynki. Po skończeniu 18 lat muszą odejść. Nie wystawiamy ich nagle za drzwi tylko przygotowujemy do samodzielności i utrzymujemy z nimi potem kontakt. Pomagamy znaleźć pracę. Niektórzy kończą studia – mówi ks. Sebastian. - Największym problemem jest znalezienie do nas rodziców. Jesteśmy wymagający. Problemem są też szkoły. Państwowe, to strata czasu. Nie uczą, nie interesują się dziećmi. Zmuszamy nauczycieli do zajmowania się nimi. W tym kraju sieroty są gorzej traktowane. Marzę o założeniu szkoły, najlepszej w Lurin. Utrzymywałaby nasz dom, bo jest ogromne zapotrzebowanie na dobre szkoły niepubliczne. Ale taka inwestycja wymaga pieniędzy.
   Ksiądz Sebastian co roku przez parę miesięcy objeżdża parafie amerykańskie, żeby zdobyć fundusze na istnienie domu. - Pomagają mi też znajomi. Pozwalam się zapraszać na golfa – śmieje się. Od gry w golfa zdecydowanie woli latanie na paralotni.
   - Czy sąsiedzi ze slumsów wam nie zagrażają? – pytam. - Co dwa lata organizujemy misje okulistyczne. Przyjeżdżają lekarze wolontariusze z USA. Przywożą kontener sprzętu. Tysiące ludzi ze slumsów przechodzi przez nasz dom. Dostają badanie oczu, okulary, operacje zeza, których nikt tu inny nie robi czy zajęczych warg. Już 11 misji okulistycznych, laryngologicznych, chirurgicznych zorganizowaliśmy współpracując ze szpitalami także w Limie, Arequipie, Trujillo, Iquitos…
   Ksiądz używa liczby mnogiej: zorganizowaliśmy, zrobiliśmy… Za wszystko odpowiada sam. Pomagają mu zatrudnieni pracownicy. Jest wolontariuszka z Polski. W domu mieszkają dwaj starsi księża rezydenci. W niedzielę służy, jako kapłan także w innym domu dziecka. I jeszcze ja przekazuję prośbę więźniów Polaków zatrzymanych za przemyt kokainy o wizytę księdza w rozrzuconych wokół Limy więzieniach…
   - Pan Bóg daje tyle sił ile trzeba do zadań jakie stawia – uśmiecha się ks. Sebastian. – W naszym domu tylko część dzieci jest sierotami. Pozostałe, to dzieci odrzucone, opuszczone przez własnych rodziców. Głęboko poranione, cierpiące. Brak miłości to straszna choroba. Brak miłości ludzie kompensują nałogami, które niszczą ich i otoczenie. Życie ludzkie bez miłości jest nie do utrzymania. Nam na tych dzieciach zależy. Kochamy je jak własne. To najlepsze lekarstwo. Mam nadzieję, że nauczą się nim dzielić.
   Na grobie ojca Józefa wyryty został napis: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w moje imię, mnie przyjmuje. Mateusz 18,5.” Z wizerunku obok, tak jak w kościółku rodzinnego domu dziecka, patrzy na nas, na Lurin i Pacyfik egzotyczna Czarna Madonna z dalekiego kraju, z Polski.

Polskie spotkania w Peru
   Los zgotował mi niezwykłe spotkania z Polakami w Peru. Okrutna Historia XX w. sprawiła, że więcej wiemy o Polakach XIX stulecia w Peru niż o tych, którzy trafili tam w czasie II Wojny Światowej i po niej. Za kontakty z Rodakami pozostającymi „na Zachodzie” władze PRL bowiem przez lata karały.
   Losy ludzkie składają się na historie narodów. Tak dużo wiedzy o naszej historii utraciliśmy bezpowrotnie. Uniwersytet Warszawski, przy wsparciu MSZ, powołał Cyfrową Bibliotekę Polonijną http://www.pbc.uw.edu.pl/ Jest otwartą i dostępną dla każdego próbą stworzenia bazy dla badaczy dziejów Polaków. Ktokolwiek chce podzielić się dokumentami, zdjęciami, wydobyć z niepamięci Rodaków, może kontaktować się z Uniwersytetem Warszawskim: polonijna.cyfrowa@uw.edu.pl.
   Nieznane były dzieje Haliny Karin de Nawrocki - uczestniczki zamachu na niemieckie kasyno w Alei Szucha w Warszawie, w maju 1942 r. Bombę wniosła w dużej torebce damskiej. Na tablicy upamiętniającej to wydarzenie nie widnieje jej nazwisko. Jesienią 2012 r. odwiedziłam 96. letnią panią Halinę w Limie. Opowiedziała swoją historię. Naprawdę nazywała się zupełnie inaczej...
   Pani Genowefa Łakomy, którą spotkałam w Peru, jest chyba ostatnim świadkiem eksperymentu, który skończył się katastrofą. Jej rodzice przed II Wojną Światową, zachęceni pięknymi opowieściami i zdjęciami rajskich ptaków, dali się namówić wysłannikom z Peru, żeby z Polski pojechać do dżungli amazońskiej, do tworzonej polskiej kolonii w Cumaria nad rzeką Maranion. Rolnicy, którzy tam pojechali, byli zupełnie nieprzygotowani do warunków, jakie spotkali. Ojciec pani Genowefy nie przeżył pobytu w dżungli. Matka z małymi dziećmi przedostała się do Limy, gdzie znalazła ratunek. Niezwykła epopeja dziewczynki, dziś ponad 90 letniej, pełnej pogody ducha, Genowefy Łakomy…

Polskie Zaduszki w Limie 2012 roku
   Biały, marmurowy grobowiec Edwarda Habicha widać wyraźnie z satelity na mapie cmentarza w Limie. Polski inżynier i matematyk założył pierwszą politechnikę w Ameryce Łacińskiej. Również w reprezentacyjnym miejscu tego cmentarza pochowano innego wielkiego XIX w. polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, projektanta i budowniczego Centralnej Kolei Transandyjskiej. Przez ponad 100 lat, aż do powstania Kolei Tybetańskiej w XXI w., była najwyżej położoną na świecie. Wspinała się w Andach na wysokość 4818 m. Nazywana "cudem inżynierii XIX w." miała połączyć pustynne wybrzeże Pacyfiku z rzekami Amazonii i otworzyć szlak transportowy do Atlantyku.
   Obydwaj inżynierowie do Polski wrócić nie mogli. Ernest Malinowski przyjechał do Peru z Paryża, gdzie znalazł się jako uciekinier. Urodzony się w rodzinie szlacheckiej na Kresach, wnuk wojewody podolskiego, uczeń Liceum Krzemienieckiego, syn i brat powstańców listopadowych, wraz z rodziną wyemigrował. Car skonfiskował rodzinie majątki za udział w powstaniu 1831 r. Edward Jan Habich walczył wraz z bratem Gustawem w późniejszym o trzy dekady Powstaniu Styczniowym przeciw Rosjanom i również musiał uciekać z ojczyzny (1863 r.). Do Peru przybył przez Paryż.
   Cmentarz Presbitero Matias Maestro w Limie, na którym leżą obydwaj Polacy, ogromnie zasłużeni dla Peru, ma dziś status muzeum i jest zamknięty dla nowych pochówków. Z Konsulem RP, panem Dariuszem Latoszkiem i Jego Żoną, złożyliśmy na tych grobach biało-czerwone wieńce od narodu polskiego.

Wizyta w Polsce o. Luisa Enrique – dominikanina z Peru
   W dniach 4-17 czerwca 2013 gościł w Polsce o. Luis Enrique Ramirez Camacho - przeor XVI w. klasztoru dominikanów w stolicy Peru, Limie, na wybrzeżu Pacyfiku. Ojciec Luis Enrique kierował Muzeami Dominikańskimi w Peru. Był także przeorem klasztoru dominikanów w Cuzco, w Andach, zbudowanym w XVI w. na głównej świątyni Inków - Słońca. Klasztor Santo Domingo-Qorikancha, podobnie jak limeński, wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W limeńskim znajdują się groby: św. Roży - pierwszej świętej Ameryki i św. Marcina de Porres.
   Ojciec Luis Enrique zaprosił do badań Santo Domingo-Qorikancha polskich naukowców. W Cuzco siedzibę ma stacja archeologiczna Uniwersytetu Warszawskiego, którą kieruje prof. Mariusz Ziółkowski – obecny prezes Oddziału Polskiego The Explorers Club. Naszym naukowcom dominikanie zaufali i dopuścili do badania tajemnic tego obiektu. Podarowali oni zakonnikom kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Od lutego 2012 r. Jasnogórska Madonna ma w sercu dawnego Imperium Inków swój ołtarz.
   O. Luis Enrique odwiedził nasz kraj na zaproszenie Rektora Uniwersytetu Warszawskiego oraz Oddziału Polskiego The Explorers Club. Zaproszenie zawiozłam do Peru jesienią 2012 r. Przygotowałam szlak tej podróży po Polsce.
   Trasa wiodła z Warszawy przez Częstochowę, Kraków, Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau, Kalwarię Zebrzydowską, Wadowice, Suchą Beskidzką, Lachowice, Maków Podhalański, Zawoję, Przełęcz Krowiarki k. Babiej Góry, Chochołów, Zakopane, Małe Ciche, sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach, Morskie Oko, Archiopactwo cysterskie w Jędrzejowie i opactwo cysterskie w Wąchocku. O. Luis Enrique zwiedził Warszawę. Odwiedził klasztory dominikanów na Freta i Służewiu.
   Wyjeżdżając, zabrał ze sobą do Kościoła Santo Domingo w Limie dwa duże obrazy: Matki Boskiej Częstochowskiej i Jezusa Miłosiernego.
   Co najbardziej zaskoczyło, zadziwiło w Polsce przeora OO. Dominikanów z Peru? Widok tak wielu ludzi w kościołach głęboko go poruszał. Cieszył się też, że może po ulicy chodzić bezpiecznie w swoim białym habicie. W Limie to niemożliwe.

■ Monika Rogozińska – skrót wykładu pt. „Piekło i niebo – Polacy w Andach”, opracowany (przez S.A. Potycza) na podstawie tekstów z www.monikarogozinska.pl (autoryzowany)

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl