Z wiarą na szczyty

   Monika Rogozińska znana jest z dziennikarskich relacji z zimowych wypraw na ośmiotysięczne szczyty. Jednak najbardziej lubi wędrować szlakiem sanktuariów.

[image]
Monika Rogozińska w Tatrach jako przewodnik i ratownik. Z Koziej Przełęczy. Fot. arch. Moniki Rogozińskiej


   „Moją najgorszą nocą była pierwsza w bazie, sylwestrowa. Wszyscy już spali. Pisałam korespondencję. Wysyłanie jednego zdjęcia przez satelitę oddalonego od Ziemi 70 tys. km trwało od 20 do 40 minut. Połączenie się rwało. Trzeba było zaczynać od początku” – napisała w książce „Lot koło Nagiej Damy”, prezentowanej niedawno w naszym tygodniku.
   Kim jest Monika Rogozińska, która otrzymała tytuł Kobiety Wybitnej, a międzynarodowy The Explorers Club dwukrotnie ją odznaczył – jako jedynego Polaka?

Wszyscy służyli
   W jej mieszkaniu uwagę przykuwają piękne zdjęcia rodzinne. Niektóre mają ponad sto lat. Ojciec był wychowankiem Gimnazjum Jezuitów w Wilnie. Jako nastolatek z dwoma braćmi walczył w Armii Krajowej na Wileńszczyźnie. Wszyscy przeżyli, co – jak wierzy rodzina – wymodliła ich mama. Po wojnie schronili się i studiowali na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
   „Dziadek, prof. Julian Krzyżanowski, narażał życie tworząc podziemną, tajną polonistykę Uniwersytetu Warszawskiego podczas niemieckiej okupacji. Po kolei ginęli jego studenci, dwudziestoparoletni poeci Pokolenia Kolumbów: Andrzej Trzebiński, Zdzisław Stroiński, Tadeusz Gajcy, Krzysztof Kamil Baczyński… Dziadek, wyniesiony z przestrzelonymi kolanami z płonącej reduty Powstania Warszawskiego, po wojnie odbudowywał uniwersytet” – napisała na swojej stronie Monika Rogozińska.
   – Od samego początku z braćmi byliśmy wychowywani do obowiązków – wspomina. – O tym się nie mówiło, ale pomaganie innym było oczywiste. Mama, doktor medycyny, leczyła za darmo dzieci z naszego i sąsiedniego podwórka. Ojciec, pracownik ministerstwa zdrowia, zajmował się domami opieki społecznej. Krainą mego dzieciństwa był warszawski Żoliborz. Do studiów mieszkałam blisko kościoła św. Stanisława Kostki. Tam przyjmowałam Pierwszą Komunię i byłam bierzmowana. Nie poznałam ks. Popiełuszki. Kiedy głosił swe kazania, mieszkałam już w Tatrach.

Najlepszy uniwersytet
   Po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim chciała zostać dziennikarzem. Po pierwszym doświadczeniu z cenzurą uznała, że w PRL-u nie da się uczciwie wykonywać tego zawodu. Wyjechała w Tatry. Pracowała w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich na różnych stanowiskach, także szefowej kuchni. – Znajomi, bliscy mówili, że się marnuję. A ja codziennie dziękowałam Bogu, że mogę sycić się widokiem gór – śmieje się. – Tam był dopiero uniwersytet! Góry uczyły odpowiedzialności, umiejętności podejmowania decyzji, partnerstwa, solidarności, współpracy, wytrwałości, dzielności...
   Z górami związała dużą część życia. Została ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. W roku 1980 towarzyszyła wiosennej wyprawie Andrzeja Zawady na Mount Everest od strony Nepalu. – W bazie u stóp góry na wysokości 5300 m dopadła mnie choroba wysokościowa. Umierałam na obrzęk mózgu. Zniesiono mnie do dwuizbowego szpitalika, dzień drogi i kilometr niżej. Życie uratował mi polski chleb, który kierownik naszej wyprawy wymienił z hiszpańskim na reduktor z butlą z tlenem, dla nas horrendalnie wtedy drogie. Pozbierałam się i wróciłam do bazy. Weszłam do Kotła Everestu przez potężny lodospad Ice Fall. Zrealizowałam największe swoje ówczesne marzenie – wspomina.
   Zrobiła uprawnienia przewodnika tatrzańskiego. Pokazuje najwspanialszą nagrodę, jaką dostała od polskiej grupy. „Dziękujemy za uczynienie z wycieczki krajoznawczej pięknej lekcji wychowania narodowego” – głosi napis na odwrocie zdjęcia z wizerunkiem Józefa Piłsudskiego. Dostała też wielki bukiet róż. Zagranicznych turystów prowadziła do polskich domów, na Orlą Perć, do świątyń na Msze i do barów mlecznych na pierogi, nieobecne wtedy w restauracjach hotelowych.
   Jej działalność promująca Polskę zaowocowała zaproszeniem do elitarnego The Explorers Club. Współzakładała jego Oddział Polski. Organizowała wyprawy turystyczne śladami starych kultur, cywilizacji, mitów historii, szlakami skarbów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, polskich odkryć.
   Współorganizowała zimowe ekspedycje na ośmiotysięczniki Himalajów i Karakorum. Zapewne niejeden z naszych Czytelników pamięta jej relacje w dzienniku „Rzeczpospolita” spod Nanga Parbat zimą 1997/98, i zdjęcia – po raz pierwszy przesyłane przez satelitę z himalajskiej wyprawy. Ekspedycja na K2, drugi szczyt Ziemi, na przełomie 2002/2003, była pierwszą zimową od chińskiej strony.
   Europejskie Forum Właścicielek Firm nadało Monice Rogozińskiej tytuł Kobiety Wybitnej. The Explorers Club na swoje stulecie odznaczył ją za „nadzwyczajną służbę Klubowi i jego celom”. Trzy lata temu odbierała także na gali w nowojorskim Waldorf Astoria medal przyznany przez Radę Dyrektorów tej organizacji.
   – Które z miejsc jest teraz dla Pani domem? – pytam. – Polska – słyszę odpowiedź – i Kościół. Mam zatem bardzo duży dom i bardzo dużą rodzinę.

Największe piękno
   Monika Rogozińska podkreśla, że nie mogłaby już uczestniczyć w trzymiesięcznej wyprawie bez Mszy Świętej, kapłana. – Sakramenty dają ogromną siłę, radość, spokój, łatwość patrzenia życzliwie na ludzi, którzy nas krzywdzą. Komunia Święta jest jak woda wpuszczona w żyły, gdy umieramy z pragnienia na pustyni. Spowiedź pomaga się naprawić, naprostować. Przez miesiące bez sakramentów bym się strasznie popsuła, zesłabła i pogięła – mówi ze śmiechem.
   Czym jest wiara? – Otwartą furtką, którą wchodzi do naszego życia Pan Bóg. Pewnością Jego obecności. Jeżeli tę furtkę szeroko otworzymy, to w naszym życiu będą dziać się cuda. I będziemy mogli wymodlić je dla innych. Wiem to. Wstyd mówić, ale moją głębszą relację z Bogiem spowodowały nieszczęścia – miałam więc interes. Bogu ogromnie dziękuję za definitywne wypranie ze mnie uczucia nienawiści – podkreśla i opowiada historię z Doliny Pięciu Stawów.

[image]
W Dolinie Pięciu Stawów z synami Krzysiem i Łukaszkiem


   – Kiedy upiorny generał w czarnych okularach ogłosił w grudniu stan wojenny, Tatry zamknięto na kilka miesięcy. W pustych górach pojawiła się specjalna grupa MSW. Wiedziałam, że niektórzy z tych mężczyzn pacyfikowali krwawo kopalnię Wujek, tłumili strajk studentów w Szkole Pożarnictwa w Warszawie. Słyszałam ich pijane przechwałki, jak zabić człowieka, żeby nie został ślad, że ktoś zabił. Gotowałam dla nich posiłki. Jedzenie było na kartki. Dzieliliśmy się własnym przydziałem. Któregoś dnia zrobiłam obiad bezmięsny. Ostentacyjnie oddawali pełne talerze. W nietknięte danie któryś wbił pet. Poszłam do Pustej Dolinki pod Zamarłą Turnię. Mój ślad odbijał się wyraźnie na nieskazitelnym śniegu. Słońce świeciło na błękitnym niebie. Żywej duszy nie było poza mną. Rzuciłam się na kolana i wyłam do Pana Boga, żeby wyrwał mi z serca nienawiść, która mnie zżerała, trawiła. Nienawiść do tych, którzy nam urządzili stan wojenny, zabrali entuzjazm, poczucie wspólnoty narodowej, nadzieję, do morderców. Płakałam, krzyczałam na Boga, klęcząc w śniegu. Wykłócałam się o Polskę. Wreszcie wstałam i spokojna wróciłam do schroniska. Zostałam uwolniona z koszmaru nienawiści.
   Podkreśla, że choć utożsamiana jest z górami, to najbardziej kocha wędrować szlakiem Sacrum i Piękna. – Najpiękniejsze dzieła człowiek wykonał dla Boga. Gdybym mogła, to włóczyłabym się bez końca samochodem po sanktuariach Polski i Europy, pielgrzymowała, ładowała się oszałamiającą urodą ich sztuki, oddychając modlitwą.

Najwspanialszy ojciec
   Monika Rogozińska nie ma wątpliwości, że osobą, która najbardziej wpłynęła na jej życie, był św. Jan Paweł II. – Nie wiem, jaka bym była, jaki byłby świat, gdyby nie on. Żyłam w pędzie, stale w działaniu. Nie zdawałam sobie sprawy z głodu miłości. I nagle pojawił się człowiek, który miał w sobie tyle miłości. Słuchałam go bardzo uważnie. Każda pielgrzymka była dla mnie odkryciem. Pochodzę z rozbitej rodziny. Jan Paweł II stał się dla mnie bliskim ojcem: mądrym, strofującym, lecz zawsze wspierającym. Przy nim odzyskiwaliśmy godność i odwagę.
   Pewne wydarzenie z pierwszej pielgrzymki do Polski Jana Pawła II opisała na swojej stronie internetowej: „W nocy z 7 na 8 czerwca nie zmrużyłam oka. Z personelem schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich z białego prześcieradła i żółtego materiału szyłyśmy ogromną flagę papieską. Przed świtem wyszłam z Andrzejem Krzeptowskim ze schroniska. Nieśliśmy długi drąg. Na szczycie Koziego Wierchu – najwyższego szczytu całkowicie polskiego – ustawiliśmy flagę. Chcieliśmy, żeby Ojciec Święty wiedział, że Tatry go witają. I też są jego, jak cała Polska wtedy.” Obraz uśmiechniętego św. Jana Pawła II stoi na jej biurku.
   „Rok chodziłam o kulach. Organizm przypomniał sobie o ciężarach, które nosiłam mieszkając i służąc w górach. Powiedziano mi, że nie będę już normalnie chodzić. Przed kolejną wyznaczoną operacją pojechałam samochodem do Watykanu na Mszę Świętą przy grobie Jana Pawła II w rocznicę pontyfikatu. Przygotowywałam się do tej chwili. Po drodze zatrzymywałam się w sanktuariach” – napisała. Wracając z Watykanu, zgubiła kule. Już ich nie potrzebowała. Zostały przy kasie na stacji benzynowej w Austrii. Nie ma wątpliwości, czyjemu wstawiennictwu to zawdzięcza.

■ Ewelina Steczkowska – „Idziemy” nr 38/2016

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl