Chińskie przystanki

Strateg
[image]   Ta podróż do Chin pierwsza i może jedyna, nieoczekiwana i zaskakująca, przydarzyła mi się trochę późno. W zasadzie nie mam ochoty zwiedzać wielkich państw, mocarstw, wielkich struktur państwowych.
   Z Chinami jednak było inaczej. Istniało kilka powodów przekonywujących mnie do takiej podróży. Za wyjazdem przemawiało moje głębokie zainteresowanie Dalekim Wschodem, w tym przede wszystkim krajami Półwyspu Indochińskiego. Ponieważ ta fascynacja rozpoczęła się od Laosu, który, nomen omen, jest sercem tego Półwyspu, zainteresowały mnie wszystkie ziemie i kraje otaczające mały Laos. I tak z upływem lat poznawałem Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Birmę (Myanmar). Rzeczywiście zabrakło wizyty w Chinach, a przede wszystkim w prowincji Yunnan, która bezpośrednio z Laosem graniczy. Drugim mocnym impulsem było zainteresowanie Chinami mojego przyjaciela, wiernego druha wielu podróży, zafascynowanego Dalekim Wschodem w znaczeniu szerokim, a więc nie tylko ograniczającego się do Półwyspu Indochińskiego. Sączył on informacje i rozbudzał zainteresowanie, aż się stało. Byłbym więc hipokrytą, gdybym uznał, że Chiny mnie nie ekscytowały. Ich historia, bogato udokumentowana, ich niezwykła kultura, osiągnięcia, różnorodność, nie mogą nie fascynować. Poza tym, w chwili, kiedy wyjazd miał się zmaterializować, przypomniało mi się, jak wiele już było przypadkowych, acz frapujących chińskich incydentów w moim życiu. I jak wiele już o Chinach wiem. Ale ostatecznie, zgodnie z chińskim przysłowiem, powstałym jeszcze za panowania Zachodniej Dynastii Han (206 przed Chrystusem do roku 24), „lepiej raz zobaczyć, niż sto razy usłyszeć”. W dobie ogromnej ilości filmów i obrazów z całego świata, być może, przysłowie to nieco zwietrzało. Powstała taka niezwyczajna okazja i moje zainteresowanie mogło się zmaterializować. Zabrałem się z grupą, której tworzywem łączącym była niepowtarzalność wydarzenia, szacunek dla wspólnej pracy i wdzięczność.
   Wymyślił podróż Piotr […] Postanowił podzielić, pokazać w jakże ekscytujący sposób swoją fascynację cząstką Dalekiego Wschodu niektórym przyjaciołom […]
   Podróż obejmowała dwa centra Chin, chińskiej gospodarki i największe skupiska ludności, czyli Pekin i Szanghaj. W drodze zaś z Pekinu do Szanghaju przewidziano odwiedzenie dwóch innych miejsc, czyli znanego od dawien dawna, z czasów cesarstwa, bardzo dużego miasta Suzhou oraz osadę wodną Wushen, usytuowaną nad kanałami. Wyprawa pozwalała na zanurzenie się odrobinę w historii oraz zobaczenie modernizujących się Chin i udanie walczących o przekonanie świata o swoim niezwykłym rozwoju. Piotr zalecił też uczestnikom przeczytanie przynajmniej dwóch książek akurat dostępnych: "Chiny w dziesięciu słowach" autorstwa Yu Hua oraz "Pekin i Szanghaj. Dwie głowy chińskiego smoka". Autorem jest Adrian Geiges. Wielu zaopatrzyło się w przewodniki. Ja zaś w pośpiechu przeglądnąłem moje zasoby biblioteki, kartkując na nowo niektóre z pozycji z postanowieniem, że po powrocie sięgnę do nich uważniej. Wymienię przynajmniej te, o których z góry wiedziałem, że jakoś wykorzystam w trakcie dalszej narracji. Są to sfabularyzowane w formie pamiętnika dwie powieści autorstwa Anchee Min tj. "Cesarzowa Orchidea" i "Ostatnia cesarzowa", powieść "Malarka z Szanhaju" autorstwa Jennifer Cody Epstein, autobiografia Pu Yi "Byłem ostatnim cesarzem Chin". Było wiele innych książek i poważnych artykułów analitycznych, które w całości lub częściowo przeczytałem wcześniej, co najmniej około dziesięciu ważnych filmów, które na temat Chin oglądnąłem. Od Piotra otrzymałem po przyjeździe w prezencie jeszcze cztery ważne i cenne książki. A proces dokształcania się trwał i po powrocie.
[image]
Olimpijskie lotnisko w Pekinie i wyjątkowy hotel
   Dnia 15 czerwca 2014. Niedziela. Dolecieliśmy do Pekinu po godz. 9.00 i dotarliśmy na teren ogromnej sali przylotów. Zaznaczam, że do tego przymiotnika wkrótce będziemy musieli się przyzwyczaić. Po dość sprawnej odprawie paszportowej wyruszyliśmy po bagaże. Oznaczało to, że pojechaliśmy specjalną kolejką, czyli pociągiem szynowym podstawianym i odjeżdżającym co kilka minut. Całe lotnisko jest ogromne. Jadąc, oglądaliśmy duże hale, które wyglądały na opuszczone, zbudowane na wyrost. Na dostarczenie bagażu czekaliśmy bardzo długo. Główną przyczyną jest rozległość lotniska i dystanse do pokonania. Autorem projektu lotniska jest Norman Foster. Jest to obecnie (choć nie daję głowy, że pozostało to aktualne) największy budynek świata, a jego powierzchnia wynosi 1,3 mln metrów kwadratowych. Z lotu ptaka wygląda jak olbrzymi smok. Obiekty, zwłaszcza ten pierwszy, który mogliśmy zobaczyć od wewnątrz z hali przylotów, wskazuje na symbolikę smoka. Widać to przede wszystkim w konstrukcji i kolorystyce dachu, który nawiązuje do cesarskiego koloru złota, trochę wypłowiałego. Umieszczone w dachu świetliki wprowadzają światło słoneczne, gdyż hala, na skutek koloru jej powierzchni nie jest skąpana w świetle słonecznym, a ponadto ilość dni słonecznych, ze względu na zanieczyszczenie nieba, jest nader skromna. Świetliki są trójkątne, złote i mają przypominać łuski smoka.
   Po odebraniu bagaży wymieniliśmy jeszcze dolary amerykańskie na juany, tworząc z dolarów jedną zbiorczą sumę do wymiany, gdyż od każdej transakcji płaci się stałą opłatę, niezależnie od wymienianej sumy (chyba w granicach 5-10 dolarów). Po zebraniu na początek kwoty ponad 2000 USD dokonaliśmy tylko jednej transakcji, nie płacąc na dodatek tego "frycowego". Kwota od 2000 USD jest bowiem wolna od dodatkowej opłaty. Kurs wymiany w czerwcu oscylował w granicach 6 juanów za jednego dolara. Przy wyjściu oczekiwał na nas przewodnik Chińczyk, z polską flagą na długim drzewcu, który powitał nas krótko w języku polskim. W autobusie znalazło się więc 13 uczestników wycieczki, polski przewodnik, chiński przewodnik i kierowca (łącznie 16 osób). Bagaże zostały zabrane do małego pojazdu odrębnie. Nasz polski przewodnik to też Piotr, ale inny niż Piotr – Strateg, a przewodnik chiński to Dawid. Na wstępie Piotr – przewodnik podał kilka informacji, w tym o podstawowych słowach po chińsku: dzień dobry to – nihao, a dziękuję to – sie sie. Dawid natomiast chwilę później, już w autobusie zabłysnął znajomością języka polskiego. Zabłysnął naprawdę, zarówno znajomością słów, jak również umiejętnością konstruowania zdań. Potrafił przekazać wszystkie informacje w trakcie zwiedzania. Woda mineralna i piwo do nabycia w autobusie (3 wody za 1 juana – tanio, a piwo za 5 juanów). W drodze do Pekinu Piotr – przewodnik zaprezentował film na temat budowy opuszczonego co dopiero lotniska, zbudowanego w pierwszej kolejności na potrzeby obsłużenia Letnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. Zrozumieliśmy także, że zaobserwowane prawie puste przestrzenie w innych terminalach mijanych w trakcie przejazdu kolejki są następstwem braku możliwości pełnego wykorzystania infrastruktury lotniska, poza wyjątkową okolicznością, jaką np. była Olimpiada. Czas podróży z lotniska wykorzystany został w pełni do pokazania poszczególnych faz budowy od pomysłu do realizacji. Narrator filmu i poszczególni wykonawcy pokazywali te szczególnie etapy, które stawały się wyzwaniem, a były to szczególne problemy społeczne, organizacyjne, techniczne, które jednak, oczywiście zwycięsko, zostały pokonane. Przeważały wypowiedzi i komentarze o unikalności rozwiązań, unikalności skali, wdrażaniu najnowszych technologii, nowych patentów. Styl wypowiedzi przesycony tryumfalizmem.
   Nasz hotel znajduje się w dzielnicy jednego z hutongów, których już niewiele pozostało z ogromnej ich ilości. Z hutongami wiąże się stara historia Pekinu. W jego centrum, w granicach dawnych murów, była to dzielnica domów najwyżej jednopiętrowych, rozlokowanych wzdłuż wąskich, długich uliczek. Uliczki biegły zazwyczaj ze wschodu na zachód. Nie można i dziś nie usłyszeć o hutongach, będąc w Pekinie. I jeszcze dziś nie można ich nie zauważyć w centrum Pekinu, choć stopniowo stają się enklawami wśród nowoczesnej zabudowy, ustępując im miejsca w konsekwencji wyburzeń. Słowo hutong pochodzi z języka mongolskiego, z czasów panowania Mongołów. Według objaśnień Dawida, słowo hut ma oznaczać studnię, a przy niej żłoby do pojenia koni. Właśnie wokół studni, ze względu na wodę, powstawały małe domy. Pekin został zdobyty w 1215 roku przez Dżyngis Chana; miasto zostało spalone. Ten sposób niszczenia był oprócz innych okrucieństw, bardzo charakterystyczny dla armii mongolskiej. Dwadzieścia lat po spaleniu Pekinu, w roku 1240 wnuk Dżyngis Chana, Batu Chan, założyciel Złotej Ordy zdobył i spalił Kijów oraz prawie całą Ruś. Rok później ci sami Mongołowie, zwani u nas Tatarami, pod dowództwem Batu Chana ruszyli na Polskę, Czechy, Węgry i Bałkany. Spalili liczne miasta, w tym także Sandomierz i Kraków. Dnia 9 kwietnia 1241 roku dowodzący wojskami chrześcijańskimi książę Henryk II Pobożny zginął męczeńską śmiercią jako obrońca wiary podczas przegranej z Tatarami bitwy na Dobrym Polu pod Legnicą.
   W Chinach trzeci cesarz z dynastii mongolskiej Yuan (władał w okresie 1279-1368) uczynił Pekin stolicą, co oznaczało też, że Pekin odbudował. Z 7000 takich hutongów – dzielnic założonych przez Mongołów, pozostało ponad 300. Z książki Adriana Geigesa dowiedziałem się, że w roku 2009 było ich jeszcze niespełna 400. Część hutongów już ma status zabytku i została objęta ochroną. Bogaci Pekińczycy zaczęli też kupować domy w hutongach, adaptując je na własne rezydencje i instalując nowoczesne łazienki.
   Wzorcowy, zamożny dom w hutongu nazywany siheyuan bierze swoją nazwę z czterech budynków okalających dziedziniec. Były one zwrócone oknami do podwórza, a na zewnątrz stanowiły mury zewnętrzne całego siheyuanu; w zamierzeniu chińskich budowniczych to odbicie kosmosu. Mury przebiegały na osi północ – południe i wschód – zachód. Układ taki był zgodny z regułą chińskiego planowania przestrzeni feng shui (dosłownie wiatr i woda). Wejście było od strony południa, na krańcu południowo wschodnim. Bramy wejściowe siheyuanów wychodziły na południe z dwóch powodów: wprowadzały najwięcej słońca i wpuszczały najmniej złych duchów, które pojawiały się głównie od północy. Do wejścia prowadziły schody, a ich liczba świadczyła o pozycji społecznej właściciela. Drzwi wejściowe pomalowane na czerwono, często zaopatrzone w kołatki, informowały też o zawodzie i pozycji pana domu. Przy drzwiach były filary, a ich zróżnicowane kształty i formy także świadczyły o pozycji, funkcji osoby, która tam mieszkała. Przykładowo czworokątne filary drzwiowe w formie skrzyni oznaczały urzędnika cywilnego, okrągłe miały symbolizować bębny wojenne i oznaczać mieszkanie oficera. Filary w kształcie lwów były zarezerwowane wyłącznie dla członków rodziny cesarskiej. Nieodzowne były też wysokie progi u wejścia, które chroniły przed złymi duchami. Wierzono, że one, chińskie złe duchy, poruszają się z prędkością strzały, ale nie potrafią skręcać pod kątem prostym ani skakać przez przeszkodę. Nie potrafiły też przekraczać murów. Pierwotnie siheyuan zajmowała jedna rodzina. Dom główny, północny, najbardziej okazały z wejściem od południa, zajmował najstarszy członek rodu np. dziadek. Jego żona mieszkała we wschodniej części tego domu a konkubiny były ulokowane w pokojach w części zachodniej. Dom po stronie zachodniej zajmował najstarszy syn dziadka oraz jego żony i dzieci. Kolejny syn według starszeństwa mieszkał ze swoją rodziną w domu położonym po stronie wschodniej. Dorosły wnuk otrzymywał dom po stronie południowej, a czasem mieściły się tam jadalnia, pokój dzienny albo pokoje gościnne. Niezamężne córki rezydowały natomiast w domu postawionym za domem głównym, a więc jeszcze bardziej na północ, za dodatkowym małym dziedzińcem z tyłu domu głównego. To schemat podstawowy. Oczywiście z czasem (zwłaszcza w okresie powstania Republiki Chińskiej, a potem Chińskiej Republiki Ludowej) w siheyuanie zaczęło zamieszkiwać więcej rodzin, a powstawały i nowe hutongi, złożone z małych domków z cegły bez podwórek wewnętrznych. W typowym siheyuanie ilość podwórek mogła być zresztą większa, nawet wzmacniała znaczenie pana domu. W miarę potrzeby i możliwości dobudowywano także dodatkowe domy.
   Nasz hutong był chyba standardowy. Najpierw umiarkowanie szeroka, krótka ulica bez poboczy, raczej deptak (bo dla pojazdów niewiele miejsca) wypełniony pieszymi i przeciskającymi się sporadycznymi samochodami osobowymi i pojazdami dwuśladowymi. Na narożniku drogowskaz do naszego hotelu, nakazujący skręcić w lewo w wąską uliczkę. To już uliczka hutongu; wzdłuż ścian po lewej stronie stoją pod okapami stare szafy i ich elementy, dalej zaś jakieś płyty, materiały budowlane, cegły. Przede wszystkim spotkaliśmy rowery trójkołowe z platformami do przewożenia towarów, które były przyczepione łańcuchami do krat. Przechodzi się w tych miejscach z poczuciem, że są to rzeczy wystawione z powodu ciasnoty w domkach i przejście ma już charakter prawie domowego podwórka. Po prawej zaś stronie tej wąskiej uliczki znajdują się małe domki zwrócone ścianami szczytowymi do drogi. Te domki nie są siheyuaniami. Można tam spotkać sprzęty wyraźnie przeznaczone do użytku domowego: wiszące na murach miotły, wystawione krzesła, stoliki, doniczki z kwiatami. Spoglądając przez otwarte drzwi, widziałem korytarz pod gołym niebem (jakby podwórze) z kilkoma prowizorycznymi zadaszeniami czy raczej okapami, zagracony innymi sprzętami domowymi i gospodarczymi.
   Natomiast siheyuan, do którego doszliśmy, czyli nasz hotel Ron Yar, był w zasadzie typowym i oczywiście dobrze utrzymanym. Wchodząc od południa, ściślej od wschodniej flanki muru południowego, trzeba było pokonać cztery stopnie, aby dojść do bramy zaopatrzonej w kołatkę i pomalowanej na ciemnoczerwony kolor. Funkcje :filarów przy drzwiach pełniły usadowione na dwóch niskich postumentach rzeźby bębnów, co oznaczało, że dom należał kiedyś do generała. Nad drzwiami cztery chińskie znaki literowe umieszczone na wystających, pomalowanych na ten sam czerwony kolor belkach, o podstawie sześciokąta. Niezależnie od tego nad drzwiami wisiała duża ozdobna tablica z dwoma znakami, zapewne z nazwą hotelu. W drzwiach wysoki próg o wysokości 20-25 cm, dość wąski, pomalowany na kolor żółty. Prawidłowo należało by powiedzieć, że to nie próg a wysoka przegroda, gdyż można było ją przekroczyć, ale była zbyt wąska, aby postawić na niej stopy. Naprzeciw wejścia w odległości do 3 metrów stała ściana, a na niej domurowana, doklejona kwadratowa ścianka dodatkowa z cegieł pod dekoracyjnym mini daszkiem, na której znajdowała się kwadratowa złota rama z płytek z jednym rozbudowanym znakiem pisma. Pod murem znajdowała się piękna waza z pejzażem górskim w kolorze akwamaryny, z wodą, w której pływały kwiaty. Aby pójść dalej, trzeba było skręcić pod kątem prostym, czego złe duchy czynić nie umieją, by znaleźć się na wąskim dziedzińcu pod gołym niebem. W długim budynku po lewej stronie podwórka, który zgodnie z klasycznym układem jest budynkiem południowym, znajdują się kolejno: recepcja, salka śniadaniowa i zaplecze kuchenne. Dziedziniec jest przegrodzony ścianą, w której znajduje się swobodne przejście w kształcie dzbana. Za nim część gospodarcza, gdyż dostrzegłem tam suszącą się bieliznę pościelową. Należało uznać tamtą przestrzeń jako kolejne podwórko.
   Aby zobaczyć całość i dotrzeć do wyznaczonych pokoi, trzeba było znowu z wąskiego dziedzińca pokonać cztery schodki, przekroczyć nową bramę z wysokim progiem – przegrodą i w ten sposób pokonać kolejny mur. Były dwie pary drzwi. Po przekroczeniu pierwszych, można było wędrować krużgankami pod dachem na lewo i prawo wokół bocznych budynków, które otaczały budynek główny. Z krużganków wchodziło się więc do poszczególnych budynków. Budynek główny, bardziej okazały, znajdował się natomiast na wprost bramy, w której się znaleźliśmy. Przed budynkiem głównym znajdował się jednak wyraźnie większy dziedziniec główny, bardziej kwadratowy, na który wkraczało się przez kolejne drzwi z przegrodą, schodząc następnie po kolejnych czterech stopniach, a co dopiero pokonaliśmy inne, wchodząc w górę. Inaczej mówiąc, dziedziniec wąski obok recepcji czyli budynku południowego i dziedziniec główny znajdowały się na tym samym poziomie. Budynek główny zaś znajdował się na podwyższeniu i wejście wymagało pokonania kolejnych schodów. Złe duchy miały bardzo utrudnioną drogę, aby wtargnąć, a przynajmniej, aby wtargnąć szybko. My również, przynajmniej na początku mieliśmy kłopoty z nieustannym pokonywaniem wysokich przegród – progów i schodów; sam kilka razy się potknąłem.
   Na dziedzińcu głównym, po obydwu stronach przejścia do budynku głównego postawiono dwa duże, typowe namioty, w których były fotele i stoliki. Było wiadome, że nie był to element wyposażenia czy architektury siheyuanu. Ale doceniliśmy je niezmiernie w czasie wspólnych spotkań, w czasie pogawędki wieczornej, kiedy wokół grzmiało i szumiała ulewa. Idąc krużgankami wzdłuż ścian domów bocznych i okrążając dom główny, dochodziło się do budynku dłuższego, dodatkowego, znajdującego się na końcu, stanowiącego równocześnie ścianę północną siheyuanu. Przed budynkiem ostatnim od północy, a za budynkiem głównym, znajdowało się kolejne tylne podwórko, tylko nieco mniejszych rozmiarów co dziedziniec główny. Idąc krużgankami, trzeba było znowu zejść po schodach, aby znaleźć się na tym dziedzińcu. Pokoje rozlokowane były w poszczególnych budynkach z wejściami z krużganka, z kolejną zaporą przy drzwiach do pokojów. Pokój, który dzieliłem z Andrzejem, znajdował się w budynku głównym, ale na jego na tyłach. Drzwi i okno wychodziły na małe podwórko, na północną stronę. Dojście do pokoju wymagało schodzenia z krużganka na podwórko tylne i wejścia do góry po schodkach. Dla niepełnosprawnych z całą pewnością ten hotel się nie nadawał. Również na pierwszym piętrze budynków bocznych i tylnego znajdowały się krużganki, a przy nich dwuosobowe pokoje. Przewaga pań spowodowała, że Elżbieta królowała w pokoju jednoosobowym. Pokoiki, a przynajmniej ten, który mieliśmy, były małe, ciasne, z łazienkami, ale z wystarczającym podstawowym wyposażeniem. Jeśli porównać usytuowanie poszczególnych budynków na planie, to w naszym hotelu – siheyuanie budynek północny, główny wcale nie zamykał obrębu siheyuanu, ale posadowiony został bliżej środka całej działki.
   Natomiast wszystkie obiekty siheyuanu były piękne: elementy drewniane, których było mnóstwo w jednolitym czerwonym kolorze, a pod dachami i daszkami malowidła z motywami kwiatowymi czy krajobrazowymi. Taki dom to i mała twierdza i labirynt zarazem. Labirynt dla złych duchów. Mam nadzieję, że dla czytelnika będzie do rozszyfrowania. Moja siostra Pela narysowała plan przykładowego siheyuanu.
   Wszyscy byliśmy oszołomieni tą hotelową bombonierką, zaskoczeni i pełni podziwu dla Piotra Stratega za taki wybór wśród tysięcy hoteli w Pekinie. Ale 90 km na północny zachód od Pekinu w pobliżu miasteczka Zhaitang znajduje się mała wioska Chuandixia (Pod Rzeką) na stromym zboczu. Są tam budowle tradycyjne z epoki dynastii Ming (od 1368 roku) i Qing (od 1644 r.). I tam w wiosce, w której mieszka co prawda już niewielu mieszkańców, są prawdziwe "skanseny" chińskich siheyuanów i innych form tradycyjnego budownictwa. Ze względu na historyczną zabudowę i urocze położenie, na zwiedzenie wioski trzeba poświęcić kilka godzin i można tam również zanocować. Hutongi znajdują się także w innych miejscowościach w Chinach. Kto nie był w Chuandixia, może razem ze mną pomarzyć.

■ Henryk Goik – fragmenty książki „Chińskie przystanki” (wyd. Bernardinum 2015), na których, w znacznej części, oparty był wykład z 18.05.2017 r.

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl