Wietnamskie i tajwańskie przystanki

Poniższy tekst stanowi uzupełnienie wykładu pt. „Chińskie przystanki” wygłoszonego przeze mnie 18 maja 2017 r. w Duszpasterstwie Ludzi Pracy ’90 w Legnicy. Składa się on z dwóch części, w których przedstawiam to co powiedziałem wtedy na temat Wietnamu i Tajwanu i to czego – ze względów czasowych – nie zdążyłem wówczas na ten temat powiedzieć. Teksty te – „Wietnamska przystań” i „Tajwan – przystanek z bliska i z daleka” – napisałem po wygłoszeniu wspomnianego wykładu. Nie były one dotąd nigdzie publikowane.

Wietnamska przystań
   W czasie podróży do Chin zabrakło mi bardzo – choć wiedziałem, że na to mogłem liczyć tylko w wyniku niezwykłego przypadku – spotkań z chrześcijanami. Nawet zobaczenie kościoła chrześcijańskiego na trasie naszego zwiedzania było czymś niezwykłym. Taki kościół zobaczyłem dwukrotnie z niewielkiej odległości i kilka razy z okna pociągu lub autokaru.
   Ukrywanie świątyń w zabudowie miejskiej pogłębia się ze względu na przymusowy demontaż krzyży na świątyniach. Tak naprawdę od końca 2013 roku rozpoczęła się kampania skierowana przeciwko symbolom chrześcijańskim. Usuwano przede wszystkim krzyże z budynków kościołów. Szczególnym regionem takich dewastacji świątyń stała się prowincja Zhejiang (prowincja wschodnich Chin). Z notatek prasowych (np. z 24 czerwca 2015 r.) wynikało, że w prowincji Zhejiang od 1 stycznia 2014 r. zdemontowano symbole i uszkodzono w ten sposób 425 świątyń. Z kolei w notatce z 24 kwietnia 2016 r. przeczytałem, że usunięto lub zniszczono 2000 krzyży. Akcja ta dotarła nawet do Specjalnego Regionu Administracyjnego (dawna kolonia brytyjska) i w związku z tym w Hongkongu 24 kwietnia 2016 r. chrześcijanie wraz z kardynałem Josephem Zenem protestowali przeciwko tym działaniom. Krajobraz, z odartymi z symboli chrześcijańskich krzyży świątyń, będzie dramatycznie smutny, a dla chrześcijan będzie zranionym krajobrazem rozdzierającym serce. Mój własny niedosyt wyraziłem w książce „Chińskie przystanki” wydanej w 2015 roku.
   Ten stan nastroju rzeczy łagodziłem i leczyłem na dwa sposoby. Jednym z nich była lektura książek o tematyce chińskiej. Wśród różnych pozycji weszła w moje posiadanie książka pt. „Bóg jest czerwony. Opowieść o tym jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach”. Autor Liao Yiwu prowadził mnie w trakcie wywiadów przede wszystkim po mojej, jakoś wymarzonej części Chin, czyli po prowincji Yunnan. Czytając 18 zamieszczonych tam opowiadań-wywiadów „wędrowałem” razem z autorem i przewodnikiem po bezdrożach oraz górskich wioskach i miastach, spotykając się z mieszkańcami, chrześcijanami, którzy opowiadają o swoim życiu, przede wszystkim religijnym, o bliskich, o misjonarzach, o doświadczeniach duchowych, o prześladowaniach chrześcijan (zwłaszcza pod rządami komunistów do śmierci Mao Zedonga), o sytuacji chrześcijan w nieodległej przeszłości i aktualnie tj. w okresie sporządzania tych wywiadów (ostatnie wywiady dotyczą 2010 r.). Życie ponad 100 milionów chińskich chrześcijan (według informacji prasowych z 2015 r.) nacechowane jest wiarą , optymizmem i odwagą.
   Drugim sposobem uleczenia tego niedosytu z wizyty w Chinach było wspomnienie innej wyprawy do sąsiedniego Wietnamu w 2008 r. To wspomnienie dotyczyć będzie tylko jednej wietnamskiej prowincji – Ninh Binh w północnej części Środkowego Wietnamu, rozpoczynającej się ok. 90 km od Hanoi. Prowincja ma charakter geograficznie zróżnicowany, od gór po tereny płaskie, tereny pól ryżowych. Co najbardziej zajmujące było dla mnie? Na terenie tej prowincji oprócz niezwykłych – podobnie jak w Halong Bay – krajobrazów krasowych gór, jaskiń, grot (chociażby w rejonie słynnej i znanej turystom miejscowości Tam Coc, tzn. Trzy Jaskinie) oraz ciekawych zabytków architektury, np. zbudowanych w XVII w. świątyń „Dinh” i „Le” (na cześć dawnej dynastii Dinhów, z której pierwszy król w XI w. przeniósł siedzibę do Hoa Lu, jednej z miejscowości tej prowincji) jest jeszcze coś niezwykle ważnego.
   W Wietnamie, mimo różnych okresów nawet bardzo okrutnych prześladowań religijnych katolików, a obecnie przede wszystkich różnych utrudnień administracyjnych lub szykan, jest region szczególny i to w dawnym Wietnamie Północnym, czyli na północ od 17 równoleżnika szerokości geograficznej północnej (ustalenia Konferencji Genewskiej z 1954 roku). Jest to właśnie prowincja Ninh Binh , którą odwiedziłem dwukrotnie, oprócz kilku innych regionów głównie turystycznych, w roku 2008. Odwiedziłem ją w dwóch różnych porach, co w Wietnamie ma ogromne znaczenie, tj. w marcu i sierpniu. Po zwiedzeniu niezwykłych zjawisk krasowych zatoki Halong Bay na północy zawędrowałem więc do Ninh Binh. Krajobraz prowincji Ninh Binh, gdzie byłem nasycony jest kościołami katolickimi. Dla mnie był to krajobraz niesamowity i prawie niewiarygodny: daleki, egzotyczny pod wieloma względami, z pejzażami unikalnymi i nie do zobaczenia w Polsce, a równocześnie taki swojski, taki domowy i bezpieczny. W różnych miejscowościach tej prowincji co rusz, w czasie przejazdów małym autobusem czy samochodem, pojawiały się przy drogach lub na horyzoncie bryły kościołów – z wieżami naprawdę podobnymi do naszych, a bardziej jeszcze do francuskich kościołów. Było tak w zasobnych wsiach, miasteczkach i miastach. Niektóre usytuowane na płaskich terenach, inne prawie przytulone do gór. To prawda, że i na innych terenach Wietnamu, przynajmniej części północnej i środkowej, które zwiedzałem zauważałem dość często kościoły, ale takiego nasycenia się nie spodziewałem .
   Jedna dość krótka podróż okazała się nadzwyczajna. Na wyraźnie życzenie powtórzyłem ją po raz drugi, a więc najpierw w nieciekawym miesiącu marcu, a potem w czasie pięknej letniej pogody w sierpniu. Jechaliśmy wtedy z miejscowości Tam Coc drogą chyba trzeciorzędną, z dość wąską częścią wyasfaltowaną pośrodku drogi. Prawie natychmiast po wyjeździe z Tam Coc skończyły się tereny górzyste i zjawiska krasowe. Teren stał się nizinny, płaski. Ruch – poza rowerami, motorami jednośladowymi i wozami rolniczymi – prawie nie istniał. Znaleźliśmy się wśród pól ryżowych z obydwu stron. Tuż przy drodze towarzyszyła nam po prawej stronie rzeka lub raczej kanał Song Vac. Na dość długim odcinku, kilku może nawet kilkunastu kilometrów teren wzdłuż drogi był bez budynków mieszkalnych, tylko pola ryżowe. Napotkaliśmy tylko jeden budynek mieszkalny z pomieszczeniami gospodarczymi wokół domu i zwierzętami domowymi w pobliżu (kaczki pływające po kanale, pasące się krowy przy drodze). Na horyzoncie z prawej strony w odległości może do dwóch kilometrów widać było równoległą drogę główną, ze zwartą zabudową domów mieszkalnych. Wzdłuż tamtej drogi pojawiał się co rusz kolejny murowany kościół z wieżą górującą wyraźnie, tak jak u nas, nad pozostałymi budynkami. Z mapy zaś jedynie wynikało, że także i z lewej strony – równolegle do naszej drogi – ciągnęła się w oddali inna główna droga. Była znacznie dalej i dla nas prawie niewidoczna w ten wilgotny dzień w trakcie pierwszej marcowej wyprawy.
   Kiedy zbliżyliśmy się do miejscowości (miasta) Phat Diem jechaliśmy ciągle tą samą drogą i ciągle wzdłuż rzeki – kanału, ale wokoło pojawiły się budynki. Bardzo szybko było już ich pełno – o różnej, ale niskiej zabudowie i już nie tylko przy drodze. Droga nabrała wyraźnie charakteru miejskiej ulicy z chodnikami na poboczach. Po lewej stronie pojawił się kościół katolicki, stylowy, solidny, na wzór zachodni z początku XX w. Wokół kościoła, na placu z lewej strony i z tyłu były zabudowania, a na obszernym placu dużo dzieci , które po naszym zatrzymaniu otoczyły nas i z ciekawością towarzyszyły. Bez nagabywania i żebrania, ale z radością przyjęły nasze cukierki, lizaki itp. Przestrzeń przykościelną traktowały jako własną, bezpieczną i stwarzającą możliwości zabawy. Kościół zwiedzaliśmy dość starannie i rozmawialiśmy z proboszczem w czasie tej pierwszej marcowej podróży.
   Na ścianie wejściowej do kościoła była duża tablica kamienna z opisem: parafia Ton Dao w diecezji Phat Diem, Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia, założenie – rok 1842, rozpoczęcie budowy kościoła – 1922, ukończenie i poświęcenie kościoła – 1936, odnowienie kościoła – 1992, nadanie wezwania – 1996. Były też informacje szczegółowe o samym budynku kościoła: długość – 60 m, szerokość – 20 m, wysokość – 16 m, wieża – 33 m. W środku świątyni, na prawej ścianie zawieszony był wizerunek papieża Benedykta XVI; to był okres Jego pontyfikatu. Budynek obok, po lewej stronie kościoła, bardzo solidny, wyglądający wręcz zasobnie. Kiedyś na pewno pełnił funkcje dydaktyczne i zapewne nadal jest szkołą. Z tyłu kościoła grota Matki Boskiej z Lourdes. Zacząłem zauważać, że kult ku czci Matki Boskiej jest rozpowszechniony tak jak w Polsce.
   Po drugiej stronie ulicy, za kanałem naprzeciw kościoła, znajdował się duży cmentarz katolicki, dobrze przestrzennie podzielony, z dość dużą ilością wolnej niezajętej przestrzeni. Groby były szerokie, dla całej rodziny – w rzędzie, jeden obok drugiego, z pozostawieniem dalszych miejsc na pochówek. Sprawiało to wrażenie jakby samodzielnego, rodzinnego cmentarzyka na wspólnym wyznaniowym cmentarzu. Inaczej mówiąc rodziny rezerwowały niemałą część terenu cmentarza. Widok i stan nagrobków i pomników wskazywał, że jest to raczej cmentarz nowy. Cmentarz ten różnił się od innych miejsc pochówku Wietnamczyków. Widzi się bowiem często skupiska (grupki) grobów na własnej ziemi, na własnym polu, i to niekiedy nawet dość odlegle od zabudowań domowych; to małe prywatne cmentarzyki rodzinne. A co przy sprzedaży ziemi komuś obcemu? – pomyślałem. Chyba się po prostu nie sprzedaje. Jeśli tak, to piękny rys szacunku i miłości do ziemi rodzinnej, połączonej z miłością do pamięci przodków. Podobne cmentarzyki rodzinne widziałem na terenach rolniczych w Kenii, ale tuż obok własnego domu. Powracając jednak do Wietnamu, idea w chowaniu zmarłych wydała mi się ta sama niezależnie od formy. Jest nią silna więź rodzinna żywych ze zmarłymi, wręcz ich kult. A więc niezależnie od tego, czy to cmentarzyk całkowicie samodzielny blisko domu, na własnym polu, czy cmentarzyk jakby samodzielny na wspólnym cmentarzu. Wszystkie tę więź podkreślają, choć w różnym stopniu. Cześć i miłość do zmarłych okazuje się na wiele sposobów, a już i później poprzez wyraźnie wydzielone miejsca, quasi ołtarzyki w mieszkaniu z drobnymi pamiątkami po przodkach. Obecnie są to przede wszystkim zdjęcia, także drobne przedmioty, pamiątki, świecące lampki, świeczniki; nawet precjoza, należące do zmarłego. Zasobniejsi Wietnamczycy poświęcają na takie miejsce odrębną izbę.
   Dnia 25 sierpnia 2008 r. w czasie wyprawy w porze ciepłego lata, w dobrej porze dla tej części Wietnamu, przy tej samej drodze, właśnie na wysokości tego kościoła i cmentarza, w tej rzece – kanale zanurzeni po szyję mieszkańcy trudzili się wyławianiem żywności z dna i mułu rzeki. Brodzili tak bardzo zanurzeni, że z wody wystawała jedynie głowa, a z reguły widoczny był jedynie wietnamski kapelusz na głowie. Tak kucając, zanurzeni potrafili sięgnąć rękami aż do dna kanału, łowiąc rękami różne krewetki czy ślimaki i wrzucać je do pływających naczyń podtrzymywanych doczepionymi kawałkami styropianu lub czymkolwiek unoszącym naczynie swobodnie na wodzie. Nieco dalej, w płytkiej wodzie kanału, leżał i chłodził się bawół nie mający o tej porze roku niczego do roboty. Bawoły to wielkie i mocne zwierzęta domowe acz lenie; ich czas ciężkiej pracy jest bardzo krótki (przygotowanie pól do sadzenia rozsady ryżowej), a potem tygodniami, miesiącami żrą i leżą w ciepłej wodzie lub nurzają się w błocie. Stąd chyba powiedzenie o leniu, że się byczy, a byczenie się jest synonimem lenistwa. Był kiedyś taki czas w Phat Diem, że się bardzo napracowały, ale o tym później.

[image]

   Niewiele dalej w kierunku centrum mieszkańcy zbierali zieloną masę, czyli rośliny z zarastających części kanału, jako paszę dla świń i bydła. Zarośnięty kanał był równie ważnym miejscem penetracji dla tych którzy zbierali ślimaki i małże. Tam też na brzegu kanału rybak sprzedawał maleńkie kilkucentymetrowe rybki (jak on je złowił?), które żyły w kanale wśród masy zielonej roślinności dość jednorodnego charakteru. Przypomniała mi się niezwykła historia kiedy to otrzymałem 4 czy 5 takich rybek (rybeniek) na kolację w miejscu kompletnie odludnym w prowincji Xieng Houan (niedaleko Phonsavanh) w Laosie. Ale to inna historia. Jeszcze dalej natknęliśmy się na kolejny kościół. Na odcinku dalszych 4-6 km wzdłuż tylko tej drogi – ulicy spotkaliśmy jeszcze cztery, piękne, a zarazem różniące się stylem (architekturą) kościoły oraz jeden kompleks budowli religijnych (kościół, kaplice i inne budynki z boku lub za dużym kościołem). W tym ostatnim przypadku, tuż przy drodze, na usypanej i obmurowanej sztucznej wysepce, zbudowanej na stawie – sadzawce, postawiono tonący wśród krzewów kamienny, rozbudowany pomnik. Na pomnik składały się cztery niewysokie, prostokątne wieżyczki z niewielką podobną budowlą w środku, z której wyrastał duży krzyż. Z całą pewnością cały ten zespół architektoniczny to klasztor, oratorium lub dawny instytut dla młodzieży św. Jana Bosko. Wskazuje na to pomnik – figura św. Jana Bosko w otoczeniu dzieci tuż przy parkanie. Czy ten kompleks nadal pełni te funkcje lub czy został zwrócony kościołowi w całości nie wiem.
   Celem naszej podróży i nagrodą główną był widok katedry Path Diem, w miejscowości o tej samej nazwie oddalonej od Hanoi 130 km w kierunku południowym. O katedrze tej piszą zresztą wszystkie przewodniki podkreślając niezwykłą symbiozę sakralnego budownictwa wschodniego, konkretniej buddyjskiego, orientalnego, z zachodnim – europejskim. Jest to jedno z arcydzieł architektury Wietnamu i Azji Dalekiego Wschodu. Katedra pokazana została także w słynnym filmie „Indochiny”. Ale w miejscowości Phat Diem byliśmy już poczynając od pierwszego kościoła przy tej drodze.
   Nim dojechaliśmy do katedry podziwialiśmy ruchliwy fragment głównej ulicy tego, chyba niewielkiego choć ludnego (tak mi się wydawało) miasta . Młodzież na rowerach, parami lub trójkami lub całą grupką w dwóch, trzech rzędach, wracała ze szkoły lub poruszała się z innych powodów po ulicy. W pewnym momencie z drugiej strony ulicy pojawił się inny znacznie większy, szerszy kanał oraz port sprawiający wrażenie zabytku, chociaż wciąż funkcjonującego. Jeden zaś z piękniejszych widoków to rozgadane i niezbyt uważne grupki młodzieży jadące swobodnie i powoli ulicą w jedną i w drugą stronę. Należy koniecznie popatrzeć na plecy jadących na rowerach dziewcząt, na ich długie dziewczęce czarne ogony włosów, tak charakterystyczne dla wszystkich wiosek i miast całego Wietnamu. Niektóre włosy luźno rozpuszczone sięgają tak nisko ziemi, iż dziw wielki, że w skrajnych przypadkach np. niższego roweru nie wkręcą się w szprychy koła .
   Katedra jest podziwiana szeroko także poza granicami Wietnamu. Całość architektoniczna Katedry z obiektami dodatkowymi (dzwonnica, kaplice, groty, samodzielne figury) wraz z dziedzińcami, drogą procesyjną i inną przestrzenią to łącznie 117 m szerokości i 243 m długości. Zespół został zaklasyfikowany jako pomnik kulturalny i historyczny przez Ministerstwo Kultury Wietnamu 18 stycznia 1988 r.
   Niezwykły, a nawet cudowny jest cały zbieg okoliczności związanych z historią tego kompleksu. Katedra usytuowana jest w dystrykcie (powiecie) Kim Son w prowincji Ninh Binh. Otóż na początku XIX w. teren obecnego Pat Diem był jeszcze miejscem niezdrowych bagien, gdzie rosły jedynie trzciny i chwasty. Do roku 1829 był kompletnie niezamieszkały. Były to tereny stworzone z tego co naniosły wody rzeczne. W 1828 r. mandaryn Nguyen Cong Tru utalentowany zarządca (administrator), ale równocześnie znany poeta został wysłany na północ Wietnamu przez Dwór cesarski w Hue, jako legat specjalny do spraw rolnych z misją zagospodarowania nowych terenów. Mandaryn założył wtedy dwa dystrykty, dzisiaj bardzo zaludnione i bogate, które okazały się godne symbolicznych nazw jakie im nadano: dystrykt Kim Son czyli Góra Złota i dystrykt Tien Hai czyli Morze Srebra.

[image]


   Początki ewangelizacji tych okolic są zaś znacznie starsze niż przybycie mandaryna. Wzmianki znajdujemy w „Historii Królestwa Tonkin” [Histoire du Rouaume du Tonkin] napisanej przez niezwykle zasłużonego misjonarza jezuitę o. Aleksandra Rhode (1591–1660) i opublikowanej w Lyonie (Francja) w 1651 r. Otóż 19 marca 1627 r. wylądował on w porcie Cua Bang, podczas podróży do stolicy Tonkinu Thang Long, czyli dzisiejszego Hanoi. Wietnam był wtedy podzielony na dwa cesarstwa: Tonkin (północ) i Kochinchina (południe). Połączenie nastąpiło dopiero w 1802 r, a cesarzem został Nguyen Anh (ostatnia dynastia cesarska w Wietnamie, sprawująca władzę do połowy dwudziestego wieku). O. Rhode zatrzymał się, aby głosić Dobrą Nowinę w Van Nho, obok portu Than Phu (obecnie to parafia Hao Nho w diecezji Phat Diem). Kolejni misjonarze przybyli w 1533 r. Działalność misyjna nie spotykała się w żadnej mierze z przychylnością ze strony władz i byli oni wydalani, wyrzucani. Do czasu wyrzucenia z Wietnamu ojca Rhode wraz z innymi misjonarzami, pozyskał on tysiące wyznawców, nowych katolików. Po jego śmierci największe sukcesy w misyjnej działalności osiągnął o. Pierre Pigenau de Behaine (1741–1799). O tym z kolei okresie jest też powieść pt. „Le Colonial”, uwzględniająca fakty historyczne, napisana przez Kien Nguyena. Została przetłumaczona z języka angielskiego i wydana w Polsce pod tytułem „Misjonarz” (tłum. Maria i Cezary Frąc ) w 2007 r.
   Powracając do głównego tematu, ale i streszczając historię można stwierdzić, że okolica, w której znajduje się i dzisiejszy Path Diem była jednym z pierwszych terytoriów Wietnamu Północnego (wówczas jeszcze Tonkinu), gdzie zostały posiane i zapuściły korzenie pierwsze ziarna Ewangelii.
   Czas płynął – z ciągłymi sukcesami w ewangelizacji, mimo nawracających prześladowań, męczeńskich śmierci misjonarzy i oczywiście nie tylko ich. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie w Wietnamie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy prawdopodobnie do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i 10 Francuzów, w tym 8 biskupów i 50 kapłanów. Prześladowania trwały oczywiście dalej, a także kolejni kapłani i inni wierzący ponosili śmierć.
   Mimo prześladowań, po 250 latach od tego pierwszego zasiewu Słowa Bożego, pod koniec XIX w. w samym dystrykcie Kim Son żyło 50 tysięcy chrześcijan-katolików. W 1865 r. proboszczem parafii Path Diem mianowany został opat ks. Pierre Tran Luc (ur. w 1825 r.), którego prawdziwe nazwisko brzmiało Tran Triem, a powszechnie nazywany był Ojcem Sześć. Jego niezwykły życiorys prezentuje go jako człowieka niezwykłej inteligencji, który przez pewien czas był profesorem w seminarium duchownym. Przerwał wdrażanie się w arkana języka chińskiego i łacińskiego. Był księdzem w kilku parafiach zanim w 1865 r. został proboszczem w parafii Phat Diem i pozostał tam aż do swojej śmierci 6 lipca 1899 r. Dodajmy, że przybył również w czasach prześladowań. Tuż przy grocie Matki Boskiej z Lourdes, pod dzisiaj już bardzo starym drzewem pochowano jego poprzedników, proboszczów tej parafii, którzy zostali zamęczeni. Ich nazwiska wyryte są na tablicy grobowca: ks. Thomas Ky – stracił życie w 1861 r., ks. Pierre Dunk (1863) i chrześcijanin świecki Jean Ngan (1861). Takie były czasy kiedy uczył się, studiował, a potem nauczał i kierował parafią ks. Ojciec Sześć. W całym swoim kapłańskim życiu kierował się troską aby zapewnić swoim parafianom rozwój społeczny, edukację oraz ochronę i rozwój ich życia duchowego. Do dzisiaj niektórzy starzy parafianie znają jeszcze na pamięć „Poematy i Pieśni Ojca Sześć”. W czasach prześladowania był w więzieniu, gdzie poddany został cierpieniom i torturom. Tytuł Ojca Sześć uzyskał wtedy kiedy był więziony jeszcze jako diakon, a był to szósty stopień do święceń kapłańskich (szóste święcenie). Zapoznałem się także z innym wyjaśnieniem: takie określenie zdobył dlatego, że w więzieniu przebywał w celi nr 6. W więzieniu ślubował Matce Bożej , do której żarliwie się modlił z prośbą o wytrwałość, że jeśli wyjdzie żywy zbuduje na cześć Maryi kościół w swojej parafii. Dlatego Katedra jest pod wezwaniem Matki Boskiej Różańcowej. Po uwolnieniu z więzienia przystąpił do realizacji ślubowania. Było to ogromne przedsięwzięcie, które świadczyło o heroiczności Księdza Sześć oraz parafian świeckich. Zostało zrealizowane w ciągu 24 lat (1875-1899). Jego pogrzeb zgromadził 40 tysięcy wiernych.
   Aby uzyskać jako takie pojęcie o skali zadania należy jednak podać nieco szczegółów. Całość architektoniczna obejmuje, poczynając od ulicy i zarazem od strony południa, różne budynki i inne przestrzenie. Na pierwszym planie znajduje się duży staw (sadzawka) – prostokątny, zajmujący powierzchnię 1 ha z kwadratową wyspą na środku, na której wznosi się wysoka na 3 m statua – figura Chrystusa Króla, wykonana z betonu w 1925 r. Staw natomiast został wykopany za czasów Ojca Sześć, na początku budowy całości, jeszcze przed rozpoczęciem budowy katedry. Staw był przedsięwzięciem budowlanym niezwykle przemyślanym. Ziemia pochodząca z wykopów pozwoliła podnieść teren i stworzyć platformę, na której zbudowana została katedra. Różnica poziomów stwarzała pejzaż nastrojowy, wręcz poetycki, albowiem na pierwszym planie pojawiła się woda i kolejno niezwykłe budowle na przestrzeni widocznej, dodatkowo podniesionej na planie drugim i wreszcie coś w rodzaju pagórków na tle nieba z tyłu. Tymi pagórkami („górami”) są trzy groty z tyłu kompleksu, na północy tego terenu (grota betlejemska, kalwaria i grota Matki Bożej z Lourdes – przy której pochowani są także wspomniani trzej męczennicy). Warto przy okazji zauważyć , że figurę Matki Boskiej do tej groty dostarczył w 1925 r. misjonarz z Yunnan (a więc z tej prowincji Chin , która mnie tak zainteresowała). I dopiero wtedy została poświęcona jako grota M.B. z Lourdes. Dotąd funkcjonowała pod nazwą Ogrodu Gethsemani. Od tej chwili wierni z Phat Diem przyjęli zwyczaj przychodzenia tam we wszystkie soboty po modlitwie wieczornej, aby modlić się i śpiewać kantyki (pieśni nabożne) do Matki Boskiej.
   Staw pełnił także funkcje praktyczne. W porach deszczowych wierni, którzy przychodzili błotnistymi drogami i ścieżkami, mogli usiąść na murkach otaczających staw z trzech stron, aby umyć nogi i przypomnieć sobie, że przed wejściem do sanktuarium w celu oddania czci Bogu należy się zatroszczyć o czystość swego ciała, ale zwłaszcza oczyścić swoją duszę.
   Za wyspą i stawem jest rozległy plac, na którym po dwóch stronach znajdują się dwie duże figury apostołów Piotra i Pawła – patronów diecezji, a plac zamyka stojąca na środku placu budowla stanowiąca dzwonnicę i pełniąca zarazem na pierwszym poziomie funkcje wspólnotowe i komunalne, na wzór budowanych w Wietnamie domów gminnych. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że to takie otwarte na przestrzał salki parafialne lub wygodne szerokie podcienia. Równocześnie dzwonnica jest tak zbudowana i zlokalizowana, aby być nieodłączną częścią samej katedry, mimo istniejącego oddzielenia dziedzińcem z grobowcem Ojca Sześć przed katedrą.
   Dzwonnica to według znawców najwspanialsze osiągnięcie tej całości architektonicznej i zarazem ostatnia realizacja Ojca Sześć ukończona w 1899 r. – roku jego śmierci. Sprawia również ogromne wrażenie swoją wielkością i solidnością . Piękna jest fasada z rzeźbieniami, inskrypcjami, płaskorzeźbami. Napisów czy fragmentów modlitw nie brak na tym terenie nie tylko na fasadach; są one zapisane znakami chińskimi lub literami łacińskimi. Myślę, że fakt iż Ojciec Sześć był poetą miał też istotne znaczenie dla ilości tekstów, oznaczeń czy innych pisanych symboli. Dzwonnica jest zbudowana na planie prostokąta o wymiarach 24 na 17 m. Jej wysokość w całości wynosi 25 metrów. Posiada trzy poziomy. Na pierwszym poziomie są wspomniane trzy przegrody (salki parafialne) wyposażone w ławy kamienne. Na drugi poziom (piętro) wchodzi się wąskimi kamiennymi schodami. Tam na posadzce nad pierwszym poziomem zbudowany jest – można tak powiedzieć – kolejny mniejszy budynek centralny, ale zarazem jakby obszerna dwupiętowa wieża. Tam, w tym budynku – wieży (na drugim poziomie dzwonnicy) zawieszony jest duży wschodni bęben, tam-tam, charakterystyczny dla świątyń buddyjskich, a na najwyższym trzecim poziomie zawieszony jest duży dzwon . W niedziele i wielkie święta koncertują razem. Dzwon bije również każdego dnia rano i wieczorem, a jego echo roznosi się na odległość 10 km dookoła. Z wieży dzwonnicy, z poziomu na którym znajduje się dzwon, a więc z poziomu ok. 22 m widać 20 kościołów w okolicy, a przy dobrej pogodzie, kiedy powietrze jest czyste, można zobaczyć falę przybojową (przypływową) morza na południu oraz sylwetki gór na zachodzie. Na czterech rogach poziomu drugiego, tego z bębnem, wznoszą się oprócz budynku wieży centralnej cztery budyneczki z dachami podkręconymi, podtrzymujące figury czterech ewangelistów w postawie siedzącej. Patrząc jednak na dzwonnicę z pewnej choćby niewielkiej perspektywy zauważa się, że poziom pierwszy, mocny solidny i piękny swoją fasadą, stanowi pewną regularną bryłę, na której płaskim dachu, niczym na fundamencie, zbudowano jedną dużą dwupoziomową wieżę w środku. Na poziomie pierwszym tej wieży (poziom drugi całej dzwonnicy) zawieszono tam- tam, a na poziomie drugim wieży, do którego wchodzi się też po schodach, zawisł dzwon. Można więc powiedzieć podsumowując, że widzimy tam cztery małe wieżyczki z podwójnymi dachami, jeden nad drugim w ten sposób, jakby tworzyło się między nimi pięterko dla ewangelistów głoszących z dachu ewangelię na cztery strony świata i wieżę znacznie wyższą, o większych gabarytach, ale powtarzającą to rozwiązanie, czyli dwa dachy jeden nad drugim, z poziomem dość obszernym – pomieszczeniem także dla zwiedzających, na zawieszenie dzwonu pomiędzy nimi. Nad dachem tej wieży wznosi się krzyż. Fasada kolejnej budowli – Katedry też posiada na szczycie daszki nad małymi wieżyczkami. Wszystkie dachy są podkręcone, co daje fenomenalny efekt widokowy. Z powieści „Misjonarz” dowiedziałem się, że pierwotnie w Wietnamie (w Annanie) Annamici wierzyli , że jeśli diabeł wskoczy na dach to się pośliźnie, spadnie i nadzieje się na narożnik. Dlatego dachy, okapy miały zadarte narożniki. To przypomina mi, że w Chinach też chroniono się przed złymi duchami, m.in. wysokie progi, kąty proste, głośne dźwięki.
   Za dzwonnicą znajduje się dziedziniec wewnętrzny, na którym jest grobowiec budowniczego, czyli Ojca Sześć, a za nim katedra właściwa. Katedra z kolei otoczona jest czterema długimi, dużymi kaplicami bocznymi z pięknymi fasadami (po dwie z każdej strony), równolegle do ścian katedry. Za katedrą zaś od strony zachodniej znajduje się piąta kaplica, całkowicie kamienna, a z tyłu za katedrą trzy sztuczne groty. Kaplica kamienna, ukończona w 1883 r., była pierwszą zbudowaną i dlatego nazywana jest też kościołem. Poświęcona jest Sercu Niepokalanej Maryi Panny.
   Za tym podwórzem – dziedzińcem wewnętrznym, czyli już po przejściu pod budowlą dzwonnicy, znajduje się więc sama katedra, ze swoją wspaniałą fasadą z perfekcyjnymi rzeźbami i pięcioma przedsionkami nadającymi jej oryginalny charakter. Przed wejściem znajduje się stella na wysokości wzroku, gdzie można przeczytać wygrawerowany tekst w języku łacińskim, który zawiera piękny hymn Ojca Sześć do Matki Boskiej napisany na okoliczność ukończenia w 1891 r. budowy katedry, poświęconej Matce Bożej Różańcowej. W stulecie zbudowania katedry Phat Diem, w roku 1991, obchodzone były uroczystości i przygotowano piękne ceremonie z tej okazji. Rozpoczęte 7 października 1990 r. zakończyły się 6 października 1991 r. Wtedy pojawiła się przed katedrą druga stella z datę 6 października 1991 r. dokumentująca to stulecie wzniosłym tekstem.
   Fasada w partii dolnej olśniewa pięcioma przedsionkami (westybulami) zdobionymi od strony zewnętrznej płaskorzeźbami i napisami. Nad nimi znajdują się trzy wieże z dachami podkręconymi. Wieża centralna, najwyższa, zakończona jest postaciami aniołów: dwóch podtrzymujących krzyż i dwóch obok z trąbami oznajmiającymi Sąd Ostateczny (jak głosi napis poniżej napisany znakami chińskimi).
   W katedrze jest dosyć mało światła. Styl budowli jest inspirowany kanonami architektury tradycyjnej: pagód i dawnych świątyń; stwarza atmosferę ciszy i przychylnego skupienia do medytacji i modlitwy. To co przyciąga od razu wzrok to są dwa rzędy potężnych filarów. Te największe (16 sztuk o wysokości 11 m) wyznaczają nawę główną. Wszystkie filary, a więc i te niższe tworzące nawy boczne, w ilości 52 sztuk, wykonane są z drzewa żelaznego (nazwa wietnamska tłumaczona z francuskiego), a więc bardzo twardego. Ich wzajemne uszeregowanie, wraz z belkami poprzecznymi na górze, prowadzi do sieci utworzonej z tych kolumn. Wszystkie one prowadzą do ołtarza, przy którym kolumny lśnią nadto laką cynobrową. Wszystkie liczne rzeźby przy ołtarzu oraz elementy na ścianie za ołtarzem również lśnią cynobrowymi i złotymi powłokami. Nawa katedry jest zrytmizowana podłużnie na dziewięć przegród, swoistych przestrzeni (sektorów) wyznaczanych grupami po 6 kolumn z całości 52 słupów (kolumn) podtrzymujących cztery dachy.

[image]


   Prezbiterium katedry jest podniesione o dwa stopnie w stosunku do poziomu nawy i zajmuje dwie przestrzenie, ale bez tych filarów centralnych – w ten sposób, że te przestrzenie są podtrzymywane jedynie przez bardzo grube dźwigary, czyli belki poprzeczne. Samo sanktuarium jest ogrodzone z boków przez dwie balustrady kamienne z płaskorzeźbami drogi krzyżowej oraz ornamentami. Podłoga sanktuarium jest wykładana płytkami ceramicznymi kolorowymi, gdzie pod posadzką znajdują się grobowce sześciu biskupów, a wśród nich tylko pierwszy był Francuzem. W środku prezbiterium znajduje się ołtarz z jednego monolitu granitowego na dwóch kolumnach, w kształcie symbolizującym pałki (pnie) bambusowe. Ten ołtarz jest nowy (1990). Powstał z okazji celebracji stulecia Katedry. Z tyłu zaś znajduje się stary ołtarz umieszczony, tak jak bywało przed reformą liturgiczną, w kościele. Z boku znajdują się dwa ołtarze boczne: Najświętszego Serca Jezusowego z lewej strony i Matki Boskiej od Siedmiu Boleści po prawej stronie.
   Ściana tylna prezbiterium jest ozdobiona i stanowi panneau z drewna, pięknie zdobione złotem (pozłacane) i laką cynobrową. W jej przestrzeniach, na środku, Matka Boską z Dzieciątkiem w swoje glorii i liczne obrazy różnych świętych – z boku, nad i pod. Wygląda to jak ikonostas w świątyniach prawosławnych. Na wyższym poziomie na uwagę zasługuje siedem wnęk – okien przedstawiających Chrystusa Króla w otoczeniu sześciu świętych męczenników wietnamskich, zamęczonych według kolejności wizerunków zamieszczonych we wnękach – oknach w latach: 1841, 1839, 1838, 1840, 1839 i 1838. W grupie tych męczenników jest jeden biskup, jeden ksiądz i jeden mer miasta.
   Tak można jeszcze długo wymieniać i opisywać. Kiedy na nowo już studiowałem tę katedrę zachowywałem się trochę jak latarnik Henryka Sienkiewicza. Zapominałem o świecie dookoła, choć w chwilach niezbędnej przerwy wiedziałem, że tego wszystkiego co zgromadzę nie będę w stanie przedstawić w trakcie jednej konferencji.
   Powiem jeszcze o jednej kwestii – jakże znamiennej – mianowicie o budowie samej tylko katedry, budynku katedry. Budowa całości rozpoczęta przez Ojca Sześć w 1875 r. trwała aż do jego śmierci. Ale nie tylko chodzi o niezwykłą budowlę samej katedry, ale i całego otoczenia – z placami, kaplicami itd. Chodzi też o niezwykłość samego procesu budowy. Tylko tytułem przykładu powiem o samym budynku Katedry (wówczas jeszcze kościoła, bo katedrą został ostatecznie w 1901 r.). Budynek katedry, tzn. sama konstrukcja kościoła, został wzniesiony w 3 miesiące, w roku 1891, ale przygotowania niezbędnych materiałów, ich ściągnięcie, obróbka oraz utrwalanie gruntu pochłonęły 10 lat. Krótki zaś termin budowy był wynikiem tego, że konstrukcję 9 przestrzeni (sektorów) naw powierzono równocześnie dziewięciu ekipom. Historia budowy jest niesamowita.
   W zależności od rodzaju drzewa czy kamieni sprowadzano je z odległości nawet 200 km. Niektóre bloki skały ważyły 20 ton, a drewno z drzew żelaznych 7 ton (duże kolumny). Wszystko to było transportowane środkami dostępnymi zwyczajowo w tej epoce. Aby ustabilizować i umocnić podłoże pod budowlę wbito w grunt miliony palików (pali) bambusowych na 20-30 metrów, tak głęboko na ile było można. Na to sypano ogromne ilości ziemi i kamieni, które następnie były ubijane przez ludzi i przez bawoły (wtedy bawoły pracowały znacznie więcej jak sądzę). W moich oczach pojawia się także obraz wyładunku opisany bardzo plastycznie przez biskupa diecezji Phat Diem (Paul Bui Chu Tao) w kazaniu podczas otwarcia uroczystości roku setnego w dniu 7 października 1990. W tym pięknym kazaniu oprócz pokazania sylwetki Ojca Sześć i innych fascynujących informacji jest też wiele opisów budowy. Przykładowo: „Drewno i kamienie transportowano kanałami na setkach tratw. Przy rozładowaniu trzeba było czekać na wysoką falę, przypływ morza, który podnosił i tratwy na kanale, aby móc przenieść materiały na brzeg. A tratwy w jednej długiej linii, gęsiego, jedna za drugą jak okiem sięgnąć czekały cierpliwie na swoją kolej do rozładowania”.
   Oczyma wyobraźni widzę te tratwy które czekały na wysoką falę (przypływ morza) na terenie kanału większego, o którym wspominałem. Inny fragment z kazania:
   Po długich latach przygotowań nadszedł wreszcie dzień kiedy można było rozpocząć fazę wykonawstwa. Aby obliczyć współczynnik osiadania gruntu Ojciec Sześć zbudował najpierw Grotę Betlejemską, a następnie rozpoczęło się umacnianie podwalin Katedry. Szerokie fundamenty zostały wydrążone (wykopane) i niezliczone ilości pali bambusów ( miliony) zostały wbite jedne na drugie, aż do głębokości 20 i 30 metrów do momentu, gdy nie można było wbijać głębiej. Następnie sypano tony ziemi i kamieni. Ubijanie następowało deptaniem przez ludzi i bawoły. Kładło się na to maty ze splecionych bambusów przed nałożeniem nowej warstwy ziemi i kamieni, a potem można było jeszcze nakładać kolejną warstwę tymi samymi sposobami i środkami technicznymi. Warstwa po warstwie, aż doszło wreszcie do kładzenia samych fundamentów. Cieśle, kamieniarze i pracownicy pomocniczy wznosili swoje namioty na miejscach pracy; rzemieślnicy kwalifikowani byli zwoływani, zapraszani zewsząd. Konstrukcja katedry została powierzona dziewięciu ekipom pracowników; dzięki tej metodzie pod koniec trzeciego miesiąca zażartej (zaciekłej) pracy można było rozpoczynać konstrukcję części najwyższej i umieszczać tam belki (dźwigary) szczytowe. […] Co do ogromnych bloków granitu wzniesiono nasyp z ziemi z łagodnym nachyleniem w ten sposób, aby móc zmontować je na placu aż będą solidnie obmurowane w miejscu przeznaczonym. Wtedy dopiero oczyszczano teren i zniwelowano wszystko wokół katedry; to z tego powodu tutaj ziemia jest podwyższona o jeden metr w stosunku do terenu otaczającego.
   Aby katedra mogła trwać aż do dzisiaj nie wystarczyło tylko trzymać głowę wystawioną na kaprysy natury i erozję czasu. Ona (katedra) zderzyła się z siłą destrukcyjną bomb i innych pocisków podczas wojen. W 1953 r. pocisk francuski trafił w ostatnią przegrodę od strony wschodniej powodując zachwianie się elementu dachu, jednej wielkiej płyty drewna żelaznego. Później 15 sierpnia 1972 r. bombardier amerykański zrzucił nad Phat Diem serię ośmiu bomb, których uderzenia rozciągnęły się od Misji (siedziby biskupa – HG), aż do stawu Ao Ho w kierunku zachodnim. Cztery bomby wyżłobiły głębokie kratery. Jedna z nich uderzyła na drogę procesji, na zachód od katedry, dokładnie w punkcie łączącym dwie kaplice, równoległe powodując zapadnięcie się kaplicy usytuowanej na północ, pochylenie się jej na południe i wyrzucając 36 bloków granitowych na dachy wyższe i niższe Katedry – powodując rozerwanie na kawałki, a także rozbijając w końcu 52 z 56 skrzydeł drzwi budowli. Katedra się pochyliła od 15 do 20 cm w stronę północno wschodnią; w prezbiterium cztery płaskorzeźby Drogi Krzyżowej zostały rozbite. Dźwigary i filary zostały całkowicie zabrudzone, poplamione ziemią i kurzem. W obliczu tego widoku upadliśmy na duchu, byliśmy zniechęceni; pomyśleliśmy, że napraw nie będzie można dokonać wcześniej jak po zakończeniu wojny. Ale jeśli pozostawi się te miejsca w takim stanie szybko złocenia prezbiterium znikną. Dlatego zdecydowaliśmy natychmiast rozpocząć prace renowacyjne. Decyzja natchnęła entuzjazmem wszystkich i każdego z osobna. Było to na początku miesiąca różańcowego (październik ) tego samego roku 1972 (roku bombardowania),kiedy zabraliśmy się do pracy. Trzeba było zasypać leje po bombach, pociąć drzewo aby wyprodukować 52 nowe skrzydła do drzwi bocznych katedry, zakupić w różnych miejscach dachówki, aby pokryć dach.
   Katolicy z Phat Diem nie byli samotni w pracy. Ci z Bui Chu, z Thanh Hoa wnosili swój wkład, przynosili ryż niełuszczony, ryż i pożywienie. Przez dwa albo trzy pierwsze miesiące prac gromadzili się wokół katedry w liczbie do 200 osób gotowych służyć pomocą. Większość pracowała za darmo albo przyjmowała wynagrodzenie bardzo ograniczone. Do napraw części z drewna katolicy z Thuong Kiem ofiarowali wszystkie materiały z ich kościoła, który został zniszczony przez bomby. Ten dar wystarczał do pracy, ponieważ ten męczeński kościół posiadał największe w całej diecezji belki. Wszędzie nie czuło się nic innego jak tylko zapach pracy: ludzie z miejscowości sąsiednich dostarczali całe niezbędne wyżywienie, przychodzili aby zatrudnić się czasowo, aby uczestniczyć, żyć na budowie; ekipy robotników pracowały całe miesiące odmawiając całkowicie zapłaty. Na przekór codziennych rajdów lotnictwa, na przekór hukowi ciężarówek wojskowych, kontynuowano pracę; te roboty tak zaciekłe, pełne życia, trwały w ten sposób wiele miesięcy. Po pracy w Katedrze trzeba było również pomyśleć o kaplicach bocznych, o podwórcach, o dziedzińcach: wystarczyło zaledwie dwa lata wytrwałej, stałej pracy.
   Oto mały przegląd prac, budowania, przedsięwzięcia podjętego przez naszych ojców, a potem prac remontowych, konserwatorskich kontynuowanych przez ich spadkobierców. Ale trzeba dziękować przede wszystkim Bogu, naszemu Ojcu, który temu błogosławił i uczynił owocodajne. Z mojej strony jestem mocno przekonany, że my skorzystaliśmy z Jego opieki w sposób szczególny. W istocie bowiem jeśli ta znamienna seria 8 bomb na swojej trasie pomiędzy misją a stawem podążałaby kierunkiem początkowym swojej ścieżki to ostatnie bomby musiałyby niechybnie upaść całkowicie, dokładnie na Katedrę i Dzwonnicę. Dlaczego one zboczyły, dlaczego upadły na ten pusty teren. Czyż nie trzeba w tym widzieć ręki wszechmogącego Boga. Katedra została wzniesiona wiarą naszych przodków. I Bóg zechciał ją chronić dla przyszłych pokoleń ochraniając przed bombami i wszelkimi pociskami.


   Myślę, że po tych tak niezwykłych słowach mogę, a chyba i muszę ten wątek przerwać, chociaż był również ważny okres restauracji i wymiany niektórych zużytych elementów, okres pełny poświęcenia przed uroczystościami stulecia katedry.
   Pan wybrał to miejsce, krainę pierwszych zasiewów ziarna ewangelii w Tonkinie. Nie było ważne, że teren budowy był pustym terenem bagiennym. Posłany został pasterz na miarę niezwykłych zadań, które podjął i którym sprostał. Ten parafialny kościół, z pewnością ze względu na swój wygląd przyćmiewający blaskiem wszystko co dookoła, wykreował diecezję i stał się katedrą.
   Rozmawiałem z jednym z proboszczów z parafii w pobliżu katedry. Powiedział: nie brak powołań do stanu kapłańskiego; nie brak powołań do zakonów, tak męskich jak i żeńskich. I jest tych powołań bardzo, ale to bardzo dużo. Niestety, możliwości przyjęć są limitowane przez administrację państwową, której zgoda jest niezbędna.
   Mimo, że wielu, bardzo wielu katolików uciekło na stronę Wietnamu Południowego przed mającym nastąpić podziałem (na północny i południowy) i częściowo zostało zastąpionych przez innych Wietnamczyków to nadal stanowią oni grupę nadającą charakter tej ziemi, są solą tej ziemi.
   Według informacji podanych przez przedstawicieli kościoła są parafie gdzie katolicy nadal stanowią powyżej 90-95 % populacji. W 2008 r. parafia w pobliżu katedry, której spory kawałek przeszliśmy na piechotę liczyła ok. 5500 mieszkańców i praktycznie 100% to katolicy. Zobaczyłem tam przepiękny swoim wnętrzem kościół pw. św. Jana Chrzciciela, który architekturą nawiązuje do dalekowschodniego stylu budownictwa, do katedry Phat Diem – tak z zewnątrz jaki i wewnątrz. Nie ma jednak w diecezji takiej parafii, gdzie byłoby mniej niż 60% katolików. Matka Boża niewątpliwie ma w swojej mocnej opiece tę ziemię. Ogólną zaś ilość katolików w całym Wietnamie oceniało się w 2008 r. na 10% populacji. Z informacji z września 2013 r. wynikało, że katolików jest w Wietnamie 8 milionów.
   W 2013 r. miała miejsce interwencja w celu uwolnienia dwóch katolików działających na rzecz praw człowieka i przetrzymywanych bez zarzutów w miejscowości i w parafii My Yen w diecezji Vinh, prowincja Ngh An, w środkowym Wietnamie; miały miejsce akcje pacyfikacyjne, ponoć najbrutalniejsze od kilkudziesięciu lat, w których udział wzięło 3 tysiące funkcjonariuszy (policja, służby bezpieczeństwa i wojsko); użyto m.in. pałek, gazu łzawiącego, broni (ostrzelano też kościół). Pozostało kilkaset osób z obrażeniami i kilkadziesiąt aresztowanych.
   W diecezji Vinh, która znajduje się w sąsiedztwie – na południe od diecezji Phat Diem, ale z nią bezpośrednio nie graniczy – kościół katolicki rozkwita. To 500 tysięcy wiernych i blisko 500 powołań w roku. Największą złość wywołuje fakt, że władzom wietnamskim nie udało się stworzyć kościoła państwowego, patriotycznego na wzór chiński. To władze poczytują sobie jako ogromną porażkę i to wywołuje retorsje, zakazy, przeszkody.
   Największym sanktuarium w Wietnamie jest La Wang, w odległości 60 km od Hue, gdzie objawiła się Matka Boża i została zbudowana katedra. Istnieją naprawdę podobieństwa do Polski. A dla mnie Wietnam, z jego prowincją Ninh Binh, stał się ogromnie ważny na drodze poznawania Indochin, a Phat Diem okazało się nie przystankiem, a przystanią.

Tajwan – przystanek z bliska i z daleka.
   Tak leczyłem swój niedosyt po pobycie w Chinach. Kolejnego sposobu nie mogłem przewidzieć. Sekwencja wydarzeń w moim życiorysie pozwoliła mi jednak powrócić do Chin, ale trochę inaczej. Okazało się, że pierwotny niedosyt został nieoczekiwanie, po raz kolejny – skutecznie i definitywnie – rozbrojony w nieco przekorny sposób.
   W Polsce w lipcu 2016 r. zostały zorganizowane Światowe Dni Młodzieży (ŚDM). Miały wtedy miejsce, przed spotkaniem w Krakowie, diecezjalne odwiedziny grup pielgrzymów, którzy zazwyczaj przebywali przez kilka dni w poszczególnych rodzinach danej parafii. Intencję przyjęcia takich pielgrzymów zgłosiłem także z żoną. Nikt z parafii nie wiedział, ani nie miał wpływu, na to jakich pielgrzymów i z jakiego kraju przyjmie pod swój dach. Niewiele czasu przed ich przybyciem dowiedzieliśmy się, że będą to pielgrzymi z międzynarodowej Wspólnoty Świętego Jana. Okazało się, że – dla mnie opatrznościowo – do naszej parafii skierowana została grupa pielgrzymów z … Chin, z Republiki Chińskiej, czyli mówiąc bardzie zrozumiale Chińczycy z Tajwanu, wyspy dawniej zwanej Formozą.
   Sądziłem, że moja przygoda z Chinami się zakończyła, a otrzymałem jeszcze jeden dar, z małego kraju. Tym razem to spotkanie miało miejsce bez dalekiej podróży z mojej strony. A spotkań z tymi Chińczykami – jak przypuszczałem – miałem wiele. Przyjechały cztery dziewczyny i mimo, że znajdowały się w grupie młodzieży, to istniało między nimi zróżnicowanie wiekowe jak i zróżnicowanie w sposobie dochodzenia do wiary, przystąpienia do Kościoła Katolickiego. Ich pobyt stanowił niezwykłe ubogacenie naszej rodziny, naszego życia rodzinnego, mimo bardzo ograniczonego czasu wspólnego przebywania. Podobnie było u innych rodzin, u innych parafian, którzy – podobnie jak my – przyjęli gości z Tajwanu. W ramach konferencji nie sposób podzielić się obszernie tym wszystkim co nasze Tajwanki wniosły. Czyż to jednak nie znamiennie, że całkowicie – bez projektowania tej prelekcji i bez myśli o takim temacie – z inicjatywy Przewodniczącego Kapituły Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90 w Legnicy pana mecenasa Stanisława Andrzeja Potycza zamieściłem na stronie internetowej www.dlp90.pl (w zakładce „Prelegenci”), opublikowany pierwotnie na użytek społeczności parafialnej mój artykuł pt. „Pątniczki z Tajwanu, Kilar i gladiole”. Tam więc znajduje się sprawozdanie z pobytu „naszych” Chinek z Tajwanu, pątniczek w katowickiej diecezji i w naszym domu. Spotkań i rozmów osobistych nie było jednak za wiele. Bardzo przeładowany program ich spotkań i wydarzeń ogólnodiecezjalnych, późne powroty, pozostawiały wąski margines na takie spotkania i rozmowy. Stworzyło to jednak znakomity zaczyn pod kontynuację wymiany myśli i wzajemnych relacji, dotyczących w dużym stopniu życia religijnego i sytuacji kościoła na wyspie. Już w czasie ich pobytu zauważyłem jak ta więź się pogłębia i rozszerza; stale przyjeżdżali inni członkowie mojej rodziny, którzy na co dzień nie mieszkają już z nami, aby ich poznać.
   Właściwie to pogłębianie się wzajemnej miłości chrześcijańskiej, radości, a przy tym poznawanie tego odległego kraju można w pewnym stopniu zrelacjonować kolejnością i treściami wynikającymi z późniejszych korespondencji elektronicznej. Na tym etapie dla mnie – osoby, która poznała pątniczki, ale jednak powierzchownie, wszystkie listy sprawiały ogromną radość, ale i dostarczały nowych ciekawych informacji. Inspirowały mnie tak bardzo, że z każdej informacji w liście elektronicznym, przecież niezbyt długim, pragnąłem wydobyć ważne i wszystkie inne treści. A prawie w ogóle nie znałem przedtem Tajwanu. Skromne są przejawy funkcjonowania wokół nas ich obywateli. W Katowicach spotkałem 30 maja 2017 r. Tajwankę – nauczycielkę języka chińskiego w Uniwersytecie Śląskim. Dowiedziałem się od niej, że pani Chao – kiedyś poznana przeze mnie w Warszawie (spotkania służbowe w trakcie mojej pracy w Urzędzie Rady Ministrów), od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA odpowiedzialna za sprawy transportu (minister ds. transportu) – to z pochodzenia Chinka z Tajwanu. Teraz listy elektroniczne posłużyły mi jako kanwa swoistego „śledztwa” na temat Tajwanu. Każdy fragment, skrawek informacji prowokował do domysłów i zadawania pytań, do wyciągania różnorodnych wniosków o kraju i ludziach, także do szukania wiadomości z innych źródeł. Zawsze ogromnie sobie ceniłem i nadal cenię takie żywe świadectwa. Główną korespondentką stała się Wen Chi Ou (Adelajda /Adelina) najstarsza i najsprawniejsza w posługiwaniu się językiem angielskim, a także Hui Cih Chen (Tereska) najmłodsza z pątniczek.
   Pierwsze wiadomości po wyjeździe z Katowic to były krótkie komunikaty z pobytu w Krakowie, poczynając od informacji i zdjęć z Mszy św. otwarcia ŚDM na Błoniach. Oczywiście,, była to korespondencja wzajemna. Potem – po ogarnięciu się, czy jako takim zagospodarowaniu się w Krakowie – informuje mnie moja droga korespondentka (Wen Chi), że wszystkie 4 uczestniczki przebywające w naszym domu tęsknią za naszą rodziną. Opisuje zaś zwłaszcza swoje, a trochę całej grupy tajwańskiej wrażenia religijne i poznawcze z miasta Krakowa. Jeśli chodzi o doznania religijne to podkreśla zwłaszcza uczestnictwo w katechezie dla wszystkich grup chińskojęzycznych w kościele pw. św. Piotra, o adoracji w centrum Krakowa (nie wiem jak to wyglądało – przebywałem wtedy w szpitalu). Co do refleksji poznawczych z miasta i o mieście emocjonuje się Wen Chi tymi tłumami, które są wszędzie, dosłownie wszędzie w ogromnej liczbie w centrum miasta. Dość odległy i dokuczliwy dojazd do miejsca snu pozwalał jej na obserwację życia codziennego miasta i mieszkańców. Ale tych widoków nie zapomni nigdy w życiu, choć równocześnie gorąco prosi o przekazywanie pozdrowień dla parafian z naszej parafii. Dowiedziała się o moim pobycie w szpitalu i zapewnia o modlitwie. Krótki pobyt nie przeszkodził więc w utrzymywaniu ścisłej relacji. Było to dla mnie, chorego w łóżku szpitalnym, jakbym miał korespondenta specjalnego w Krakowie na czas ŚDM.
   Informację o końcówce pobytu w Krakowie otrzymałem już z Francji, gdzie Tajwańczycy zatrzymali się na kilka dni w dwunastowiecznym Vezeley (Francja Centralna) w „cieniu” (pod skrzydłami) bazyliki św. Magdaleny. Otrzymałem relację, dokumentowaną zdjęciami, z czuwania nocnego w Krakowie (ze świecami w rękach) i modlitwy z Papieżem Franciszkiem. Autorka opowiada wzruszająco, trochę w stylu ewangelicznym, jak czuwano przez noc, a wschodzące słońce, gdy ich zobaczyło pokryło ich złotym blaskiem. Ciepła jest też notatka o naszym polskim chlebie, który jest bardzo specyficzny i smakowity, a którego paczkę każdy otrzymał na zakończenie. Ze zdjęcia odczytałem, że był to „chleb żytni, pełnoziarnisty”, z wysoką zawartością błonnika. Przesłała też zdjęcia z pobytu w Vazeley .
   Nie sposób i nie wypada relacjonować całej korespondencji, która trwa i dzięki której zatrzymałem się na przystanku Tajwan na długo. Może zostanie nie przystankiem, a kolejną moją przystanią. Nie czas też jeszcze na podsumowania. Tym niemniej warto zwrócić uwagę na niektóre poruszane kwestie. Jedną z nich są żywe i ciepłe wspomnienia z Polski i żywe zainteresowanie naszym życiem, zwyczajami, życiem religijnym. Potwierdza to zapisanie się i uczestniczenie w kursie języka polskiego; przygotowanie – wraz z grupą polskojęzycznych kursantów – krótkiego spektaklu w języku polskim prezentującego polską wigilię, gromadzenie (w czym i ja uczestniczyłem) informacji o różnych obyczajach dotyczących Świąt Bożego Narodzenia, Nowego Roku, Święta Trzech Króli (Epifanii, Objawienia Pańskiego), Świąt Wielkanocnych – m.in. w ramach kontaktu z polską siostrą klasztorną przebywającą w Taipei. Wraz z różnymi pytaniami podążała do mnie zawsze informacja o tym co się dzieje dobrego, czy złego w ich kraju. Pątnicy z Tajwanu potwierdzają zainteresowanie Polską chęcią przyjazdu, w dość reprezentatywnej grupie, do Polski w tym roku. Ubiegłoroczne spotkania w Polsce zostały przez uczestników opublikowane w katolickiej prasie tajwańskiej.
   Wiedząc o mojej działalności pisarskiej pyta Wen Chi o nowe książki; kocha bowiem książki i lubi je czytać. Zredagowała indywidualnie stare teksty chrześcijańskie o misjonarzach w Chinach. Najstarszy dotyczył nestorianizmu, który pojawił się w Chinach w XVII w. Inne zaś teksty dotyczyły Jezuitów i prezbiterianów żyjących tam od XVI do XIX wieku.
   Kiedy Wen Chi Ou dowiedziała się o przygotowywaniu przeze mnie prelekcji dla Duszpasterstwa Ludzi Pracy ’90 pt. „Chińskie przystanki” zaczęła mi dostarczać wiele informacji o lokalnym kościele katolickim, abym i o Tajwanie miał co opowiedzieć. Na temat kościoła katolickiego w Tajwanie otrzymałem więc krótkie kompendium wiedzy, wraz ze zdjęciami kościołów, które dla mnie wykonała. Rozpoczyna od stwierdzenia, że kościół katolicki na Taiwanie liczy dopiero 150 lat, a globalizacja ma duży wpływ na ewangelizację. Wiele kościołów zostało zbudowanych. Wspólnota św. Jana posiada dwa kościoły na Tajwanie. Kościół na tle którego był prezentowany spektakl ewangelizacyjny w Katowicach to był kościół św. Krzyża w kształcie piramidy. Jest bardzo znany na Tajwanie, bo był projektowany przez posiadacza nagrody Pritzkera – Gottfrieda Böhma. Innym, udokumentowanym zdjęciem, kościołem okazał się kościół św. Rodziny, który jest także w posiadaniu Wspólnoty św. Jana. Można powiedzieć, że jest tradycyjny na sposób chiński. Ksiądz używa lokalnego tradycyjnego kadzidełka do adoracji każdego dnia. Pierwsze uwielbienia są głoszone w znakomitym języku mandaryńskim i w tajwańskim dialekcie. Trzeci kościół, pw. św. Ducha, jest kościołem opactwa sióstr św. Klary (Klarysek), które tu żyją i działają. Jest on słynny z chińskiego malarstwa i stylu architektonicznego. Pozostałe, na przesłanych zdjęciach, są kościołami aborygenów. Aborygeni stanowią większość populacji kościoła na Tajwanie.

[image]

   Od samego początku Tajwan odgrywał istotne miejsce w polityce. Obecnie największą misją kościoła na Tajwanie jest pomoc kościołowi w Chinach. Stąd też jest tam wielu zakonników i zakonnic z Chin studiujących teologię. Wielu księży i zakonników uzyskuje formację duchową i teologiczną właśnie na Tajwanie; następnie są kierowani do Chin. „Tajwan jest pod tym względem lepszy niż Hongkong, ponieważ tutaj posługujemy się – jak pisze – językiem mandaryńskim”.
   Z drugiej strony kościół chrześcijański jest też w kryzysie, kurczy się . Ostatnimi jednak laty mnóstwo zagranicznych pracowników przyjeżdża tutaj w poszukiwaniu pracy; zwłaszcza z Filipin, Wietnamu, Tajlandii, Indonezji. Wielu z nich to katolicy, większość z Filipin i Wietnamu. Są liczniejsi od lokalnych katolików. Obecnie niektóre kościoły sprawują liturgię dla Filipińczyków i Wietnamczyków, a wielu księży z Filipin i Wietnamu posługuje tutaj.
   W korespondencji jest wiele fragmentów osobistych; sporo uwagi poświęca kwestiom nauki języka polskiego. Piękne są fragmenty wyznania wiary. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia Wen Chi Ou pisze: „24 grudnia 2007 r. stałam się chrześcijanką w Kościele katolickim. Ta moja nowa tożsamość stała się oknem w moim życiu, ramą na piękny widok. Ze względu na tę nową tożsamość przybyłam do Polski. I spotkałam was. Staliście się pięknym wspomnieniem. Dziękuję Bogu, że tak wiele rzeczy wydarzyło się w moim życiu. Z Bogiem wszystko jest możliwe. Merry Christmas. 15 grudnia 2016”. Pisze też: „Społeczeństwo tajwańskie zmierza do potężnej debaty. Może staniemy się pierwszym krajem w Azji, który uzna małżeństwa osób tej samej płci. Ustawodawca prawie, że ustanowił już nowe prawo. Widziałam wielu chrześcijan ustosunkowujących się do tej debaty. Niektórzy walczą, niektórzy pozostają w ciszy i na modlitwie. Niektórzy pozorują zgodę na nowe prawo ponieważ myślą, że Bóg kocha każdego. Nie mogę osądzać nikogo, ale to pozwoliło mi postrzegać i myśleć o wiele głębiej”.
   Temat ten pojawia się oczywiście także w doniesieniach i obszerniejszych przeglądach prasy zagranicznej, w tym i w Polsce. Wskazuje się na wielomiesięczną kampanię prowadzoną przez środowiska homoseksualne na Tajwanie. W badaniach opinii publicznej większość społeczeństwa przeciwstawia się dopuszczalności takich związków.
   Nie znalazłem się dotąd w sytuacji takiego zaangażowania w stosunku do kraju, którego nie odwiedziłem. To, że jest to pewnego rodzaju kontynuacja i uzupełnianie mojej jakby nie dokończonej wizyty w Chinach, uznałem początkowo jako zadziwiającą, dodatkową nagrodę, niezależnie od daru książki – wywiadów przeprowadzonych przez Liao Yiwu. Okazało się to z czasem jedynie pewnym bodźcem wiodącym mnie znacznie głębiej, może – do dopuszczenia udziału w zaangażowanym życiu religijnym – świadomych katolików z innego kręgu kulturowego i o różnej drodze dochodzenia do Boga. Mam nadzieję, że spotka mnie z tego powodu jeszcze wiele radości, bo przecież ta historia, w przeciwieństwie do wycieczki ograniczonej czasowo, trwa.

■ Henryk Goik – tekst napisany jako uzupełnienie wykładu „Chińskie przystanki”

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl