Samorządności demokratycznej należało się uczyć od początku

   Wywiad z Pełnomocnikiem Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego w Województwie Legnickim, znanym opozycjonistą legnickim i działaczem Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90 – mecenasem Andrzejem Potyczem.

   Pierwszy dzień wiosny 2009 r., gdy spotykam się z mecenasem Andrzejem Potyczem, jest pochmurny i chłodny. Meteorolodzy zapowiedzieli kilkudniowe opady. Zima, mimo kalendarza, nie zamierza odpuścić.

Jak pan myśli, panie mecenasie, czerwiec będziemy mieli ładny? - Mecenas uśmiecha się.
A bo to ja jestem meteorologiem?

Dla mnie jest pan kimś znacznie ważniejszym. Jest pan prawnikiem, reprezentantem środowisk inteligenckich, a ponadto człowiekiem czynu. Pańscy koledzy mówili mi, że przed dwudziestoma laty potrafił pan przewidzieć w czerwcowych wyborach zwycięstwo obozu opozycji solidarnościowej.
Jak pan widzi, tak właśnie powstają mity. Mówiąc serio, to jeżeli mówimy o reglamentowanym zwycięstwie, czyli takim na jakie komuniści przyzwolili w ustaleniach Okrągłego Stołu, to tak. Przewidziałem je. Ale nie było to takie trudne.

Czyżby?
Wie pan. Jako prawnik podchodziłem do tej sprawy także formalnie. A skoro racje były po naszej stronie to wszystko to co było do wzięcia na podstawie ówczesnej ordynacji wyborczej powinniśmy byli uzyskać. I tak się stało. Cieszyłem się, że będą duże zmiany, w tym …

Pozwoliłem sobie wejść Mecenasowi w słowo: w tym zmiany prawa, które tworzyli komuniści…
Otóż to. To prawo, które oni tworzyli było dostosowane do potrzeb ustrojowych państwa socjalistycznego. Dominującą rolę w nim odgrywały nakazy, zakazy i różnego rodzaju represje. To dlatego NSZZ „Solidarność” i cała opozycja walczyły o wolność i prawdziwą demokrację.

To dlatego też po ustaleniach Okrągłego Stołu włączył się pan aktywnie w kampanię wyborczą?
Kampania była konsekwencją wszystkich dotychczasowych działań opozycji. Zwycięska kampania dawała realne szanse na pomyślne zakończenie wieloletniej walki o zmiany w Polsce. To była niesamowita kampania …

Opowie mi pan o niej? Jak wyglądał przebieg tej kampanii w Legnicy?
Rozumiem, że chce Pan Pułkownik, abym opowiedział o kampanii prowadzonej przez Komitet Obywatelski „Solidarność” w Legnicy, którego byłem członkiem-założycielem. Jeśli można, rozpocznę od pamiętnego wiecu wyborczego na legnickim Rynku, na który tłumnie przybyli legniczanie i zjechało wiele osób z całego regionu. To był wiec z udziałem gwiazdy światowego kina Yves Montanda. Była z nim nasza znakomita aktorka Anna Nehrebecka, wraz z mężem Iwo Byczewskim, późniejszym dyplomatą. Spotkanie to składało się z dwóch części. Pierwszą poprowadził przewodniczący KO Tadeusz Pokrywka, a drugą ja, podczas której zostali zaprezentowani nasi kandydaci do Senatu (Stanisław Obertaniec i Władysław Papużyński) i Sejmu (Zbigniew Mackiewicz). Zapoznawałem też ludzi z ordynacją wyborczą.

Przypomnijmy, był pan wówczas z zawodu radcą prawnym.
Tak. Wtedy najważniejszym było, żeby ludzie zrozumieli ordynację wyborczą i skutecznie zagłosowali na naszych kandydatów. Jako prawnik chciałem przybliżyć ludziom – także biorąc udział w innych, licznych wiecach wyborczych – zmiany prawa wyborczego, które dawały w rezultacie nawet szansę na wybór solidarnościowego Prezydenta.

Rozumiem, że Yves Montand uwiarygodniał tę kampanię.
Dowodził międzynarodowego wsparcia dla niej. I nie ukrywam, jako gwiazda światowego kina przyciągał zaciekawionych ludzi. Dla moich córek było to niezapomniane przeżycie. Ania miała wówczas 12 lat, a Ewa 9. Wręczały mu, razem z córką Tadeusza Pokrywki Natalką, kwiaty.
Nie tylko dlatego ten wiec wspominam. Mówiłem wtedy zgromadzonym także o ciekawym przypadku, który mógł się zdarzyć jedynie w tamtym czasie. Otóż Czesław Kozak, który należał do PZPR, odważnie zdecydował się na start w wyborach do Sejmu w ramach mandatów zarezerwowanych dla tej partii, nie uczestnicząc jednak w partyjnej konwencji wyborczej. Zebrał odpowiednią liczbę podpisów pod swoją kandydaturą, a gdy jego komitet wyborczy zgłosił go (dodam, że nastąpiło to kilka minut przed północą ostatniego dnia zgłoszeń) jako kandydata na posła został wpisany przez Okręgową Komisję Wyborczą w Legnicy na listę wyborczą kandydatów PZPR do Sejmu. Jak się o tym dowiedział Komitet Wojewódzki PZPR w Legnicy, natychmiast pozbawił go członkostwa w partii. Znam tę sprawę doskonale, ponieważ byłem – z ramienia KO „Solidarność” – wiceprzewodniczącym OKW w Legnicy. Po raz pierwszy w życiu zapoznałem się wtedy ze statutem PZPR. Okazało się, że decyzja wykluczająca Czesława Kozaka, aby była skuteczna musiała się uprawomocnić. Zarekomendowałem więc Komisji, gdy ta rozpoznawała odwołanie KW PZPR, aby go nie uwzględniła. W Komisji jednak przedstawiciele KO byli w mniejszości i wydawało się, że nie ma żadnych szans na takie rozwiązanie. Posiedzenie Komisji prowadził jej przewodniczący sędzia Kazimierz Jaśnikowski – prezes Sądu Wojewódzkiego w Legnicy, członek PZPR. Głosowanie w sprawie odwołania poprowadził nietypowo. Zamiast zapytać „kto jest za”, a następnie „kto jest przeciw” i na końcu „kto się wstrzymał”, zapytał się od razu „kto się wstrzymuje od głosu?”. I podniósł rękę. Dwóch zdezorientowanych, nie solidarnościowych członków komisji też podniosło wówczas rękę. W tym momencie wiedziałem, że na podjęcie decyzji o wykreśleniu kandydatury Kozaka z listy wyborczej zabraknie głosów. I tak się stało. Wywołało to silne wzburzenie sekretarza OKW, zdeklarowanego komunisty Bogdana Mokrzyckiego. Sędzia Jaśnikowski czuł zapewne, że czasy się zmieniają i zdawał sobie sprawę, że brak było prawnych podstaw do uwzględnienia odwołania. Stąd ta jego odważna, bo wbrew zaleceniom partyjnym, postawa. Partia odwołała się jednak od naszej decyzji do Państwowej Komisji Wyborczej. Tam duch zmian jeszcze nie dotarł i nakazała nam ona wydrukować listy wyborcze bez nazwiska Kozaka. Czesław Kozak mógł odwołać się od decyzji PKW do Sądu Najwyższego. Namawiałem go do tego, ale na to zabrakło już mu odwagi. A szkoda, bo w kilku tego typu przypadkach, które zdarzyły się w innych okręgach wyborczych Sąd Najwyższy stanął na wysokości zadania. Nakazał bowiem powtórzenie wyborów co do mandatów przeznaczonych dla PZPR tam, gdzie bezpodstawnie wykreślono kandydatów takich jak Cz. Kozak. W dodatkowych wyborach niewątpliwie uzyskałby on mandat posła.

Brał pan mecenas udział w innych tego typu wiecach jak ten legnicki z udziałem Montanda?
To był okres krótkiej, ale bardzo wytężonej działalności agitacyjnej i wyjaśniającej. Codziennie jeździłem ze Stanisławem Obertańcem, Władysławem Papużyńskim i Zbigniewem Mackiewiczem po wsiach i miastach naszego okręgu wyborczego. Byliśmy np. w Mierczycach, Męcince, Prochowicach, Chojnowie, Mściwojowie, Miłkowicach. Odbywaliśmy czasami po dwa spotkania dziennie. I to głównie popołudniami. Władysław Papużyński powtarzał zawsze: Panie mecenasie najważniejsze jest to, co pan mówi do ludzi. Żeby uwierzyli w czystość naszych intencji. Żeby zrozumieli ordynację. Żeby nie mieli żadnych wątpliwości, jak należy głosować. Na te spotkania przychodziło naprawdę bardzo dużo ludzi. Pamiętam, że na przykład 28 maja, w niedzielę, w Gromadce zebrało się około 500 osób.

Wiem, że jako pełnomocnik wyborców zgłaszał Pan kandydaturę Stanisława Obertańca na senatora do komisji wyborczej. Dzisiaj nie byłoby to możliwe, żeby członek OKW mógł jednocześnie być pełnomocnikiem jednego z kandydatów.
Rzeczywiście, obecnie wydaje się to dziwne, ale trzeba pamiętać, że ówczesna ordynacja wyborcza różniła się zdecydowanie od obecnej, np. cisza wyborcza obowiązywała tylko w dniu wyborów. Warto też przypomnieć, że wyborami do Senatu zajmowała się – odrębna od OKW, w której działałem – Wojewódzka Komisja Wyborcza.

Prowadził pan, panie mecenasie, skuteczną kampanię, gdyż wszyscy pańscy kandydaci, z którymi pan „tułał się” po miasteczkach i gminach regionu, zostali parlamentarzystami.
Daliśmy z siebie wszystko. Ja miałem malucha (Fiat 126p), Papużyński Fiata 125p, Obertaniec Zastawę, a Mackiewicz chyba Poloneza. Jeździliśmy nimi po całym regionie, nikt nie pytał ile to kosztuje, nie zabiegał o zwrot pieniędzy. Uległem jakiejś euforii, ale nie byłem jedyny w tym zapamiętaniu. Bardzo aktywny był wtedy np. przewodniczący naszego KO „Solidarność” Tadeusz Pokrywka. To z nim, wkrótce po pierwszej turze wyborów, pojechałem jego mercedesem do Warszawy na spotkanie przedstawicieli komitetów obywatelskich z całej Polski z czołówką krajowego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Było ono poświęcone dalszym losom komitetów oraz dalszym losom tzw. Listy Krajowej, która przepadła prawie w całości w wyborach z 4 czerwca. Z 35 kandydatów z tej listy (prominentne osoby dotychczasowej władzy) weszło do Sejmu tylko dwóch. A wie pan dlaczego? Bo ludzie przekreślali najczęściej kartkę wyborczą wielkimi literami „X” lub „Z”, których dolna część nie sięgała osób, zamykających dwie kolumny nazwisk. I tym kandydatom udało się dostać do Sejmu. W świetle obowiązującej ordynacji oznaczało to, że aż 33 mandaty poselskie nie zostaną obsadzone i w sposób znaczący zachwiana zostanie przewaga koalicji związanej z PZPR w Sejmie, oraz w Zgromadzeniu Narodowym. Dlatego obóz partyjno-rządowy nalegał na podjęcie decyzji ratującej listę. W tej sprawie podczas spotkania, o którym wspominam pierwszy zabrał głos Bronisław Geremek, który wyjaśniał, że z ustaleń Okrągłego Stołu wynika, iż te miejsca mają być dla PZPR i ich przybudówek. Należy więc władzom pozostawić sprawę do załatwienia. Profesora Geremka poparli wówczas m.in. Kuroń, Wujec i Wielowieyski. Niedługo zaś krajowe kierownictwo KO „Solidarność” wyraziło zgodę na zmianę ordynacji – w drodze dekretu Rady Państwa – umożliwiającą obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej. Tak też się stało.
Wtedy po raz pierwszy, proszę mi wierzyć, zacząłem mieć wątpliwości, czy to wszystko idzie w dobrym kierunku. Przecież władza leżała w zasięgu ręki i to w ramach przepisów uzgodnionych przy Okrągłym Stole. Jednak dla większości osób z kierownictwa KO „Solidarność” wyraźnie ważniejsze były inne uzgodnienia niż te, które znalazły się w zapisach Porozumienia Okrągłego Stołu. Gdy większość Polaków miała poczucie sukcesu taka ekwilibrystyka – polegająca na kompromisie z rządzącymi Polską komunistami za wszelką cenę – była marnowaniem tego sukcesu. Kompromis ten już wkrótce zaczęła symbolizować „gruba kreska”.

I nikt z Was nie protestował? Nie wypowiadano wątpliwości?
Oczywiście, że takie wątpliwości były wypowiadane. Jednak wymienione przeze mnie osoby były innego zdania. Mówiły, że nie ma warunków do przejęcia władzy, że nawet jeżeli przejmiemy władzę to będzie ona iluzoryczna, gdyż wojsko, milicja, esbecja pozostaną nadal reżimowe. Ten rodzaj myślenia spowodował, że miesiąc później gen. Jaruzelski został prezydentem dzięki poparciu części opozycji, bo aż 11 parlamentarzystów opozycyjnych (OKP) nie uczestniczyło w głosowaniu, 6 oddało głos nieważny, a 1 oddał nawet głos na generała.

Ta sytuacja nie zniechęciła jednak pana do dalszego działania, bo kilka miesięcy później podjął się Pan nowego zadania. Został pan Delegatem Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego w Województwie Legnickim. Jak do tego doszło, proszę opowiedzieć.
W dniu 8 marca 1990 r. Sejm uchwalił ustawy o zmianie Konstytucji, o samorządzie terytorialnym i ordynację wyborczą do rad gmin. Były to zmiany fundamentalne. Trzeba było je wprowadzić w życie. Prof. Jerzy Regulski, Minister – Pełnomocnik Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego zwrócił się wtedy, na podstawie umocowania otrzymanego od rządu, do wszystkich wojewodów z prośbą o wytypowanie kandydatów, którzy mieliby zostać delegatami rządu ds. tej reformy, w poszczególnych województwach. Ówczesny, jeszcze komunistyczny Wojewoda Legnicki Ryszard Jelonek wskazał ministrowi Regulskiemu dwie osoby. Jedną z dotychczasowego układu, oraz mnie, jako osobę rekomendowaną przez KO „Solidarność”. Mówiąc szczerze, „nie paliłem się” do objęcia tej funkcji, ponieważ uważałem, że można znaleźć lepszego kandydata, a ponadto myślałem, że będzie się to wiązało z zaprzestaniem wykonywania przeze mnie zawodu radcy prawnego przez okres blisko dwóch lat, gdyż na taki okres planowano jej wykonywanie. Obawiałem się, że lawinowe zmiany w prawie, jakie wówczas miały miejsce, trudno będzie mi potem opanować. Do jej objęcia przekonał mnie Adam Jaworski mówiąc, że reforma samorządu gminnego jest bardzo ważna, że mam odpowiednie kompetencje i predyspozycje, że nasza Ojczyzna potrzebuje takich ludzi jak ja („Kto ma objąć to stanowisko, jeżeli nie ty?”) itd. Uległem mu, mając zresztą świadomość, iż jest to czas wielkich przemian, a ta reforma idzie w dobrym kierunku. Poprosiłem jednak ministra o zgodę na wykonywanie mojego zawodu przez jeden dzień w tygodniu. Moja kandydatura została zaakceptowana przez niego. Zgodził się też na moją prośbę. W ten sposób nie utraciłem kontaktu ze swoim zawodem. Należy tutaj dodać, że minister powołał delegatów spośród kandydatów przedstawionych przez Komitety Obywatelskie. Pisał on o kryteriach ich doboru tak: Nasze kryteria były jasne i proste. Chcieliśmy mieć ludzi z pewną wiedzą administracyjną, zaangażowanych w proces reform, ale nie związanych z jakimiś układami lokalnymi, które mogły być niebezpieczne i ograniczać swobodę działania… Większość rekrutowała się ze środowisk dawnej opozycji, naukowców, nauczycieli, ekonomistów i prawników. (J. Regulski „Samorząd III Rzeczypospolitej – koncepcje i realizacja”, PWN, 2000 r., s. 95).
Z dniem 1 kwietnia 1990 r. zostałem pracownikiem Urzędu Rady Ministrów i zacząłem wykonywać funkcję Delegata Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego w Województwie Legnickim. W jej wykonywaniu byłem całkowicie niezależny od Wojewody Legnickiego. Było to zresztą pierwsze ważne stanowisko w administracji Województwa Legnickiego objęte przez osobę z nowego układu.

Pan Adam Jaworski nie tylko pana złamał. On też przekonał do kandydowania do Senatu Stanisława Obertańca. Jak to się stało, że miał taki wpływ na was.
To wizjoner, mający świetne pomysły. Czasy, jakie nastąpiły po Okrągłym Stole, a potem po wyborach czerwcowych, potrzebowały wielu zaangażowanych ludzi. Ludzi myślących po nowemu, skłonnych budować Polskę w oparciu o zasady demokratyczne i gospodarki wolnorynkowej. My też to wiedzieliśmy, ale uważaliśmy, że są lepsi od nas i chyba byli. On jednak uważał inaczej i potrafił nas do tego przekonać. Zresztą później to ja rekomendowałem Adama Jaworskiego pierwszemu niekomunistycznemu Wojewodzie Legnickiemu Andrzejowi Glapińskiemu na stanowisko dyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Wojewódzkiego w Legnicy. Wtedy to mnie udało się go złamać. I był świetnym fachowcem, który nadawał się doskonale do pracy, polegającej w szczególności na kontaktach z kościołem, wojskiem i policją.

Wróćmy jednak do pana nowej funkcji. Czym pan się zajmował?
Przed nami była do przeprowadzenia reforma samorządu terytorialnego. Po długim okresie funkcjonowania PRL, w którym samorząd ten nie istniał, bo określany tym mianem system rad narodowych był jedynie kamuflażem, trzeba było w zasadzie tworzyć go od nowa. Nie było to łatwe. Warto w tym miejscu przytoczyć opinię głównego twórcy tej reformy prof. Regulskiego, który w cytowanej już książce napisał:
„Było jasne, że ustrój trzeba zmienić. Ale sprzeciwiała się temu cała dawna klasa polityczna, a przede wszystkim niższe jej grupy, obawiające się wszelkich zmian. Aby więc ustanowić samorząd terytorialny, szczególnie zagrażający lokalnym układom, należało ten opór pokonać. Jedyną siłą, która to mogła zrobić, był zapał i zaangażowanie społeczeństwa. Realizacja reformy samorządowej stanowiła zatem krucjatę lokalnych społeczności przeciwko lokalnym władzom… Administrację państwową postrzegaliśmy jako główną siłę antyreformatorską… Cała administracja identyfikowała się bowiem z dawnym ustrojem i składała się wyłącznie z ludzi związanych z partią. Istniała jeszcze PZPR, a jej Komitet Centralny nie mógł się pogodzić z utratą dawnej władzy” (str. 71 i 75).

Jednak mimo tych trudności udało się uchwalić stosowne akty prawne.
Te zasadnicze już wymieniłem. W dniu 17 maja 1990 r. – czyli na 10 dni przed wyborami do rad gminnych – uchwalono jeszcze jeden bardzo ważny akt prawny, tzw. ustawę kompetencyjną. Istotą wszystkich tych przepisów było utworzenie władz lokalnych demokratycznie wybieranych, zdolnych do samodzielnego realizowania – we własnym imieniu i na własną odpowiedzialność – szczegółowo określonych zadań. Nie udało się jednak oddać gminom wszystkich kompetencji, które osoby przygotowujące reformę zamierzały im przekazać. Stworzone zostały bowiem tzw. Rejony, które otrzymały kompetencje przewidywane przez twórców reformy dla gmin. Zwyciężyły naciski i żądania ludzi dawnej administracji, z szefem administracji rządowej ministrem Jerzym Kołodziejskim na czele.

Wojewodami byli wówczas jeszcze ludzie dawnego systemu, prawda?
Dlatego, jak już powiedziałem, prof. Regulski doprowadził do utworzenia w każdym województwie stanowiska Delegata Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego całkowicie niezależnego od wojewody. Oczywiście musiałem pozostawać w kontakcie z wojewodą Jelonkiem. I muszę przyznać, że były one zupełnie poprawne.

Był pan przysłowiowym namiestnikiem premiera czuwającym nad prawidłowym przebiegiem reformowania kraju.
Delegaci to był pierwszy element solidarnościowej administracji terenowej. Stali się oni solą w oku całej ówczesnej administracji rządowej. Pełnomocnicy stanowili bowiem nie tylko grupę niezależnych urzędników, ale także ważny kanał informacyjny, na który monopol mieli dotychczas wyłącznie wojewodowie.

Może pan mecenas scharakteryzować szczegółowe zadania, jakie przyszło panu realizować?
Na początku należało do nich w szczególności przygotowanie gmin do ustanowienia samorządu i do ukształtowania struktury ich władz. Dlatego w maju 1990 r., przed wyborami – zgodnie z poleceniem ministra Regulskiego – odwiedziłem wszystkich ówczesnych wójtów, burmistrzów i prezydentów, aby porozmawiać z nimi na tematy związane z przygotowaniami do wyborów i do wdrażania reformy samorządowej i sprawdzić stan tych przygotowań.
Po wyborach uczestniczyłem we wszystkich posiedzeniach nowo wybranych rad, podczas których wybierano ich władze: przewodniczących rad oraz wójtów, burmistrzów i prezydentów. Moja pomoc, po licznych szkoleniach, w których uczestniczyłem wcześniej w Warszawie, okazywała się wówczas bardzo przydatna.
Pomagałem także w opracowywaniu statutów gmin, a nawet regulaminów prowadzenia posiedzeń organów gmin. Wzorcowe projekty tych i innych dokumentów opracowaliśmy w moim biurze jeszcze przed wyborami z 27 maja 1990 r. Instruowałem też gminy o zmianach prawa, organizowałem szkolenia dla radnych, członków zarządów gmin, sekretarzy i skarbników oraz dla innych pracowników samorządowych. Krótko mówiąc, byłem takim animatorem ruchu samorządowego.

Pomagał pan zatem nowym radom gminnym w uruchomieniu działalności.
Tak. A potem jeszcze pomagałem w prowadzeniu inwentaryzacji majątku państwowego, by go podzielić, skomunalizować. Pomagałem w reorganizowaniu przedsiębiorstw komunalnych, porządkowaniu finansów, tworzeniu nowych instytucji gminnych. Przy mojej wydatnej pomocy powstał też Konwent Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów Gmin Województwa Legnickiego.

To niezwykle trudne, a przede wszystkim odpowiedzialne zadania.
I wyczerpujące zarazem. Ale dawały mi wiele osobistej satysfakcji.

Robił pan to wszystko w pojedynkę?
Miałem biuro, w którym zatrudniałem 5 osób, niezwykle zaangażowanych w pracy na rzecz gmin. Szkolenia zaś prowadzili najczęściej wybitni specjaliści z zakresu samorządu. Integrowały one środowiska samorządowe, pozwalały na wymianę poglądów. Tymi doświadczeniami dzieliłem się z ministrem Regulskim, z którym byłem w stałym kontakcie.

Pana największy sukces w tym działaniu to…?
Trudno powiedzieć. Ale chyba to, że widziałem, iż moja praca jest potrzebna i przynosi efekty. Dobitnie o tym świadczyły liczne listy z podziękowaniami, które otrzymałem od władz poszczególnych gmin po zakończeniu, z dniem 31 grudnia 1991 r., mojej misji.

Proszę o krótką reasumpcję. A może jakieś ciekawostki z tego okresu utkwiły panu w pamięci?
Reasumpcją niech będzie refleksja, że jestem dumny, iż mogłem uczestniczyć w tej, chyba najlepiej przeprowadzonej w III Rzeczypospolitej, reformie. W tym miejscu jeszcze raz posłużę się opinią prof. Regulskiego, tym razem na nasz, delegatów temat. Otóż stwierdził on: Delegaci wojewódzcy wykonali kolosalną robotę. Nie wyobrażam sobie, jak w ogóle można by było zorganizować samorząd bez nich… Ten bardzo nieliczny zespół wykonał ogromną pracę (str. 96).
A ciekawostki, o które pan pyta… Myślę, że warto wspomnieć wydarzenie związane z Radą Miasta i Gminy Chojnów. Otóż tamtejsi radni nie byli w stanie wybrać burmistrza, z powodu bojkotowania obrad sesji przez radnych wybranych z listy PSL. W związku z tym doszło, w grudniu 1990 r., do zawieszenia przez premiera organów tamtejszej gminy i powołania komisarza rządowego. Ja otrzymałem wówczas zadanie opracowania scenariusza powołania komisarza. Było to pionierskie zadanie, gdyż taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy w Polsce. Dlatego przygotowanie procedury z tym związanej nie było łatwe. Tym bardziej, że sprawa wywołała ogromne zainteresowanie ogólnopolskich mediów. Pamiętam duże zdenerwowanie i niepokój Piotra Kownackiego, dyrektora Biura Reformy Samorządu Terytorialnego w URM, późniejszego następcy prof. Regulskiego na stanowisku pełnomocnika rządu, który na specjalnej sesji rady przedstawiał – w imieniu Prezesa Rady Ministrów – stosowne dokumenty. Wszystko się jednak udało. Warto dodać, że Piotr Kownacki to ta sama osoba, która obecnie jest Ministrem – Szefem Kancelarii Prezydenta RP.

Nie powiedział jeszcze pan mecenas, kto z kolegów pana wspierał w tych działaniach?
Wiele osób, w tym wymienieni już moi przyjaciele: Stanisław Obertaniec i Adam Jaworski oraz nieżyjący już Jerzy Figurski, prawnik, niezwykle prawy i mądry człowiek, którego kandydaturę na legnickiego radnego z KO „Solidarność” zaproponowałem w 1990 roku. Został wówczas radnym, a wkrótce pełnomocnikiem wojewody ds. wycofania wojsk radzieckich z Legnicy.
Jednak w sposób szczególny chciałbym wymienić Zygmunta Urbana, na którego radę i pomoc zawsze mogłem liczyć, także w tych ważnych latach 1989-1991, których dotyczy nasza rozmowa. Ale poznałem go wcześniej. Mogę z przekonaniem powiedzieć, że znajomość z nim dała mi bardzo dużo. To na pewno najważniejszy człowiek opozycji legnickiej, jej ojciec. Nigdy nie zabiegał o stanowiska i pieniądze dla siebie. Ma wielkie zasługi w działalności publicznej, w szczególności wśród młodzieży, nauczycieli oraz w organizacjach o charakterze patriotyczno-niepodległościowym w Legnicy. Warto w tym miejscu dodać, że w latach osiemdziesiątych zorganizował on dwuletni cykl zamkniętych wykładów swojego przyjaciela prof. Łukasza Czumy z KUL, których przedmiotem były „Katolicka nauka społeczna” i „Elementy ekonomii politycznej”. Odbywały się one co miesiąc (w soboty i niedziele) w salce parafialnej przy kościele p.w. Trójcy Świętej w Legnicy. Uczestniczyło w nich ok. 20 osób zaproszonych przez Zygmunta. Po latach dowiedziałem się od prof. Czumy, że zapraszane osoby były dobrane bardzo starannie, bo gdy profesor zapoznał się, już w wolnej Polsce, z materiałami dot. inwigilacji jego osoby dowiedział się, że nie było w nich żadnej wzmianki o tych legnickich spotkaniach. Podczas, gdy były o jego spotkaniach w innych miejscowościach, do których jeździł. Te wykłady dużo mnie nauczyły. Szkoda, że Zygmunt zaprzestał działalności publicznej, zaszywając się na wsi oddalonej ok. 30 km od Legnicy. Za mocno jednak przeżywał to co dzieje się w naszej Ojczyźnie po 1989 roku i odbijało się to na jego zdrowiu. W październiku tego roku skończy on 80 lat.
Pragnę jeszcze dodać, że w tamtym czasie nawiązałem wiele nowych znajomości, z których szczególnie dwie, z Dorotą Czudowską i Pawłem Jurosem, chcę wymienić. Współpracowaliśmy przy różnych okazjach, ale najwięcej w związku z działalnością, powołanego jesienią 1989 r., z inicjatywy Stanisława Obertańca, Komitetu Budowy Ośrodka Diagnostyki Onkologicznej Społecznej Fundacji Solidarności, którego byliśmy, wraz z innymi osobami, członkami założycielami. Po śmierci Pawła Jurosa, w 1997 r., wspólnie z Czudowską i Obertańcem, z upoważnienia rodziny zmarłego, która ustanowiła Fundację Pawła Jurosa uruchamialiśmy jej działalność.

Czy możemy przejść do pańskiej działalności pozasamorządowej?
Myśli pan zapewne o mojej działalności w laikacie katolickim? Chętnie o tym opowiem, ale w tym kontekście pragnę jeszcze nawiązać do mojej działalności jako delegata rządu. Wówczas, podczas rozległych kontaktów z ludźmi, mogłem zauważyć jak głęboka jest w naszym społeczeństwie wiara chrześcijańska. Obserwowałem jak radni i członkowie zarządów gmin dawali wyraz konieczności budowy nowego życia społecznego z uwzględnieniem wartości chrześcijańskich. Ujawniając swoje postawy chrześcijańskie rozumieli, że to powrót do normalności. Dawali w ten sposób przykład innym. To zastanawiające i chwalebne, że po 45 latach odsakralizowywania życia społecznego, odrywania ludzi od Boga, naród polski zachował te wartości.

Jest pan znany w Legnicy również jako przewodniczący i aktywny działacz Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90. Skąd u Pana mecenasa takie zainteresowania?
Jest to kwestia odpowiedniego wychowania przez rodziców, obracania się wśród osób o podobnych poglądach, świadomości tego, że osoby świeckie mają do spełnienia w Kościele Katolickim bardzo ważną rolę, no i przede wszystkim chęci działania na rzecz innych. To ostatnie, czyli „żyłkę społecznika” odkryłem w sobie na dobre w 1980 r., gdy po wydarzeniach sierpniowych byłem najpierw współzałożycielem, a następnie przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Sądów Województwa Legnickiego. I tak zostało do tej pory. W latach 80. ub. wieku zacząłem brać udział w Mszach świętych za Ojczyznę, odprawianych w obecnym kościele katedralnym p.w. Świętych Piotra i Pawła, połączonych z wykładami patriotyczno-niepodległościowymi, oraz w spotkaniach organizowanych przez Duszpasterstwo Ludzi Pracy działające przy parafii Trójcy Świętej w Legnicy, którego opiekunem był mądry, zacny, oddany bez reszty Ojczyźnie i ludziom ksiądz prałat Władysław Jóźków. Na początku 1990 r. grupa osób związanych ze środowiskiem tego duszpasterstwa uznała, że powinno powstać drugie duszpasterstwo, które zajmie się wyłącznie tym wycinkiem działania duszpasterstwa, które dotyczy doskonalenia duchowego i działalności formacyjnej. I tak, w dniu 9 kwietnia 1990 r., powstało Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90.

Dlaczego zmieniliście nazwę?
Powstała nowa organizacja i dla odróżnienia jej od dotychczasowego duszpasterstwa wprowadziliśmy wyróżnik „’90”. Moment powstania nie był przypadkowy, gdyż powiązany został z rocznicą bitwy pod Legnicą, która miała miejsce 9 kwietnia 1241 roku. Bitwy, w której zginął męczeńską, rycerską śmiercią, w obronie chrześcijańskiej Europy, syn św. Jadwigi i księcia Henryka Brodatego – książę Henryk Pobożny. Postawiliśmy wówczas przed sobą zadanie włączenia się w modlitwę o wyniesienie na ołtarze tego bohaterskiego księcia.

Wypowiada się pan mecenas w liczbie mnogiej. Kto jeszcze z Panem zakładał to duszpasterstwo?
Głównym inicjatorem powstania tego duszpasterstwa był Adam Jaworski. A wśród założycieli znaleźli się także Zygmunt Urban i Maria Przystasz. Początkowo spotykaliśmy się w pomieszczeniach parafii świętych Piotra i Pawła, a naszym opiekunem duchowym od tamtego czasu jest ks. inf. prof. Władysław Bochnak.

A obecnie duszpasterstwo ma siedzibę w klasztorze oo. Franciszkanów, prawda?
Tak. Wkrótce po naszym powstaniu franciszkanie z Zakonu Braci Mniejszych Prowincji św. Jadwigi we Wrocławiu przybyli do Legnicy. Zresztą za sprawą osób związanych z naszym duszpasterstwem. Wtedy przenieśliśmy naszą działalność do ich klasztoru.

A jakie jest jedno z Waszych ostatnich, ważnych zadań?
Pragnieniem naszym jest, aby młoda – powstała w 1992 r. – Diecezja Legnicka miała swojego świętego. Modlitwa o beatyfikację i kanonizację księcia Henryka Pobożnego, o której wspominałem, może przybliży nas do tego. Podstawowym naszym zadaniem jest jednak niezmiennie działalność formacyjna. Prowadzimy ją w formie wykładów, zawsze poprzedzonych Mszą świętą. Cieszą się one od lat sporą frekwencją.
Warto dodać, że z naszego środowiska wywodzi się aż czterech senatorów RP: Stanisław Obertaniec, Paweł Juros, Dorota Czudowska i Witold Lech Idczak oraz poseł na Sejm RP Zbigniew Mackiewicz. Częstymi słuchaczami tych wykładów byli też posłowie Halina Szustak i Piotr Ślusarczyk. Martwi mnie tylko jedno, że na nasze spotkania przychodzi za mało osób młodych.
Wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o działalności duszpasterstwa zapraszam na naszą stronę internetową www.dlp90.pl.

■ Jan Stanisław Smalewski – „Wybraliśmy wolność. 4 czerwca 1989”, Legnica 2009, wyd. Edytor.
W książce – ze wstępem dr. Łukasza Kamińskiego – znajdują się także wywiady z: Lechem Wałęsą, ks. kard. Henrykiem Gulbinowiczem, Władysławem Frasyniukiem, Andrzejem Glapińskim (1. niekomunistycznym Wojewodą Legnickim), Tadeuszem Pokrywką (1. pierwszym niekomunistycznym Prezydentem Legnicy), Zbigniewem Mackiewiczem (posłem na Sejm RP X kadencji), Stanisławem Obertańcem (senatorem RP I kadencji) i innymi.

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl