Marzyciel i strateg

[image]   Prof. Wacław Jędrzejewicz, bliski współpracownik i ideowy dziedzic Józefa Piłsudskiego, gdy przeczytał biografię Marszałka "Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg" pióra Bohdana Urbankowskiego, powiedział: "Przez najbliższych 50 lat to będzie najlepsza książka o Piłsudskim". Miał rację. Nowa edycja, która ukazała się w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Znak, pojawiła się szczęśliwie w momencie, gdy w naszym kraju zdaje się coraz mroczniej. jest więc bardzo potrzebna. Szczególnie tym, którzy rozumieją, czym jest prawdziwa wolność i jak powinna wyglądać Polska rządzona przez prawych ludzi, oraz tym, którym coraz trudniej znosić kolejne dni w ojczyźnie, w której już nie "podnosi się kruszyny chleba przez uszanowanie dla darów Nieba". A przecież chleba tego nie wystarcza dla wszystkich głodnych. Może niedostatki ekonomiczne mniej by bolały, gdyby Polska nie traciła godności - zginając kark przed Rosjanami, łasząc się do blond kanclerz, wyprzedając majątek narodowy za bezcen, a własnych obywateli traktując jak wrogów. Ale Polska lat ostatnich jest Polską słabą, dlatego dobrze przywoływać postać tego, który był jednym z gigantów naszej historii.
   Prof. Jędrzejewicz wspominał w jednym ze swych nowojorskich wykładów o wizycie Piłsudskiego w Rumunii. Król tego kraju czekał na Marszałka na dworcu wraz z synem i kilkoma oficerami. Palił niedbale papierosa wyraźnie znudzony i z lekceważeniem wypatrywał pociągu z Polski. Wreszcie parowóz nadciągnął i wagony zatrzymały się ze zgrzytem hamulców. Otworzyły się drzwiczki. Wyskoczyli adiutanci i ustawili się po obu stronach schodków. Potem pojawił się on ... Chwycił za poręcz, przystanął i spojrzał przed siebie. To wystarczyło. Władca rumuński zmienił się na twarzy. Natychmiast wyrzucił niedopałek i stanął na baczność. Reszta świty uczyniła to samo. Dotarło do nich wszystkich, że w Bukareszcie zjawiła się prawdziwa wielkość. Taka, której nie da się zagrać, wyuczyć, podrobić. Prawdziwa wielkość i prawdziwa charyzma. Z czego się brała?
   Co się składało na osobowość i wybitną jednostkę, którą był Józef Piłsudski? Na te i inne pytania odpowiada Bohdan Urbankowski w biografii, która powinna stać na półce w każdym polskim domu. Nie ma ona typowego układu chronologicznego i nie stanowi jedynie uporządkowanego zbioru faktów czy ocen podejmowanych decyzji, chociaż te funkcje także doskonale spełnia, ale jest czymś więcej. Podzielona na trzy duże części - "Korekta mitów", "Romantyzm celów, pozytywizm środków" i "Filozofia czynu" - staje się niezwykłą opowieścią o Piłsudskim jako o "zjawisku polskim". Rzecz więc dotyczy wielu obszarów związanych z Komendantem: jego rodowodu duchowego, świata ideałów i poglądów, doświadczeń i wzorców historycznych, sposobu postępowania zarówno w kontekście wojskowym, jak i politycznym, a wreszcie moralnym czy też związanym z wiarą w Boga. Ponadto dochodzi spojrzenie na Dziadka pod kątem tego, kim - a właściwie czym - stał się dla narodu: bohaterem, mitem, legendą. Punktem odniesienia i wzorem. Natomiast niektórym ludziom, na ogół związanym z ideami Narodowej Demokracji, jawił się jako istny potwór, agent niemiecki lub austriacki, podły socjalista i gwałciciel polskich swobód. Próbuje mu się odebrać nawet zwycięstwo roku 1920. Ale dla większości Polaków był i jest najpiękniejszym punktem odniesienia, który się wiąże z polską tożsamością, dumą i patriotyzmem ...
   Pisze Urbankowski we wstępie swojej pracy: "jeśli po wiekach historycy będą wyrokować o istnieniu ludzi na podstawie życiorysów - dojdą być może do wniosku, że Piłsudski w ogóle nie istniał. Że został wymyślony przez poetów ku pokrzepieniu serc małego, cierpiącego niewolę narodu. Młodość - jak w III części »Dziadów«, syberyjskie sceny - z »Anhellego«, praca podziemna - z legend o Traugucie, epopeja Legionów - żywcem przepisana z »Popiołów«".
   Potem autor stawia pytanie: "Czyżby-to życie naśladowało mity?". Odpowiedzi padają na kolejnych stronach tej niezwykłej pracy. Otóż nie tyle życie naśladuje mity, ile się z nimi zespala, spaja, wyrastając z nich, kształtując kolejne. Gdy więc młodziutki Ziuk się uczy, ma zatargi z nauczycielami, to zaraz za tym idzie jego fascynacja Promienistymi i ich legendą. Filareci, Nowosilcow, Pelikan i Bestużew, a wszystko działo się tak niedawno, w tym samym miejscu. Wreszcie powstanie roku 1863. I szubienice stawiane na pl. Łukiskim przez Wieszatiela. I Zygmunt Sierakowski, który na jednej z nich, jak Traugutt, skończył życie. I Murawiew - bestia w ludzkiej skórze, były dekabrysta i zdrajca idei rewolucyjnej, który po przejściu na drugą stronę stał się najsprawniejszym, pozbawionym skrupułów knutem w ręku cara. Upływa kilka lat i właśnie Piłsudski pisze swój apel, sprzeciw wobec stawianego w Wilnie pomnika kata. A następnie pomaga spiskowcom, zostaje zatrzymany, jest przesłuchiwany, zesłany na Sybir. Tam, jak mityczna postać, zespala się z polskim piekłem, dotyka najgorszego, a jednocześnie doświadcza niezwykłych przeżyć duchowych. Michał Lepecki w przepięknym przedwojennym albumie .Piłsudski na Syberii" opisuje spotkanie w głębokim lesie przyszłego marszałka z człowiekiem, który grzał się przy ognisku. Gdy po chwili rozmowy padł nagle z ust Piłsudskiego polski wyraz, ów nieznajomy zaczął płakać i cały drżeć z emocji. To był zesłaniec postyczniowy ... Może takie przypadkowe zetknięcie się z polskim skazańcem, a może z Bronisławem Szwarce, byłym członkiem władz powstańczych, a może z tą cyganką wróżką, która – zajrzawszy mu w dłoń – wyprorokowała: "Cariom budiesz", splotły się w coś na kształt mitu? Gdy Kaden-Bandrowski pisał swoich "Piłsudczyków" w 1915 r., już wówczas używał w opisie Komendanta metafory orła, który z zatęchłej piwnicy musi się wydostać na świeże powietrze. Legenda Marszałka stała się również fundamentem wychowania patriotycznego wielu pokoleń młodzieży. Sam nigdy nie zapomnę, gdy w latach 80., kiedy za oknami trwała ponura rzeczywistość stanu wojennego, mój ojciec dał mi do czytania niewielką, "tajną" książeczkę. Był to "Mały Piłsudczyk", z charakterystycznym profilem wodza na okładce wpisanym właśnie w cień orła. Przede mną tysiące polskich dzieci uczyło się miłości ojczyzny poprzez miłość do takich postaci jak Piłsudski. Stał się najbliższym nam wcieleniem ideału polskich królów - Batorych i Sobieskich ...
   Józef Piłsudski wyrastał z romantyzmu. Jak wspomina Urbankowski: „Podkreślał, że wiele ma wspólnego z tym »wiekiem, w którym to prawem było mierzyć siły na zamiary i łamać to, czego rozum nie złamie«, ale jednocześnie sprzeciwiał się sentymentalnej, zawężonej formule widzącej w romantyzmie jedynie »czułość serc« i »wzloty wyobraźni«, niedostrzegającej zaś tego, co było drugim, równie potężnym skrzydłem tamtej epoki: zdolności do pracy, do nadludzkich czynów". Zaraz potem znajdujemy słowa Marszałka z przedświątecznego bankietu z 1914 r.: "Być może jestem romantykiem, być może dlatego, że nigdy nie byłem zwolennikiem pracy organicznej, wszedłem w tę wojnę. Ale porwało mnie w niej coś wielkiego, i to, że otworzyła się możność czynu polskiego. Byłem w tem tylko wyrazicielem tego w Polsce, co się dusiło w atmosferze niewoli".
   Piłsudski przy całym swoim romantyzmie był jednak z drugiej strony niezwykle praktyczny. Łączył w sobie różne – zdawałoby się przeciwstawne - cechy i z każdej z nich czerpał to, co było użyteczne, co prowadziło do celu.
   ,,Celem Piłsudskiego była niepodległość - a więc walka z niewolą wokół nas i z niewolą w nas samych, zagnieżdżoną w sercach i umysłach, niewolą rosnącą wraz z nami i w ten sposób hamującą nasz wzrost. Wszystko inne: ludzie, partie, sojusze, akcje bojowe - to były tylko środki, szukanie sił na zamiary. Jeśli w tym miejscu postawimy Piłsudskiemu zarzut instrumentalizmu - pamiętajmy, że również własne życie zamienił w narzędzie, w instrument realizacji wielkiego celu" - pisze Urbankowski.
   Najlepiej tę niezwykłą umiejętność Marszałka czerpania z wielu środków dostrzec można w jego stosunku do powstania styczniowego. Dzieje insurekcji zgłębił z dociekliwością historyka, dokonał kapitalnej analizy przyczyn, uwarunkowań porażek, zalet duchowych, błędów militarnych i organizacyjnych, a potem wszystko zsyntetyzował i zamienił w skarb – nasze zbiorowe, narodowe doświadczenie. Być może trzeba umysłu praktyka, by stworzyć takie intelektualne wynalazki, znaleźć zupełnie nowe drogi nieobarczone akademickim schematyzmem. Czym innym jest bowiem wiedza, a czym innym doświadczenie. Gdyby tak popatrzeć na rzeczywistość, nawet najsroższe upadki okazują się skarbem. Tak jak w przypadku jednego człowieka - gdy dokona on rozrachunku sam z sobą, mądrze spojrzy na swoją przeszłość i wyciągnie wnioski z porażek, by budować lepsze życie, wtedy tak rozumiane doświadczenie staje się prawdziwym bogactwem. Tak Piłsudski rozumiał naszą historię, nawet z niepowodzeń, klęsk powstań brał to, co najlepsze – siłę ducha, odwagę, niezłomność, szlachetność, poczucie narodowej dumy, niezgodę na barbarzyńskie praktyki okupanta.
   Doskonale wskazuje też Urbankowski źródła fascynacji wojskowo-militarnych Piłsudskiego, kreśląc w książce obraz Komendanta - genialnego stratega, który wypracował własną szkołę strategiczną. Miał w niej osiągnięcia na skalę niewielką, jak w przypadku Uliny Małej i genialnego manewru przemknięcia się między frontami, i ogromną, jak w Bitwie Warszawskiej. Uczył się Piłsudski od największych - "znał koncepcje Napoleona, Clausewitza, Moltkego, Hamiltona, Schlieffena i innych, w latach 1909-1913 interesował się austriacką i niemiecką myślą wojskową; począwszy od 1901 r. kilkakrotnie wracał do analiz strategii powstania styczniowego. Żaden jednak z poznanych wówczas systemów nie wystarczy do uporządkowania koncepcji samego Piłsudskiego". Dodać trzeba do tego jego wielką fascynację Napoleonem Bonaparte, który był dla Ziuka idolem już od jego lat młodzieńczych i został nim do samego końca. Na ścianie w Belwederze, tuż nad skrzyżowanymi szablami, wisiała miniatura porcelanowa obrazu Davida "Napoleon przekraczający Alpy".
   Jednak - jak słusznie zauważa Bohdan Urbankowski - Piłsudski nie był ślepym naśladowcą, a jego własna gwiazda, jego własny duch zaczęły się wybijać na wybitność w tym samym tempie, co Polska na niepodległość.
   Nawet bardzo gorzkie chwile - te związane z usunięciem się do Sulejówka czy zamachem majowym - stanowiły o jego wyjątkowości. Był figurą na poły realną, na poły mityczną. Z jednej strony atakowany z furią, chłostany obelgami i oskarżeniami, z drugiej traktowany jak heros, półbóg i wódz na miarę rzymską, sam zachowywał niezwykłą klasę i wielkość. Pochylony, cichy, spoglądający spod krzaczastych brwi, żartujący, jednocześnie wykazujący żelazną wolę oraz niezwykłe wyczucie chwili dziejowej aż do samego końca. To stanowiło o jego wyjątkowości.
   Ten rok jest rokiem szczególnym. W maju minie równo 80. rocznica śmierci Marszałka. Kiedy umierał, byli przy nim najbliżsi - żona, córki, u wezgłowia stał ksiądz. Komendant do samego końca wydawał dyspozycje z myślą o Polsce. Gdy nie mógł mówić, wyciągnął tylko rękę w stronę obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej. Tej Mateńki z ukochanego Wilna. Potem wykonał znak krzyża. I oddał ducha.
   Dwa dni przed rocznicą jego śmierci odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Może warto wierzyć, że ta drżąca ręka umierającego Komendanta to było błogosławieństwo dla naszego umęczonego kraju?
   Tuż po przewrocie majowym Julian Tuwim w pięknym wierszu poświęconym Piłsudskiemu napisał, że jego przeciwnicy chcieli "paragrafami mierzyć huragan wolności" ...

[...] I zawsze będą mierzyć, a nigdy nie
zmierzą
Pomrukując po kątach zdziwieniem,
zawodem.
I w cierpką jego miłość nie uwierzą,
Kiedy przez Polskę idzie samotnym
pochodem.
Tylko mu raz, pod oknem, kiedy dumał
nocą,
Wyszlochał wszystko żołnierz stojący na
warcie,
Płakał, płakał jak dziecko: Ach, czemu,
ach, po co
Tak męczysz się, tak cierpisz za nas,
Komendancie?


■ Tomasz Łysiak – „wSIECI” nr 7/2015
Podczas wykładu wygłoszonego w DLP ’90 (18.02.2017) Tomasz Łysiak poruszył wiele wątków przedstawionych w powyższym artykule.

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl