Chińskie przystanki

Strateg
[image]   Ta podróż do Chin pierwsza i może jedyna, nieoczekiwana i zaskakująca, przydarzyła mi się trochę późno. W zasadzie nie mam ochoty zwiedzać wielkich państw, mocarstw, wielkich struktur państwowych.
   Z Chinami jednak było inaczej. Istniało kilka powodów przekonywujących mnie do takiej podróży. Za wyjazdem przemawiało moje głębokie zainteresowanie Dalekim Wschodem, w tym przede wszystkim krajami Półwyspu Indochińskiego. Ponieważ ta fascynacja rozpoczęła się od Laosu, który, nomen omen, jest sercem tego Półwyspu, zainteresowały mnie wszystkie ziemie i kraje otaczające mały Laos. I tak z upływem lat poznawałem Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Birmę (Myanmar). Rzeczywiście zabrakło wizyty w Chinach, a przede wszystkim w prowincji Yunnan, która bezpośrednio z Laosem graniczy. Drugim mocnym impulsem było zainteresowanie Chinami mojego przyjaciela, wiernego druha wielu podróży, zafascynowanego Dalekim Wschodem w znaczeniu szerokim, a więc nie tylko ograniczającego się do Półwyspu Indochińskiego. Sączył on informacje i rozbudzał zainteresowanie, aż się stało. Byłbym więc hipokrytą, gdybym uznał, że Chiny mnie nie ekscytowały. Ich historia, bogato udokumentowana, ich niezwykła kultura, osiągnięcia, różnorodność, nie mogą nie fascynować. Poza tym, w chwili, kiedy wyjazd miał się zmaterializować, przypomniało mi się, jak wiele już było przypadkowych, acz frapujących chińskich incydentów w moim życiu. I jak wiele już o Chinach wiem. Ale ostatecznie, zgodnie z chińskim przysłowiem, powstałym jeszcze za panowania Zachodniej Dynastii Han (206 przed Chrystusem do roku 24), „lepiej raz zobaczyć, niż sto razy usłyszeć”. W dobie ogromnej ilości filmów i obrazów z całego świata, być może, przysłowie to nieco zwietrzało. Powstała taka niezwyczajna okazja i moje zainteresowanie mogło się zmaterializować. Zabrałem się z grupą, której tworzywem łączącym była niepowtarzalność wydarzenia, szacunek dla wspólnej pracy i wdzięczność.

[image]


   Wymyślił podróż Piotr […] Postanowił podzielić, pokazać w jakże ekscytujący sposób swoją fascynację cząstką Dalekiego Wschodu niektórym przyjaciołom […]
   Podróż obejmowała dwa centra Chin, chińskiej gospodarki i największe skupiska ludności, czyli Pekin i Szanghaj. W drodze zaś z Pekinu do Szanghaju przewidziano odwiedzenie dwóch innych miejsc, czyli znanego od dawien dawna, z czasów cesarstwa, bardzo dużego miasta Suzhou oraz osadę wodną Wushen, usytuowaną nad kanałami. Wyprawa pozwalała na zanurzenie się odrobinę w historii oraz zobaczenie modernizujących się Chin i udanie walczących o przekonanie świata o swoim niezwykłym rozwoju. Piotr zalecił też uczestnikom przeczytanie przynajmniej dwóch książek akurat dostępnych: "Chiny w dziesięciu słowach" autorstwa Yu Hua oraz "Pekin i Szanghaj. Dwie głowy chińskiego smoka". Autorem jest Adrian Geiges. Wielu zaopatrzyło się w przewodniki. Ja zaś w pośpiechu przeglądnąłem moje zasoby biblioteki, kartkując na nowo niektóre z pozycji z postanowieniem, że po powrocie sięgnę do nich uważniej. Wymienię przynajmniej te, o których z góry wiedziałem, że jakoś wykorzystam w trakcie dalszej narracji. Są to sfabularyzowane w formie pamiętnika dwie powieści autorstwa Anchee Min tj. "Cesarzowa Orchidea" i "Ostatnia cesarzowa", powieść "Malarka z Szanhaju" autorstwa Jennifer Cody Epstein, autobiografia Pu Yi "Byłem ostatnim cesarzem Chin". Było wiele innych książek i poważnych artykułów analitycznych, które w całości lub częściowo przeczytałem wcześniej, co najmniej około dziesięciu ważnych filmów, które na temat Chin oglądnąłem. Od Piotra otrzymałem po przyjeździe w prezencie jeszcze cztery ważne i cenne książki. A proces dokształcania się trwał i po powrocie.
[image]
Olimpijskie lotnisko w Pekinie i wyjątkowy hotel
   Dnia 15 czerwca 2014. Niedziela. Dolecieliśmy do Pekinu po godz. 9.00 i dotarliśmy na teren ogromnej sali przylotów. Zaznaczam, że do tego przymiotnika wkrótce będziemy musieli się przyzwyczaić. Po dość sprawnej odprawie paszportowej wyruszyliśmy po bagaże. Oznaczało to, że pojechaliśmy specjalną kolejką, czyli pociągiem szynowym podstawianym i odjeżdżającym co kilka minut. Całe lotnisko jest ogromne. Jadąc, oglądaliśmy duże hale, które wyglądały na opuszczone, zbudowane na wyrost. Na dostarczenie bagażu czekaliśmy bardzo długo. Główną przyczyną jest rozległość lotniska i dystanse do pokonania. Autorem projektu lotniska jest Norman Foster. Jest to obecnie (choć nie daję głowy, że pozostało to aktualne) największy budynek świata, a jego powierzchnia wynosi 1,3 mln metrów kwadratowych. Z lotu ptaka wygląda jak olbrzymi smok. Obiekty, zwłaszcza ten pierwszy, który mogliśmy zobaczyć od wewnątrz z hali przylotów, wskazuje na symbolikę smoka. Widać to przede wszystkim w konstrukcji i kolorystyce dachu, który nawiązuje do cesarskiego koloru złota, trochę wypłowiałego. Umieszczone w dachu świetliki wprowadzają światło słoneczne, gdyż hala, na skutek koloru jej powierzchni nie jest skąpana w świetle słonecznym, a ponadto ilość dni słonecznych, ze względu na zanieczyszczenie nieba, jest nader skromna. Świetliki są trójkątne, złote i mają przypominać łuski smoka.
   Po odebraniu bagaży wymieniliśmy jeszcze dolary amerykańskie na juany, tworząc z dolarów jedną zbiorczą sumę do wymiany, gdyż od każdej transakcji płaci się stałą opłatę, niezależnie od wymienianej sumy (chyba w granicach 5-10 dolarów). Po zebraniu na początek kwoty ponad 2000 USD dokonaliśmy tylko jednej transakcji, nie płacąc na dodatek tego "frycowego". Kwota od 2000 USD jest bowiem wolna od dodatkowej opłaty. Kurs wymiany w czerwcu oscylował w granicach 6 juanów za jednego dolara. Przy wyjściu oczekiwał na nas przewodnik Chińczyk, z polską flagą na długim drzewcu, który powitał nas krótko w języku polskim. W autobusie znalazło się więc 13 uczestników wycieczki, polski przewodnik, chiński przewodnik i kierowca (łącznie 16 osób). Bagaże zostały zabrane do małego pojazdu odrębnie. Nasz polski przewodnik to też Piotr, ale inny niż Piotr – Strateg, a przewodnik chiński to Dawid. Na wstępie Piotr – przewodnik podał kilka informacji, w tym o podstawowych słowach po chińsku: dzień dobry to – nihao, a dziękuję to – sie sie. Dawid natomiast chwilę później, już w autobusie zabłysnął znajomością języka polskiego. Zabłysnął naprawdę, zarówno znajomością słów, jak również umiejętnością konstruowania zdań. Potrafił przekazać wszystkie informacje w trakcie zwiedzania. Woda mineralna i piwo do nabycia w autobusie (3 wody za 1 juana – tanio, a piwo za 5 juanów). W drodze do Pekinu Piotr – przewodnik zaprezentował film na temat budowy opuszczonego co dopiero lotniska, zbudowanego w pierwszej kolejności na potrzeby obsłużenia Letnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. Zrozumieliśmy także, że zaobserwowane prawie puste przestrzenie w innych terminalach mijanych w trakcie przejazdu kolejki są następstwem braku możliwości pełnego wykorzystania infrastruktury lotniska, poza wyjątkową okolicznością, jaką np. była Olimpiada. Czas podróży z lotniska wykorzystany został w pełni do pokazania poszczególnych faz budowy od pomysłu do realizacji. Narrator filmu i poszczególni wykonawcy pokazywali te szczególnie etapy, które stawały się wyzwaniem, a były to szczególne problemy społeczne, organizacyjne, techniczne, które jednak, oczywiście zwycięsko, zostały pokonane. Przeważały wypowiedzi i komentarze o unikalności rozwiązań, unikalności skali, wdrażaniu najnowszych technologii, nowych patentów. Styl wypowiedzi przesycony tryumfalizmem.
   Nasz hotel znajduje się w dzielnicy jednego z hutongów, których już niewiele pozostało z ogromnej ich ilości. Z hutongami wiąże się stara historia Pekinu. W jego centrum, w granicach dawnych murów, była to dzielnica domów najwyżej jednopiętrowych, rozlokowanych wzdłuż wąskich, długich uliczek. Uliczki biegły zazwyczaj ze wschodu na zachód. Nie można i dziś nie usłyszeć o hutongach, będąc w Pekinie. I jeszcze dziś nie można ich nie zauważyć w centrum Pekinu, choć stopniowo stają się enklawami wśród nowoczesnej zabudowy, ustępując im miejsca w konsekwencji wyburzeń. Słowo hutong pochodzi z języka mongolskiego, z czasów panowania Mongołów. Według objaśnień Dawida, słowo hut ma oznaczać studnię, a przy niej żłoby do pojenia koni. Właśnie wokół studni, ze względu na wodę, powstawały małe domy. Pekin został zdobyty w 1215 roku przez Dżyngis Chana; miasto zostało spalone. Ten sposób niszczenia był oprócz innych okrucieństw, bardzo charakterystyczny dla armii mongolskiej. Dwadzieścia lat po spaleniu Pekinu, w roku 1240 wnuk Dżyngis Chana, Batu Chan, założyciel Złotej Ordy zdobył i spalił Kijów oraz prawie całą Ruś. Rok później ci sami Mongołowie, zwani u nas Tatarami, pod dowództwem Batu Chana ruszyli na Polskę, Czechy, Węgry i Bałkany. Spalili liczne miasta, w tym także Sandomierz i Kraków. Dnia 9 kwietnia 1241 roku dowodzący wojskami chrześcijańskimi książę Henryk II Pobożny zginął męczeńską śmiercią jako obrońca wiary podczas przegranej z Tatarami bitwy na Dobrym Polu pod Legnicą.
   W Chinach trzeci cesarz z dynastii mongolskiej Yuan (władał w okresie 1279-1368) uczynił Pekin stolicą, co oznaczało też, że Pekin odbudował. Z 7000 takich hutongów – dzielnic założonych przez Mongołów, pozostało ponad 300. Z książki Adriana Geigesa dowiedziałem się, że w roku 2009 było ich jeszcze niespełna 400. Część hutongów już ma status zabytku i została objęta ochroną. Bogaci Pekińczycy zaczęli też kupować domy w hutongach, adaptując je na własne rezydencje i instalując nowoczesne łazienki.
   Wzorcowy, zamożny dom w hutongu nazywany siheyuan bierze swoją nazwę z czterech budynków okalających dziedziniec. Były one zwrócone oknami do podwórza, a na zewnątrz stanowiły mury zewnętrzne całego siheyuanu; w zamierzeniu chińskich budowniczych to odbicie kosmosu. Mury przebiegały na osi północ – południe i wschód – zachód. Układ taki był zgodny z regułą chińskiego planowania przestrzeni feng shui (dosłownie wiatr i woda). Wejście było od strony południa, na krańcu południowo wschodnim. Bramy wejściowe siheyuanów wychodziły na południe z dwóch powodów: wprowadzały najwięcej słońca i wpuszczały najmniej złych duchów, które pojawiały się głównie od północy. Do wejścia prowadziły schody, a ich liczba świadczyła o pozycji społecznej właściciela. Drzwi wejściowe pomalowane na czerwono, często zaopatrzone w kołatki, informowały też o zawodzie i pozycji pana domu. Przy drzwiach były filary, a ich zróżnicowane kształty i formy także świadczyły o pozycji, funkcji osoby, która tam mieszkała. Przykładowo czworokątne filary drzwiowe w formie skrzyni oznaczały urzędnika cywilnego, okrągłe miały symbolizować bębny wojenne i oznaczać mieszkanie oficera. Filary w kształcie lwów były zarezerwowane wyłącznie dla członków rodziny cesarskiej. Nieodzowne były też wysokie progi u wejścia, które chroniły przed złymi duchami. Wierzono, że one, chińskie złe duchy, poruszają się z prędkością strzały, ale nie potrafią skręcać pod kątem prostym ani skakać przez przeszkodę. Nie potrafiły też przekraczać murów. Pierwotnie siheyuan zajmowała jedna rodzina. Dom główny, północny, najbardziej okazały z wejściem od południa, zajmował najstarszy członek rodu np. dziadek. Jego żona mieszkała we wschodniej części tego domu a konkubiny były ulokowane w pokojach w części zachodniej. Dom po stronie zachodniej zajmował najstarszy syn dziadka oraz jego żony i dzieci. Kolejny syn według starszeństwa mieszkał ze swoją rodziną w domu położonym po stronie wschodniej. Dorosły wnuk otrzymywał dom po stronie południowej, a czasem mieściły się tam jadalnia, pokój dzienny albo pokoje gościnne. Niezamężne córki rezydowały natomiast w domu postawionym za domem głównym, a więc jeszcze bardziej na północ, za dodatkowym małym dziedzińcem z tyłu domu głównego. To schemat podstawowy. Oczywiście z czasem (zwłaszcza w okresie powstania Republiki Chińskiej, a potem Chińskiej Republiki Ludowej) w siheyuanie zaczęło zamieszkiwać więcej rodzin, a powstawały i nowe hutongi, złożone z małych domków z cegły bez podwórek wewnętrznych. W typowym siheyuanie ilość podwórek mogła być zresztą większa, nawet wzmacniała znaczenie pana domu. W miarę potrzeby i możliwości dobudowywano także dodatkowe domy.
   Nasz hutong był chyba standardowy. Najpierw umiarkowanie szeroka, krótka ulica bez poboczy, raczej deptak (bo dla pojazdów niewiele miejsca) wypełniony pieszymi i przeciskającymi się sporadycznymi samochodami osobowymi i pojazdami dwuśladowymi. Na narożniku drogowskaz do naszego hotelu, nakazujący skręcić w lewo w wąską uliczkę. To już uliczka hutongu; wzdłuż ścian po lewej stronie stoją pod okapami stare szafy i ich elementy, dalej zaś jakieś płyty, materiały budowlane, cegły. Przede wszystkim spotkaliśmy rowery trójkołowe z platformami do przewożenia towarów, które były przyczepione łańcuchami do krat. Przechodzi się w tych miejscach z poczuciem, że są to rzeczy wystawione z powodu ciasnoty w domkach i przejście ma już charakter prawie domowego podwórka. Po prawej zaś stronie tej wąskiej uliczki znajdują się małe domki zwrócone ścianami szczytowymi do drogi. Te domki nie są siheyuaniami. Można tam spotkać sprzęty wyraźnie przeznaczone do użytku domowego: wiszące na murach miotły, wystawione krzesła, stoliki, doniczki z kwiatami. Spoglądając przez otwarte drzwi, widziałem korytarz pod gołym niebem (jakby podwórze) z kilkoma prowizorycznymi zadaszeniami czy raczej okapami, zagracony innymi sprzętami domowymi i gospodarczymi.
   Natomiast siheyuan, do którego doszliśmy, czyli nasz hotel Ron Yar, był w zasadzie typowym i oczywiście dobrze utrzymanym. Wchodząc od południa, ściślej od wschodniej flanki muru południowego, trzeba było pokonać cztery stopnie, aby dojść do bramy zaopatrzonej w kołatkę i pomalowanej na ciemnoczerwony kolor. Funkcje :filarów przy drzwiach pełniły usadowione na dwóch niskich postumentach rzeźby bębnów, co oznaczało, że dom należał kiedyś do generała. Nad drzwiami cztery chińskie znaki literowe umieszczone na wystających, pomalowanych na ten sam czerwony kolor belkach, o podstawie sześciokąta. Niezależnie od tego nad drzwiami wisiała duża ozdobna tablica z dwoma znakami, zapewne z nazwą hotelu. W drzwiach wysoki próg o wysokości 20-25 cm, dość wąski, pomalowany na kolor żółty. Prawidłowo należało by powiedzieć, że to nie próg a wysoka przegroda, gdyż można było ją przekroczyć, ale była zbyt wąska, aby postawić na niej stopy. Naprzeciw wejścia w odległości do 3 metrów stała ściana, a na niej domurowana, doklejona kwadratowa ścianka dodatkowa z cegieł pod dekoracyjnym mini daszkiem, na której znajdowała się kwadratowa złota rama z płytek z jednym rozbudowanym znakiem pisma. Pod murem znajdowała się piękna waza z pejzażem górskim w kolorze akwamaryny, z wodą, w której pływały kwiaty. Aby pójść dalej, trzeba było skręcić pod kątem prostym, czego złe duchy czynić nie umieją, by znaleźć się na wąskim dziedzińcu pod gołym niebem. W długim budynku po lewej stronie podwórka, który zgodnie z klasycznym układem jest budynkiem południowym, znajdują się kolejno: recepcja, salka śniadaniowa i zaplecze kuchenne. Dziedziniec jest przegrodzony ścianą, w której znajduje się swobodne przejście w kształcie dzbana. Za nim część gospodarcza, gdyż dostrzegłem tam suszącą się bieliznę pościelową. Należało uznać tamtą przestrzeń jako kolejne podwórko.
   Aby zobaczyć całość i dotrzeć do wyznaczonych pokoi, trzeba było znowu z wąskiego dziedzińca pokonać cztery schodki, przekroczyć nową bramę z wysokim progiem – przegrodą i w ten sposób pokonać kolejny mur. Były dwie pary drzwi. Po przekroczeniu pierwszych, można było wędrować krużgankami pod dachem na lewo i prawo wokół bocznych budynków, które otaczały budynek główny. Z krużganków wchodziło się więc do poszczególnych budynków. Budynek główny, bardziej okazały, znajdował się natomiast na wprost bramy, w której się znaleźliśmy. Przed budynkiem głównym znajdował się jednak wyraźnie większy dziedziniec główny, bardziej kwadratowy, na który wkraczało się przez kolejne drzwi z przegrodą, schodząc następnie po kolejnych czterech stopniach, a co dopiero pokonaliśmy inne, wchodząc w górę. Inaczej mówiąc, dziedziniec wąski obok recepcji czyli budynku południowego i dziedziniec główny znajdowały się na tym samym poziomie. Budynek główny zaś znajdował się na podwyższeniu i wejście wymagało pokonania kolejnych schodów. Złe duchy miały bardzo utrudnioną drogę, aby wtargnąć, a przynajmniej, aby wtargnąć szybko. My również, przynajmniej na początku mieliśmy kłopoty z nieustannym pokonywaniem wysokich przegród – progów i schodów; sam kilka razy się potknąłem.
   Na dziedzińcu głównym, po obydwu stronach przejścia do budynku głównego postawiono dwa duże, typowe namioty, w których były fotele i stoliki. Było wiadome, że nie był to element wyposażenia czy architektury siheyuanu. Ale doceniliśmy je niezmiernie w czasie wspólnych spotkań, w czasie pogawędki wieczornej, kiedy wokół grzmiało i szumiała ulewa. Idąc krużgankami wzdłuż ścian domów bocznych i okrążając dom główny, dochodziło się do budynku dłuższego, dodatkowego, znajdującego się na końcu, stanowiącego równocześnie ścianę północną siheyuanu. Przed budynkiem ostatnim od północy, a za budynkiem głównym, znajdowało się kolejne tylne podwórko, tylko nieco mniejszych rozmiarów co dziedziniec główny. Idąc krużgankami, trzeba było znowu zejść po schodach, aby znaleźć się na tym dziedzińcu. Pokoje rozlokowane były w poszczególnych budynkach z wejściami z krużganka, z kolejną zaporą przy drzwiach do pokojów. Pokój, który dzieliłem z Andrzejem, znajdował się w budynku głównym, ale na jego na tyłach. Drzwi i okno wychodziły na małe podwórko, na północną stronę. Dojście do pokoju wymagało schodzenia z krużganka na podwórko tylne i wejścia do góry po schodkach. Dla niepełnosprawnych z całą pewnością ten hotel się nie nadawał. Również na pierwszym piętrze budynków bocznych i tylnego znajdowały się krużganki, a przy nich dwuosobowe pokoje. Przewaga pań spowodowała, że Elżbieta królowała w pokoju jednoosobowym. Pokoiki, a przynajmniej ten, który mieliśmy, były małe, ciasne, z łazienkami, ale z wystarczającym podstawowym wyposażeniem. Jeśli porównać usytuowanie poszczególnych budynków na planie, to w naszym hotelu – siheyuanie budynek północny, główny wcale nie zamykał obrębu siheyuanu, ale posadowiony został bliżej środka całej działki.
   Natomiast wszystkie obiekty siheyuanu były piękne: elementy drewniane, których było mnóstwo w jednolitym czerwonym kolorze, a pod dachami i daszkami malowidła z motywami kwiatowymi czy krajobrazowymi. Taki dom to i mała twierdza i labirynt zarazem. Labirynt dla złych duchów. Mam nadzieję, że dla czytelnika będzie do rozszyfrowania. Moja siostra Pela narysowała plan przykładowego siheyuanu.
   Wszyscy byliśmy oszołomieni tą hotelową bombonierką, zaskoczeni i pełni podziwu dla Piotra Stratega za taki wybór wśród tysięcy hoteli w Pekinie. Ale 90 km na północny zachód od Pekinu w pobliżu miasteczka Zhaitang znajduje się mała wioska Chuandixia (Pod Rzeką) na stromym zboczu. Są tam budowle tradycyjne z epoki dynastii Ming (od 1368 roku) i Qing (od 1644 r.). I tam w wiosce, w której mieszka co prawda już niewielu mieszkańców, są prawdziwe "skanseny" chińskich siheyuanów i innych form tradycyjnego budownictwa. Ze względu na historyczną zabudowę i urocze położenie, na zwiedzenie wioski trzeba poświęcić kilka godzin i można tam również zanocować. Hutongi znajdują się także w innych miejscowościach w Chinach. Kto nie był w Chuandixia, może razem ze mną pomarzyć.
[…]

Pałace Letnie: Yuanming Yuan i Yihe Yuan
   […] Weszliśmy Bramą Wschodnią na teren Pałacu Letniego. Miałem głębokie przekonanie, że jest to miejsce ulubione, niezwykle uczęszczane i związane z historią. Trzeba powiedzieć, że Pałac Letni tkwi bardzo mocno w pamięci ludzi jako park cesarski i jest także szczególnie związany z historią i rządami Cixi (1835-1908). Przebywała tu często i długo po zniszczeniu Pałacu Yuanming Yuan.

[image]


   Historia tego Pałacu i związku z Cixi to historia budowy i restauracji. Wcześniej był to już park cesarski, ale dopiero za czasów cesarza Qianlonga (1736-1796) z ostatniej, mandżurskiej dynastii Quing, został zbudowany w ostatecznym kształcie. Nic na świecie nie trwa wiecznie. Tak więc i ten Pałac został dwukrotnie zniszczony, najpierw przez wojska francuskie i angielskie w roku 1860, a więc w tym samym czasie co Yuanming Yuan, a później w czasie powstania bokserów w roku 1902. Został odbudowany głównie z inicjatywy cesarzowej Cixi. Na potrzeby budowy pałacu Książę Chun (Qun), brat jej zmarłego męża cesarza Xianfenga, sprzeniewierzył znaczną część funduszy przeznaczonych na stworzenie floty. Kaprysy i wola cesarzowej Cixi nie pozwoliły przerwać odbudowy, ani ze względu na wielką powódź w okolicach Pekinu, ani z powodu braku funduszy.
   Tereny Pałacu Letniego zajmują 290 ha. Większość pawilonów skupiona jest właśnie w pobliżu Bramy Wschodniej. Po raz pierwszy w trakcie naszej podróży spotkaliśmy się z niezwykłą poezją i wytwornością nazw. Tuż na wprost tej Bramy Wschodniej, na obszernym dziedzińcu, mieści się pawilon, Pałac Życzliwości i Długowieczności, z tronem Cixi. Przed tym pawilonem umieszczone są posągi z brązu. […] Z tyłu, na zachód od pawilonu pierwszego, już nad Jeziorem Kunming znajduje się Pawilon Nefrytowych Fal, gdzie cesarzowa w istocie więziła cesarza Guangxiu po podjętych próbach reformy państwa w 1898 r. Nieco dalej wzdłuż Jeziora, znajdowała się rezydencja samej cesarzowej Cixi, czyli Pawilon Radości i Długowieczności. Tuż obok znajduje się molo służące dla przejażdżek barkami i łodziami, kiedyś dla Cixi i jej gości, a obecnie dla turystów.
   Zanim wyruszyliśmy na spacer zauważyliśmy wśród dużej ilości turystów także osoby oddane zadziwiającym czynnościom: nauki pisania lub trudniące się kaligrafią. Nieliczna grupa osób pisała na kamiennych równych płytach chodników terenów spacerowych nad brzegiem jeziora. Uważna obserwacja pozwalała skonstatować, że kobiety i mężczyźni w wieku raczej zaawansowanym malują wodą chińskie znaki, chińskie litery. Na końcu długiej rurki metalowej, niby kija od miotły, zamocowana była butelka z wodą, zakończona potężnym pędzlem, ale takim jakiego używa się do pisma kaligraficznego, czyli zakończonego szpicem. Typowy pędzelek do kaligrafii w dużym powiększeniu. Idealny pędzel powinien być wykonany z wielu rodzajów sierści i mieć czubek okrągły, choć spiczasty i mocny. Tutaj woda moczyła pędzel i na jasnoszarych płytkach rodziły się bardzo wyraźne mokre i przez to czarne znaki chińskie, tzw. chengyu, czyli czteroznakowe wyrażenia zwane idiomami, suyu – powiedzenia i mądrości ludowe, yanyu – przysłowia, czy fragmenty poezji. Może ta kaligrafia ma jeszcze inne znaczenie i sens. Jedna z kobiet trzymała kartkę, z której bardzo starannie odpisywała znaki. Dość jowialny, życzliwy mężczyzna, piszący z pamięci, z którym łatwo nawiązałem kontakt, a potem także i inni nasi uczestnicy, prosił o napisanie własnego imienia, które potem przepisywał przy pomocy znaków chińskich. Ze zdziwieniem dostrzegłem, że moje imię napisane przeze mnie dużymi drukowanymi literami, oprócz przetworzenia na znaki chińskie, co wydawało mi się i oczywiste i zrozumiałe, przepisywał także przy pomocy liter łacińskich. W ten sposób w języku chińskim na trotuarze Pałacu Letniego, w pobliżu dawnej siedziby cesarzowej Cixi, utrwalone zostały jeszcze imiona Doroty, Eli i Piotra. Czy w ten sposób uwieczniliśmy się? Tak, na jakiś kwadrans, dopóki woda nie wyparowała pod wpływem ciepłego powietrza. Zjawiskiem tym byłem wręcz oczarowany, chociaż nie wszystko było dla mnie jasne. I odtąd litery chińskie, pisanie i kaligrafia zaczęły mnie interesować. W tamtym miejscu stwierdziłem m.in. że moje imię zapisane przez Tu Kaixi za chwilę zamieni się w chmurkę pary. Niezły przyczynek do refleksji nad własnym życiem, przemijaniem i skłonnością do gromadzenia dóbr. Na jak długo: jeszcze dzień, rok, lat dziesięć. Ale jak zrozumieć ich, Chińczyków codzienny wysiłek z rezultatami trwającymi minuty, podejmowany ciągle na nowo. Czy i tu jest ukryty jakiś klucz do zrozumienia wielu fenomenów tego narodu.
   Pozostawiliśmy naszego przyjaznego nauczyciela Tu Kaixi i wzorem innych, licznych turystów rozpoczęliśmy spacer tzw. Długą Galerią. To dekoracyjny pasaż długości 728 metrów na jednolitych filarach utrzymujących dach. Boki galerii mają delikatne niskie barierki. Na belkach, wspornikach podtrzymujących ozdobny dach, znajduje się 14 tys. pięknych malowideł, przedstawiających różne pejzaże, sielskie widoki. Idąc galerią można podziwiać krajobraz z jeziorem po lewej stronie lub piękny, zagospodarowany i pnący się w górę park po prawej stronie. W połowie drogi galerią, po prawej stronie widoczna jest brama i wejście na wzgórze, które i tak już wcześniej z oddali mamiło nas pięknym widokiem chińskiej architektury na stokach wzgórza. Pozostaliśmy na dole jako spacerowicze galerii i modele do pozowania do zdjęć z licznymi Chińczykami płci obojga. Szczególne powodzenie miały nasze blondynki: Joasia, Agnieszka, Dorota, Elżbieta i Ewa. Mężczyźni też byli pożądanym obiektem wspólnych zdjęć. Krótko mówiąc wszyscy. A mogliśmy przez Bramę Rozproszonych Chmur podążyć na wzgórze pod piękną nazwą Wzgórza Długowieczności. Droga nie byłaby łatwa. Brama Rozproszonych Chmur chroniona przez dwa lwy z brązu prowadziła do Pawilonu Rozproszonych Chmur. Wspinając się w górę można dojść do dominującej Pagody Kadzidła Buddy, a także do Świątyni Morza Mądrości i pawilonu z brązu. Na wszystko nie starcza czasu, niestety. Podobnie zabrakło godzin, aby z przystani wypłynąć na Jezioro Kunming, Jezioro Południowe, jezioro Zachodnie i popłynąć barką stylizowaną na cesarską, oglądając Pałac Letni, ale i dalsze obiekty historyczne w najbliższej okolicy z lustra jeziora w nieco większej perspektywie. Na planach Pałacu Letniego zaznaczonych jest mnóstwo dalszych obiektów, częściowo zresztą widocznych z mniejszej lub większej odległości, które samymi nazwami rozbudzają zmysły: Pawilon Drogocennych Chmur, Świątynia Smoczego Króla, Most Siedemnastu Łuków, Most Nefrytowego Pasa, Ogród Cnoty i Harmonii, Ogród Harmonii i Przyjemności. Obcując z tymi pięknymi nazwami, z drogocennymi i rozproszonymi chmurami jakiegoż doznajemy zdumienia widząc i wiedząc, że czegoś takiego w Pekinie, ale i w innych wielkich miastach Chin nie ma. Niebo w Pekinie jest zamknięte. Nie ma rozproszonych chmur, nie ma w ogóle chmur. W czasie naszego pobytu nie było chwili abyśmy zobaczyli niebo, zobaczyli chmury. Tylko gęsta prawie ołowiana zawiesina. I nie jest to nasz pech. Taka jest codzienność. Ponoć tylko niewiele dni w roku należą do tych, w których można zobaczyć niebo nad głowami, a i to już oznacza poprawę sytuacji. I cóż z tego, że w przewodniku zaznaczone są miejsca szczególnie widokowe.
   Nie poszliśmy przez Bramę Rozproszonych Chmur, nie doszliśmy do Pawilonu Drogocennych Chmur. Z braku czasu dotarliśmy jedynie Długą Galerią do końca, a przed nami ukazała się budowla, która wrzyna się w Jezioro. Zobaczyliśmy wtedy właśnie wspomnianą Marmurową Łódź, atrapę statku z kamienia, z nadbudową drewnianą, pomalowaną na biało w ten sposób, że rzeczywiście sprawia złudzenie marmuru. Obiekt piękny sam z siebie, zbudowany jako wynik zachcianek cesarzowej Cixi. Dzisiaj górna platforma tej łodzi służyć mogłaby jako wytworny taras widokowy czy luksusowa cukiernia.
   Czas naglił, a więc po aromatycznej kawie, wypitej niedaleko Marmurowej Łodzi poszliśmy fragmentem bardzo parkowej części, dochodząc do kanału rzeki, który prowadzi aż do tzw. Tylnego Stawu. Fragment ten jest malowniczy i uspokajający. Pałac Letni, zgodnie z założeniami, miał odzwierciedlać mikrokosmos: połączenia wzgórz i wody, współgrających z sobą. Już naturalną ich kontynuacją są mostki, wysepki, zróżnicowana zieleń i kwiaty oraz architektura: pawilony, świątynie, kapliczki, galerie, krużganki. To miejsce pozostało piękne. Według cesarzowej Cixi Yuanming Yuan był raczej cudem stworzonym przez człowieka, podczas gdy Pałac Letni już wtedy, kiedy funkcjonował pod nazwą Qingyi Yuan harmonizował z otaczającą przyrodą.
   Z Pałacem Letnim związana jest jeszcze historia z perłami. Wracaliśmy stamtąd ulicą Suzhou, którą ponoć cesarz Qianlong (1736-1795) z ostatniej dynastii Qing udawał się wraz ze swoimi konkubinami na zakupy. To chyba był jeden z większych szczęściarzy wśród cesarzy. O nim mówiło się, że wprowadził Chiny w kolejny złoty wiek. Nasz orszak w zamierzeniu Dawida – przewodnika chińskiego również zdążał na zakupy. Niedaleko, w pawilonie poświęconym komercji, energiczne osóbki, zwłaszcza panie, wzięły nas pod swoją opiekę i urządziły mały spektakl z perłami. Na zapleczu tak sławnego parku cesarskiego nie można handlować byle czym. I dlatego zaoferowano nam perły. Pokazówka była ambitna, przebojowa. Młoda kobieta z pomocnicą pokazała muszle, mówiąc: proszę zgadnąć ile pereł zobaczycie po ich rozwarciu. Było znacznie więcej niż kilkanaście; po prostu hurt; tak wysoko nikt nie obstawiał. Chińska skala. Główny pożytek z wizyty to zdobycie informacji na różne „perłowe” tematy. Jak odróżnić perły prawdziwe od fałszywych? Współczesne perły są pozyskiwane z hodowli w wodach słodkich i te właśnie są najtańsze. Kolor uzyskuje się przez dodanie pewnych minerałów do wody, w której hoduje się małże. Najdroższe są perły morskie, które pozyskiwane są w stanie naturalnym, a i tak ich cena zależy od „osobistej” urody. No i na końcu pokazu nasyciliśmy się widokiem tych najpiękniejszych. Coś tam pawilon zarobił w czasie naszego pobytu, ale zakupów na miarę cesarza Quianlonga nie było. A poza tym były dwa dość stateczne małżeństwa (oj czy się nie narażę?), w których żony były już ubogacone biżuterią, a nie było żadnej pary narzeczeńskiej.
   Demokratyczne, rzekłbym ludowe zakupy, odbyły się po wyjściu. Sprzedawczyni ze sklepikiem na ręku, stojąca u wyjścia zdołała nam sprzedać kilkanaście kompletów pałeczek do jedzenia oraz widokówek. Wnuk Krzysztof bardzo mnie pochwalił po powrocie, bo uzyskał biegłą umiejętność posługiwania się pałeczkami. Młodszy, Adaś, potraktował je jak pamiątkę.

Wielki Mur coraz mniejszy
   […] Wielki Mur istnieje przede wszystkim w postaci ruin i jest coraz mniejszy. Prasa chińska (dziennik Jinghua Shibao z 2015 r.) informuje, że przez złą konserwację , opady atmosferyczne i wiatry oraz działalność wandali i złodziei cegieł prawie 10% powierzchni budowli zniknęło z powierzchni ziemi. Według chińskiego Państwowego Biura ds. Dziedzictwa Kulturowego, nie istnieje już prawie 2 tys. km Wielkiego Muru, który liczył łącznie ponad 21 tys. km długości. Ponoć dawniej, dość często, okoliczne domy w biednych wioskach budowano z cegieł pozyskanych z murów lub raczej ich ruin. Złodzieje współcześni kradną cegły z muru, by sprzedać je jako antyki. Pożądane są szczególnie te z wykaligrafowanymi znakami. We wsiach w pobliżu muru można takie cegły kupić po 40-50 juanów za sztukę (25-30 zł).

[image]


   Niezręcznie się przyznać, że jednak zwiedzenie Wielkiego Muru, a przecież jednego z bardziej olśniewających fragmentów, nie aż tak bardzo mnie zachwyciło, jak sobie wyobrażałem. Zrozumiałem motywy podjęcia tak gigantycznego wysiłku, w celu odgrodzenia się od wrogów. Doceniłem, że został zbudowany na długości tysięcy kilometrów, niezależnie od ogromnych odległości od miejsc zamieszkałych, zróżnicowania terenu, braku odpowiednich materiałów. Doceniłem umiejętności zastosowania różnych rozwiązań, zorganizowanie na ogromną skalę produkcji materiałów budowlanych w miejscach odległych od osiedli ludzkich i braku surowców budowlanych, dostosowanie się do warunków miejscowych, np. budowanie na grzbietach gór.
   Mutianyu było z pewnością jednym z najbardziej malowniczych miejsc Wielkiego Muru. Z miejsca, na które się wyjeżdża kolejką linową, rzeczywiście mur wije się grzbietem górskim w jedną i drugą stronę. Byłem oszołomiony tym gigantycznym, szerokim i wysokim murem obronnym, obcym ludzkim tworem, który tu się wdarł i ciągnął kilometrami po grzbietach gór, w dziewiczym i odosobnionym rejonie. Widok był rozległy wzbudzający podziw. Byłby jeszcze piękniejszy i bardziej rozległy gdyby była słoneczna pogoda. Gdy wyobraźnia podpowiadała, że tak wyglądają, a raczej wyglądały może setki kilometrów, a tysiące kilometrów w innych krajobrazach, to istotnie nie można nie wyjść z podziwu nad mistrzostwem chińskich budowniczych.
   Najbardziej dramatycznym zjawiskiem towarzyszącym historii Wielkiego Muru było zmuszenie milionów osób do budowy. Jeśli się uzmysłowi fakt zorganizowania obozów, placów budowy, swoistych miejsc zsyłki, w których zginęły setki tysięcy czy miliony ludzi, że ludzie zmuszeni do budowy muru już nie wracali żywi do swoich domów, to całe uznanie się ulatnia. To samo towarzyszyło budowie Wielkiego Kanału o długości 1900 km z Pekinu do Hangzhou, choć użyteczność tego przedsięwzięcia była ogromna. Komentarze innych uczestników na temat Wielkiego Muru były schematyczne.
   Na koniec jeszcze jedna refleksja. W dowolnych miejscach w Pekinie nie dojrzałem nieba, nie dojrzałem i chmur, które niebu dodają uroków; jedna szara powłoka, zawiesina. […] Myślałem więc sobie, że 90 km od Pekinu dojrzę niebo lub niebo z chmurami. Tymczasem sytuacja była identyczna jak w Pekinie. Nie byliśmy bowiem w okresie Olimpiady, kiedy to walczono z chmurami. Jak pisze Adrian Geiges w swojej książce w rozdziale „W Pekinie robi się pogodę” (2009), w mieście zatrudniało się 1500 specjalistów meteorologii i współpracowało z nimi 37 tys. ludzi, głównie chłopów wyposażonych w 7113 sztuk broni przeciwlotniczej i 4991 wyrzutni rakietowych. A z pogodą walki trwają już od 1958 r., tyle że często chodziło raczej o wywołanie deszczów, aby powstrzymać lub ograniczyć coroczną wędrówkę piasków każdej wiosny z pustyni Gobi (z odległości 150 km od Pekinu). Przykładowo „dostawa z Gobi” do Pekinu wyniosła wiosną 2006 r. 300 tys. ton piasku). Na domiar złego pustynia zbliża się do Pekinu co roku o 2 km. Czy będzie możliwe zbudowanie nowego, lecz zupełnie innego „muru chińskiego”, muru przeciwpiaskowego?

■ Henryk Goik – fragmenty wykładu; tekst pochodzi z książki: Henryk Goik „Chińskie przystanki” (Bernardinum 2015)

(c) 2006-2016 http://www.dlp90.pl