37 lat w Opus Dei – moje osobiste doświadczenia

1. Czym jest Opus Dei

Czekanie na przystanku autobusowym
   Madryt, kwiecień 1971 r. Dwóch młodych licealistów wychodzi z Uniwersyteckiego Ośrodka Sztuki i Kultury na ul. Princesa. To ośrodek formacyjny Opus Dei dla licealistów i studentów. Robi się późno, czekając na przystanku autobusowym mają świadomość, że rodzice mogą się martwić z powodu ich spóźnienia. Wtedy jeden z nich mówi do drugiego: „Módlmy się do Anioła Stróża, aby autobus przyjechał punktualnie”. Drugi licealista jest zaskoczony, ale wewnętrznie wzywa swego Anioła i rzeczywiście prośba jest wysłuchana: autobus przyjeżdża punktualnie, rzecz niezwykła.
   Później ten drugi licealista zastanawia się nad tym co się stało. Zwraca uwagę z jaką naturalnością była mowa o modlitwie i o aniołach. Tak jak chwilę przedtem mówili o piłce, tak tym samym językiem mówili o Bogu. Po drugie, czekanie na przystanku autobusowym to sprawa normalna, codzienna, zwykła, może i też obojętna, bez znaczenia, rutynowa, ale w tamtej chwili stała się okazją do modlitwy, do odkrycia działania aniołów, do obecności Boga w tym co normalne, codzienne, zwykłe, co nigdy nie jest obojętne, ani bez wartości i rutynowe. To co ludzkie pełne jest boskości, to co doczesne ma również i wymiar nadprzyrodzony. To co nazywamy światem jest miejscem spotkania z Bogiem. Fakt niezwykły w hiszpańskich realiach, że autobus przejechał na czas, nie był podstawowym powodem do zaskoczenia. Uczeń był zaskoczony faktem modlitwy na przystanku autobusowym.
   „Świat” – trzeba zwrócić uwagę na biblijną wieloznaczność wyrazu „świat”. U św. Jana oznacza on rzeczywistość wrogą Bogu. Z kolei w słowach: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16) świat jest rzeczywistością umiłowaną, którą trzeba ratować. W końcu jest też świat, na który Jezus posyła Apostołów. Wyraz „świat” powtarza się wiele razy w pierwszym opisie o stworzeniu świata – że jest dobry, bardzo dobry.
   Sługa Boży Jan Paweł II w swojej książce „Wstańcie, chodźmy!” w rozdziale „Współpraca ze świeckimi” mówi: „W październiku 2002 r. dane mi było włączyć w poczet świętych Josemarię Escrivę de Balaguera, założyciela Opus Dei, żarliwego kapłana, apostoła świeckich na nowe czasy”. Ten nowy czas, o którym mówi Papież, to ten czas, który spędzamy w pracy czy w domu, czas na sport czy na komputer, czas dla przyjaciół lub czekanie na autobus na przystanku. Czas i przestrzeń: świat to miejsce spotkane na co dzień z Bogiem. Wśród homilii Założyciela istnieje jedna szczególna, która ma tytuł: „Namiętnie kochać świat”. Trzeba go miłować, oczyszczać go z grzechu, aby królestwo Chrystusa stało się rzeczywistością. Trzeba uświęcać świat, aby stał się miejscem spotkania człowieka z Bogiem w czasie i przestrzeni: uświęcać świat, uświęcając siebie samego i innych poprzez dobrze wykonaną pracę zawodową.
   Trochę dalej czytamy w tej książce: „Świeccy, realizując swoje powołanie w świecie, mogą osiągać świętość nie tylko przez czynne zaangażowanie na rzecz biednych i potrzebujących, ale także ożywiając społeczeństwo duchem chrześcijańskim, przez wypełnianie swych obowiązków zawodowych i świadectwo przykładnego życia rodzinnego. Mam na myśli nie tylko tych, którzy zajmują czołowe stanowiska w życiu społecznym, ale wszystkich, którzy potrafią przemieniać swoją codzienność w modlitwę, stawiając Chrystusa w centrum swojej działalności. On sam przyciągnie wszystkich do siebie, zaspokajając ich łaknienie i pragnienie sprawiedliwości”.
   Dążenie do świętości jest dla wszystkich – poprzez pracę zawodową i wypełnianie codziennych obowiązków chrześcijanina. To jest właściwe orędzie Opus Dei, do tego zostało powołane przez Boga. Doktryna ta została przyjęta przez Sobór Watykański II. Wszyscy, z mocy chrztu świętego jesteśmy powołani do świętości i apostolstwa w życiu codziennym, w zwykłych sytuacjach normalnego życia. Czytamy we „Wstańcie i chodźmy!”: „Idźcie i wy do mojej winnicy. To wezwanie dotyczy nie tylko biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic, ale wszystkich, także świeckich, których Bóg wzywa osobiście, powierzając im do spełnienia misję w Kościele i w świecie”. I tak też czytamy w „Drodze”, najsławniejszej książce Założyciela: „Twoim obowiązkiem jest dążenie do świętości. - Tak, także i twoim. - Jak można myśleć, że jest to zadanie wyłącznie kapłanów i zakonników? Do każdego, bez wyjątku, Pan powiedział: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Droga, 291).

Charyzmat Opus Dei
   Zacząłem od osobistego doświadczenia przy czekaniu na przystanku autobusowym, ponieważ myślę, że przykłady z życia są najlepsze. Natomiast teraz powinniśmy wymienić podstawowe punkty charyzmatu Opus Dei.
   Trzeba najpierw wyjaśnić, że charyzmat Opus Dei jest charyzmatem drugiego października. Wyjaśniam to stwierdzenie. Młody kapłan, ks. Josemaría Escrivá miał dwadzieścia sześć lat, łaskę Boga, dobry humor i nic więcej, ale 2 października 1928 r. podczas rekolekcji w swoim pokoju, Pan Bóg dał mu wielką łaskę i widział Opus Dei. Tego dnia zaczęło istnieć, z woli Bożej, Dzieło Boże.
   Więc z punktu widzenia teologii Dzieło jest charyzmatem, łaską od Boga dla służby Kościoła. Kościół nie tylko jest charyzmatyczny (Duch Święty jest duszą Kościoła), ale także hierarchiczny. Z tego powodu również z charyzmatem Dzieła musiała wiązać się jakaś instytucja wewnątrz Kościoła, która urzeczywistniałaby ten charyzmat. Z punktu widzenia prawa kanonicznego Opus Dei jest Prałaturą Personalną (erygowana przez Jana Pawła II w 1982 r.), tj. organizacją hierarchiczną Kościoła powszechnego, którą można porównać do wikariatu polowego.
   Niektóre cechy ducha Opus Dei to:
- Synostwo Boże: „Synostwo Boże jest podstawą ducha Opus Dei”, głosi jego Założyciel. Od chrztu świętego chrześcijanin jest synem Boga. Formacja przekazywana przez Prałaturę wzmacnia u wiernych żywe poczucie godności dzieci Bożych i pomaga żyć w zgodzie z nią. Rozpala zaufanie Bożej Opatrzności, prostotę w obcowaniu z Bogiem i z innymi, głębokie poczucie godności osobistej i braterstwa z ludźmi, prawdziwą miłość chrześcijańską do świata i do jego stworzeń, pogodę ducha i optymizm.
- Zwyczajne życie: „Musimy się uświęcać wśród rzeczy materialnych, służąc Bogu i wszystkim ludziom.” – mówił św. Josemaría. Rodzina, małżeństwo, praca, zadania spełniane w każdej chwili są zwykłymi możliwościami obcowania z Jezusem i naśladowania Go, starając się doskonalić serdeczność, cierpliwość, pokorę, pracowitość, sprawiedliwość, radość i ogólnie cnoty ludzkie i chrześcijańskie.
- Uświęcanie pracy: Szukać świętości w pracy oznacza starać się wykonywać ją dobrze, z kompetencją zawodową i ze zmysłem chrześcijańskim, czyli z miłości do Boga i dla służenia ludziom. W ten sposób zwykła praca zamienia się w miejsce spotkania z Chrystusem.
- Modlitwa i ofiara: Środki formacyjne Opus Dei przypominają o potrzebie dbania o modlitwę i pokutę, które są niezbędnymi elementami życia chrześcijańskiego. Wierni Prałatury uczestniczą codziennie we Mszy świętej, poświęcają pewien czas na czytanie Ewangelii, przystępują często do sakramentu spowiedzi, praktykują pobożność maryjną. Dla naśladowania Chrystusa starają się też ofiarować małe umartwienia, szczególnie takie, które ułatwiają spełnianie obowiązków i uprzyjemniają życie innym, jak np. post i jałmużna.
- Jedność życia: Założyciel Opus Dei wyjaśniał, że chrześcijan nie może „prowadzić podwójnego życia: z jednej strony życia wewnętrznego, związanego z Bogiem; a z drugiej, osobno, życia rodzinnego, zawodowego czy społecznego.” Wręcz przeciwnie, zaznaczał św. Josemaría: „jest tylko jedno życie, uczynione z ciała i ducha, i ono właśnie musi być – duszą i ciałem – święte i pełne Boga”.
- Wolność: Wierni Opus Dei są obywatelami, którzy cieszą się tymi samymi prawami i posiadają te sami obowiązki co podobni im inni obywatele. Jeśli prowadzą działalność polityczną, ekonomiczną, kulturalną, itp. działają z tą samą wolnością i odpowiedzialnością osobistą, bez wciągania Kościoła czy Opus Dei w swoje decyzje ani przedstawienia ich jako jedynych prawidłowych w świetle wiary. Tak wyraża się szacunek dla wolności i cudzych opinii.
- Apostolstwo: Kto poznaje Chrystusa, odkrywa skarb, którego nie może zatrzymać dla siebie. Chrześcijanie są świadkami Jezusa Chrystusa i szerzą jego przesłanie pełne nadziei wśród krewnych, przyjaciół i kolegów z pracy, za pomocą przykładu i odpowiednich słów. Mówi Założyciel: „Idąc ramię w ramię za tymi samymi dążeniami z naszymi kolegami, przyjaciółmi czy krewnymi, będziemy mogli pomóc im dojść do Chrystusa.” Ta chęć odkrycia innym Chrystusa jest nieodłączna od pragnienia rozwiązania potrzeb materialnych i problemów społecznych otoczenia.
   Więcej na temat cech Opus Dei można przeczytać na portalu internetowym: www.opusdei.pl. Podaje się tam też m.in., że: Duch Opus Dei pomaga spotkać Chrystusa w pracy, w życiu rodzinnym i w innych codziennych zajęciach; formacja duchowa, którą oferuje Opus Dei uzupełnia pracę duszpasterską realizowaną przez kościoły lokalne; działalność Opus Dei to kierownictwo duchowe, rekolekcje, pogadanki doktrynalne i katechezy; Opus Dei liczy 85.000 członków, z których 98% to świeccy (kobiety i mężczyźni), w większości żyjący w małżeństwie, a 2% to księża; przystąpienie do Opus Dei zobowiązuje do otrzymywania formacji chrześcijańskiej i do aktywnego uczestnictwa w zadaniu apostolskim Kościoła; Prałatura Personalna Opus Dei z prawnego punktu widzenia jest prałaturą Kościoła katolickiego rządzoną przez Prałata z Rzymu (obecnie bpa Javiera Echevarrię) w zgodzie z prawem kanonicznym i własnymi statutami; księża diecezjalni mogą przyłączyć się do Stowarzyszenia Kapłańskiego Świętego Krzyża, ściśle związanego z Prałaturą Opus Dei; współpracownicy Opus Dei to osoby nie należące do Opus Dei, które mogą pomagać na różne sposoby w pracy apostolskiej realizowanej przez Prałaturę; Opus Dei zostało założone w 1928 roku w Hiszpanii i jest obecne w 61 krajach.

2. Teologia życia codziennego
   Według mojej opinii charyzmat Opus Dei przyczynił się do stworzenia jakiejś szczególnej teologii, którą można określać jak teologię życia codziennego. Nie oznacza to, że Dzieło ma własną szkołę teologii, ale duch Opus Dei prowadzi do lepszego rozumienia naszej wiary, tj. fides quaerens intellectum (wiara poszukująca rozumu). Z okazji setnej rocznicy urodzin św. Josemaríi Escrivy, Papieski Uniwersytet św. Krzyża zorganizował w Rzymie międzynarodowy kongres na temat postaci i przesłania Założyciela Opus Dei. Hasłem kongresu było: „Wielkość życia codziennego”. Wszystkie wystąpienia zostały opublikowane przez wydawnictwo tego uniwersytetu.
   Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na fakt, że Kongres akcentuje w dużym stopniu aspekt teologiczny problemu. Po drugie, wybrane hasło (Wielkość życia codziennego) prowokuje do zadania pytania: czym jest „życie codzienne” (vie ordinaire, ordinary life, vita quotidiana) według prelegentów Kongresu. Po trzecie, należy zastanowić się nad użytym w opublikowanych materiałach wyrażeniem “Teologia życia codziennego”. Zaproponujemy również dwa inne pytania: czy można używać tego wyrażenia, i co się chce przez nie powiedzieć? oraz: czy można mówić o teologii właściwej Założycielowi Opus Dei, którą moglibyśmy nazwać “Teologią życia codziennego”?
   To czy Kongres miał charakter teologiczny, może podlegać dyskusji. Nie ulega wątpliwości, że taki charakter ma pierwszy tom opublikowanych materiałów: La grandeza della vita quotidiana. Vocazione e missione del cristiano in mezzo al mondo (Universitá della Santa Croce, Roma 2002). Uważny czytelnik zda sobie sprawę, że z językowego punktu widzenia, to co nazywamy życiem codziennym utożsamia się z życiem zwyczajnym, zwykłym, normalnym. Całe życie jest zwyczajne, gdyż postępuje się w nim według konkretnych reguł. Życie jest także codzienne ponieważ żyje się w czasie. Ostatecznie życie jest normalne, ponieważ człowiek nawet, gdy znajduje się w sytuacjach nadzwyczajnych żyje zawsze według norm ustanowionych przez siebie lub innych. Jeśli więc każde życie jest zwyczajne, codzienne, normalne, w jaki sposób te wszystkie przymiotniki odnoszą się do życia? Odpowiedź jest prosta i złożona zarazem.
   Możemy ograniczyć się do powszechnego rozumienia zwyczajnego życia: budzenie i kładzenie się spać, praca, zajęcia rodzinne, posiłki, relacja z ludźmi, wsiadanie do tramwaju, uprawianie sportu, hobby... Wszystko to, co się powtarza z pewną monotonią w życiu każdego człowieka. Dla jednego to, co zwyczajne, np. wsiadanie do samolotu dla stewardesy, może być nadzwyczajne dla tego, który pierwsze raz leci samolotem. Każdy człowiek jest różny, ponieważ każdy jest, zgodnie ze znaną sentencją: „Ja to ja i moje okoliczności” (Ortega y Gaset), czyli „on i jego okoliczności”. Każda osoba ludzka ma własne życie codzienne.
   Mogłoby być interesujące studiowanie sensu terminu zawartego w aktach kongresu: życie zwykłe, codzienne, normalne, również jak studiowanie sposobu używania terminu „teologia życia codziennego”. Nie mam zamiaru rozwijać tego tematu, tylko chciałbym podkreślić, że teologia (nauka wiary) ma swój punkt kulminacyjny w lepszym zrozumieniu życia i nauki Słowa Wcielonego. Dla lepszego zrozumienia tego, co teologia określa jako życie codzienne wystarczy teraz podać następujący tekst naszego świętego: „Jezus, wzrastając i żyjąc jak jeden z nas, objawia nam prawdę o tym, że ludzka egzystencja, codzienne, zwykłe ludzkie zajęcia, mają Boski sens. Choćbyśmy rozważali już te prawdy wiele razy, zawsze powinno ogarniać nas zdumienie na myśl o trzydziestu latach, które Jezus spędził w ukryciu, a które stanowiły większą część pobytu Jezusa wśród Jego braci – ludzi. Lata okryte cieniem, ale dla nas jasne jak światło słońca. Czy raczej: jasne jak blask oświetlający nasze dni i nadający im prawdziwe znaczenie, gdyż jesteśmy zwykłymi chrześcijanami, prowadzącymi zwyczajne życie, podobne do życia tylu milionów ludzi w najróżniejszych zakątkach świata” („To Chrystus przechodzi” 14).
   Pragniemy w końcu dowiedzieć się, czy termin “teologia życia codziennego” jest odpowiednim terminem i co, chcemy określać używając tego wyrazu. Można używać tego terminu tak samo jak można określać teologię jako dogmatyczną, fundamentalną, moralną lub mówić o teologii pracy czy teologii wyzwolenia. Rzeczywiście istnieje problem, polegający na wyjaśnieniu w jaki sposób życie codzienne kwalifikuje teologię. Objawienie publiczne – zachowane w Tradycji i Piśmie Świętym – interpretowane właściwie przez urząd nauczycielski Kościoła zostało zamknięte razem ze śmiercią ostatniego apostoła. To nie oznacza, że Bóg przestaje mówić do ludzkości i do każdego człowieka indywidualnie. Teologia studiuje rozumem oświetlonym wiarą to, co zostało objawione publiczne; a także kieruje jej spojrzenie do tych objawień Bożych – teraz i tutaj – w życiu człowieka. Więc, wyraz teologii życia codziennego określa naukę o tych aspektach wiary, które są w relacji bezpośrednio z codziennością bytu ludzkiego. Można zatem mówić o teologii życia codziennego a teologię św. Josemaríi Escrivy można określać tym terminem. Wydaje się, że akt kongresu “Wielkość życia codziennego” daje podstawę, aby tak się wyrażać.

3. Osobiste doświadczenia – moje świadectwo
   Każdy człowiek ma swoje osobiste doświadczenie. Jest to banalne stwierdzenie, ale warto to jeszcze raz podkreślić, ponieważ to, co osoba ludzka przeżyje ma szczególną wartość w godzinie poznania dawnej rzeczywistości. Poznanie Opus Dei jest bezpośrednio związane z poznaniem jego Założyciela, z tego powodu moje osobiste doświadczenie z Dziełem Bożym chcę połączyć z moimi spotkaniami i wspomnieniami ze św. Josemaríą. Czytając książkę o filozofii hermeneutyki odkryłem, że problem interpretacji zależy od wielu czynników, ale nie wszystko zależy od punktu siedzenia. Kiedy piszę lub mówię nie mogę ani na chwilę zapomnieć tego, że jestem Hiszpanem i zacząłem uczyć się języka polskiego mając prawie czterdzieści lat.
   Z mojego punktu widzenia mogę opowiedzieć o moich osobistych wspomnieniach o św. Josemaríi (kanonizowanym przez Papieża Jana Pawła II w niedzielę 6 października 2002 r.) z przekonaniem, że nie wszystko jest względne, że poznałem naprawdę człowieka świętego. Problem poznania jest też ciekawy, ponieważ kiedy zacząłem czytać „Drogę” (w 1970 roku w Madrycie, będąc wtedy licealistą) i korzystałem z formacji Ośrodka Akademickiego CUDAIC (Centro Universitario De Arte y Cultura) przy ul. Princesa można powiedzieć, że już wtedy poznałem Założyciela Opus Dei – wprawdzie nie bezpośrednio, ale poprzez jego pisma i poprzez jego styl jaki panuje w ośrodkach Dzieła, który był także właściwy dla niego osobiście.
   Teraz myślę, że poznając Założyciela Opus Dei, tak naprawdę poznałem Jezusa Chrystusa. Tam nauczyłem się modlitwy, zacząłem mówić do Chrystusa po imieniu: Jezu. Nauczyłem się mówić do Niego bez wstydu, że Go kocham. Sprawa miłości nie jest nigdy łatwa, tak jak i modlitwa. Aż do dzisiaj staram się uczyć modlitwy i miłości, ponieważ ani jedno ani drugie nie jest proste. Pamiętam jak rozmawiałem z kapelanem tamtego Ośrodka, sam na sam w małym saloniku, po raz pierwszy w moim życiu. To duże wrażenie: pogadać z księdzem w cztery oczy – nie po to, aby się spowiadać. Rozmowa była miła, sympatyczna, bez nerwów. Nie zadawał dużo pytań, widać, że chciał porozmawiać ze mną i powiedzieć trochę o swoim życiu. Siedzieliśmy w kąciku pokoju, nasze oczy nie spotykały się bezpośrednio, stało tam krzesło z oparciem i drugie takie samo przy małym stoliku ze zdjęciem Założyciela. Pamiętam, że w tracie rozmowy, ksiądz popatrzył na zdjęcie i powiedział: -Czy wiesz, kto to jest? -Tak, Monseñor Josemaría Escrivá de Balaguer (w tamtych latach w Hiszpanii przeciętny chłopak wiedział to, nie byłem wyjątkiem). - Ja zawdzięczam mu życie. – powiedział ksiądz. Pomyślałem, że to lekka przesada i powiedziałem do niego wprost: - Czy ksiądz przypadkiem trochę nie przesada? - Nie, naprawdę, jestem mu wdzięczny za to, że jestem chrześcijaninem i kapłanem
   Teraz, kiedy minęło od tej rozmowy 38 lat, mogę powiedzieć to samo. Ale wróćmy do głównego wątku. Poznałem Założyciela Opus Dei osobiście 24 października 1972 roku w Madrycie, w szkole Tajamar, która jest dziełem korporacyjnym Opus Dei w biednej dzielnicy Vallecas. Miałem wtedy 17 lat i od półtora roku prosiłem o wstąpienie do Opus Dei. Pamiętam, że byłem tam z moim przyjacielem Jose Luisem, który nigdy nie należał i do dziś nie należy do Dzieła. Baliśmy się trochę pójść do Vallecas („czy nie okradną nas” – pytaliśmy się wzajemnie, ponieważ wtedy Vallecas była to niebezpieczna dzielnica Madrytu), ale trzymaliśmy się razem i ze stacji metra Portazgo szliśmy przez slumsy. To była prawdziwa bieda; teraz dzielnica zmieniła się całkowicie, wygląda fantastycznie, poziom ekonomiczny i kulturalny podniósł się znacznie.
   Znaleźliśmy się w wielkiej sali, istniejącej do dzisiaj, podobnej do teatru. Było nas około tysiąca młodych ludzi. Ojciec (tak zwracamy się do naszego Założyciela w Dziele) był bardzo naturalnym i radosnym człowiekiem, całkiem normalnym księdzem. Bardzo otwarty i sympatyczny. Zauważyłem, że mówi o Bogu lub opowiada o prostych rzeczach takim samym tonem głosu. Padały różne pytania. Pamiętam, że obok mnie ktoś, szczęściarz, sięgnął po mikrofon i zadał takie pytanie: - Ojcze jaką cnotę ludzką najbardziej Ojciec lubi? Odpowiedź była szybka i konkretna. Św. Josemaría miał dar trafiania do ludzi: - Lojalność! W tym czasie niewierności wobec Chrystusa i Kościoła trzeba być lojalnym, jak żołnierz na warcie. I, aby być lojalnym, bądźmy szczerzy, miłujmy prawdę i mówmy całą prawdę.
   Wróciłem do domu pełen zapału. Niektórzy mówią, że w pobliżu Założyciela Opus Dei czuli, że świętość jest łatwa. Ja tego nie potwierdzam, obok niego czułem, że świętość jest atrakcyjna, że świętość jest możliwa, że jest moim wezwaniem, ale, że łatwa nie jest. Wróciłem do domu i porozmawiałem z rodzicami. Moja mama była przeciwna Dziełu. Dla zrozumienia sytuacji, trzeba wyjaśnić, że mój drugi brat, też należący do Dzieła, mając 18 lat odszedł z domu rodziców, aby zamieszkać w Ośrodku Opus Dei. Dla mamy, mającej dziewięcioro dzieci, nie było sprawą łatwą pozwolić, aby kolejny syn opuścił dom rodzinny, w tak młodym wieku. Miała za to żal do Dzieła (ja teraz potrafię to wspaniale zrozumieć). Powiedziałem moim rodzicom: - Powinniście koniecznie poznać Założyciela, jutro jest spotkanie dla rodziców i mam wejściówki dla was. Nalegałem wiele razy i w końcu powiedzieli: - Dobrze idziemy. Mnie tam wtedy nie było. Spotkanie było tylko dla małżeństw. Kiedy wrócili do domu zapytałem: - No i jak poszło? Moja mama odpowiedziała: - Ten ksiądz jest świętym, możecie zrobić, co chcecie. I faktycznie od tego momentu nie miałem żadnych problemów. 6 października 2002 r., na mszy świętej kanonizacyjnej św. Josemaríi, byłem (na placu św. Piotra) razem z moją mamą, dwoma braćmi i siostrą.
   Od ósmego do piętnastego kwietnia 1974 r. uczestniczyłem w Rzymie w międzynarodowym kongresie UNIV (około pięciu tysięcy studentów) podczas Wielkiego Tygodnia. Tam wziąłem udział w dwóch spotkaniach z Założycielem i byłem pod wrażeniem w jaki sposób mówił o miłości jaką mamy żywić dla papieża. W Wielką Środę mieliśmy audiencję z Papieżem Pawłem VI w sali konferencyjnej Aula Nervi (teraz nazwana Aula Pawła VI). I uczyniłem coś wyjątkowego, wszedłem na krzesło i na barierę. Na wysokości prawie dwóch metrów od ziemi wyciągnąłem moją rękę i zaryzykowałem upadek by uścisnąć dłoń Papieża Pawła VI, którego właśnie niesiono na krześle gestatorii. Widziałem jak Papież Paweł VI pochylił się a także ze swojej strony wyciągnął rękę. Mocno trzymałem Jego dłoń i powiedziałem do niego: Jesteśmy z Tobą! (to nie była sprawa łatwa, jak później z Janem Pawłem II, który tak dotykany był przez wszystkich).
   18 maja tego samego roku znowu byłem ze św. Josemaríą w Colegio Mayor Montalbán w Madrycie. Na tym spotkaniu było nas około dwustu osób, wszyscy z Dzieła w wieku studenckim. Trwało to około godziny, tam padały różne pytania z naszej strony i natychmiastowe odpowiedzi od naszego Ojca, pełne dobrego humoru. Była prosta i przemiła rodzinna rozmowa. Byłem wtedy na drugim roku matematyki na Uniwersytecie Complutense. Zapamiętałem dużo. Chciałbym tylko wspomnieć jak Założyciel w trakcie rozmowy zamilkł, zrobił przerwę i patrząc na nas w ciszy, patrzył na mnie i na każdego z nas. Trwało to może minutę czy dwie, nie pamiętam jak długo i powiedział: - czy wiecie dlaczego tak bardzo was kocham? Ponieważ widzę w każdym z was Chrystusa młodego.
   Ta odpowiedź daje, według mnie, klucz do zrozumienia tego świętego: widział Chrystusa w każdym człowieku, miłował Chrystusa i ludzi do szaleństwa. 31 maja 1975 r. także w Colegio Mayor Montalbán przy ul. Diego de Leon, udzielił nam swojego błogosławieństwa. Pojechaliśmy samochodem na lotnisko Barajas za nim. Jechał powoli, a nasz samochód cały czas za nim. Założyciel serdecznie nas pozdrawiał z tylnego siedzenia. Wjechał na lotnisko przez szczególne wejście, a my za nim. Św. Josemaría wysiadał z samochodu. My również. Przywitał się z parą małżonków należących do Dzieła: - Ojcze, Ojciec musi dbać o siebie, potrzebujemy Cię. - Tak, ale z nieba mogę lepiej wam pomóc. Założyciel wsiadał do mikrobusu prowadzącego do samolotu do Rzymu, ulokowałem się u jego boku, patrzył na mnie, patrzył na mnie cały czas. Trwało to nie sekundy, ale minuty, nic nie mówił, słowa były zbędne, ale można było czuć jego modlitwę za mnie. Wiem, że prosił Pana Boga, aby ten młodzieniec był dobry i wierny.
   Po trzydziestu siedmiu latach w Opus Dei i dwudziestu siedmiu jako ksiądz, kiedy czytam różne artykuły o Dziele i o św. Josemaríi, wiem, że to co ja poznałem i poznaję na co dzień, nie ma nic wspólnego z masonerią, z tajemnicą, z elitą tylko dla niektórych, z pieniędzmi, z polityką itd. Może tkwi tutaj jakiś skomplikowany problem hermeneutyczny. Wiem, że ten duch Opus Dei i jego święty Założyciel prowadzą mnie każdego dnia do Chrystusa, do prawdy. Czytając encyklikę Fides et ratio Jana Pawła II byłem zaskoczony ile razy używane jest słowo prawda. Więc wszystko wskazuje na to, że prawda pozostaje prawdą też z innych punktów widzenia.

4. Dlaczego krytykuje się Opus Dei?

Bóg ukoronuje własną budowę krzyżem
   Od samego początku Opus Dei spotykało się z przeciwnościami. Dlaczego? Może najprostsza i trafiona odpowiedź to: każde Dzieło Boże zawsze związane jest z Krzyżem Chrystusa. Chrystus ciągle jest znakiem sprzeciwu i ci, którzy pragną go naśladować muszą liczyć się z przeciwnościami. Wiele już zostało napisane na ten temat, z mojej strony daję osobistą odpowiedź, tak jak widzę z mojego punktu widzenia.
   Myślę, że przeciwności wobec Opus Dei rodzą się z jego misji i jego charyzmatu. Od początku orędziem św. Josemaríi było głoszenie powszechnego powołania do świętości, wezwanie do przeżywania Ewangelii w sposób radykalny. Nie tylko głoszenie, ale powołanie ludzi, którzy –jako świeccy i wśród świata – żyją po chrześcijańsku w małżeństwie i w celibacie na sto procent. Nosić i głosić Ewangelię poza kościołami, poza zakrystiami, w tych miejscach gdzie ludzie żyją, pracują i bawią się: uświęcać świat od wewnątrz! Na to wielu ludzi nie chce się zgodzić.
   Dwa przykłady: Uniwersytet Międzynarodowy z Barcelony książka „Kod da Vinci”. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych grupa ludzi nauki (niektórzy z Dzieła, inni nie) chcieli założyć Uniwersytet w Barcelonie pragnęli, aby nazywał się: Uniwersytet Wolny z Barcelony. Nazwa nie została zaakceptowana. Z jakiego powodu? Odpowiedź była następująca: ponieważ ludzie związani z Kościołem nie mogą być wolni. Tylko liberałowie i wolnomyśliciele mają prawo do używania tego słowa.
   Kod da Vinci: wszyscy znamy treść książki i filmu, mimo, że wielu z nas ani nie czytało jej, ani nie oglądało filmu, i może nie mamy szczególnej ochoty tego czynić. Dlaczego? Ponieważ wiemy dokładnie, że tam prezentuje się postać Chrystusa zdeformowanego przesądami wizji autora. Stare przysłowie mówi, że każdy złodziej myśli, że wszyscy kradną. Człowiek zmysłowy, który ma obsesję na punkcie seksu, ciągle patrzy na wszystko z tego punktu widzenia. I w ten sposób została napisana książka: pod chorobliwym widzeniem pisarza. Celibat, czystość, dziewictwo, miłość jako agape i ofiara są nie do zrozumienia dla tego autora, jak i dla wielu innych. Rzeczywiście nie ma mowy o Bóstwie Chrystusa: wszystko jest czysto ludzkie, bez wymiaru nadprzyrodzonego; jest to wymiar ludzki, podły. Kiedy człowiek nie ma wiary trudno mu zrozumieć Chrystusa, Kościół i jego instytucje, trudno więc zrozumieć Opus Dei. „Kod da Vinci” atakuje Dzieło, ale jest to śmieszne i niepoważne. Najgorsze już wiemy: tam bluźni się przeciwko naszemu Panu. To, że w tym samym worku znajduje się Dzieło jest drugorzędne, ale wymowa tego jest taka: kto atakuje Dzieło może i również idzie przeciwko Bogu.

Krytyka wewnątrz Kościoła – problem instytucjonalny
   Czy Opus Dei nie było również krytykowane przez ludzi Kościoła? Tak, wiemy z biografii Założyciela, że od początku były różne nieporozumienia, zazdrości i niechęci. Z jednej strony z powodu samej nauki: głosić w latach dwudziestych i trzydziestych powszechne powołanie do świętości bez oddalania się od świata, więcej: w samym świecie – dla niektórych brzmiało to jak herezja. Niektórzy pobożni zakonnicy czuli jako obowiązek rozmawiać z rodzicami ludzi z Dzieła i przestrzegać ich, że ich syn wpadł w herezję, że Założyciel Opus Dei hipnotyzuje młodych ludzi i przekonuje ich, że można być świętymi w świecie. Z drugiej strony niektórzy myśleli, że tylko oni mają prawo zajmowania się duszpasterstwem wśród studentów. Św. Josemaría myślał inaczej i szukał studentów, którzy przełączyli się do niego dobrowolnie wybierając inną formację, inną drogę. Wtedy burzyły się zazdrość i niechęć.
   Oprócz tego od 2 października 1928 r. (dzień założenia natchnieniem Boskim Opus Dei) aż do 28 listopada 1982 r. (dzień erygowania Opus Dei jako Prałatury Personalnej) istniał tak zwany problem instytucjonalny Opus Dei. Problem polegał na tym, że nie pasowały do charyzmatu Dzieła różne formy prawne otrzymane od hierarchii Kościoła. Z tego powodu Dzieło musiało przede wszystkim wyjaśnić to, co nie jest Dziełem. Z tego powodu rozumiemy jego rezerwę i milczenie. Z trudem Opus Dei tłumaczył na czym właściwie polega jego działanie duszpasterskie, że nie idzie przeciw diecezji, ani równolegle do nich, ani nie chce być kościołem w Kościele.
   Niektórzy uważali, że Dzieło – czy ludzie z Dzieła – mieli trudności w wyjaśnieniu własnego charyzmatu. Zamykali się. Rzeczywiście niełatwą sprawą było wyjaśnić czym jest Dzieło. Na przykład, od końca lat pięćdziesiątych do początku osiemdziesiątych w rozmowach z biskupami diecezjalnymi trzeba było wyjaśnić, że w rzeczywistości Opus Dei nie jest instytutem świeckim, mimo, że według prawa kanonicznego tak było. Niektórzy biskupi mogli podejrzewać, że ci księża i panowie nie wiadomo w co grają. Z drugiej strony podstawowe działanie duszpasterskie diecezji kręci się wokół parafii, parafia jest komórką organizacji Kościoła. Duszpasterstwo Opus Dei zachęca jak najbardziej do uczestniczenia w życiu parafialnym, ale również kładzie nacisk na własne środki formacyjne, aby żyć po chrześcijańsku tam gdzie chrześcijanin żyje i pracuje. Człowiek jest chrześcijaninem nie tylko z tego powodu (dobrego i potrzebnego), że chodzi do kościoła, ale przede wszystkim z tego, że żyje z Chrystusem i naśladuje Go w swoim życiu codziennym. Chrześcijanin jest apostołem nie tylko z tego powodu (dobrego i potrzebnego), że chodzi do kościoła z rodziną i przyjaciółmi, ale przede wszystkim, z tego powodu, że tłumaczy przykładem i słowem na czym polega być chrześcijaninem w miejscu pracy, w ognisku domowym.

Krytyka ze strony byłych członków Dzieła – prośba o przebaczenie
   Człowiek jest człowiekiem, chce czy nie chce: nie ma wyboru. Człowiek jest chrześcijaninem jeżeli jest ochrzczony, chce czy nie chce: nie ma wyboru. Człowiek staje się lepszym człowiekiem rozwijając swoje zdolności, chrześcijanin staje się naprawdę chrześcijaninem czyli świętym, jeżeli chce nim być. Czasami w życiu przychodzi kryzys, przychodzi moment, gdy człowiek już nie może być tylko chrześcijaninem z tradycji czy przyzwyczajenia, ale z wolnego wyboru.
   Niektóre decyzje człowieka angażują go na całe życie. Małżeństwo, kapłaństwo: to powołanie z charakteru sakramentalne. Powołanie zakonne: to boski wybór z własnymi sobie regułami. Powołanie do Opus Dei istnieje i określa sposób przeżycia powołania chrześcijańskiego w sposób stały i na serio. Jest to wybór Boski, ale i również wybór człowieka. Bóg woła i człowiek odpowiada dobrowolnie, ponieważ chce. Jeżeli przychodzi czas, w którym człowiek nie widzi, nie chce, nie potrafi więcej odpowiadać na to wezwanie, można i chyba trzeba przestać naśladować Chrystusa w ten sposób, według ducha Opus Dei. Zachowując zawsze godność ludzką i chrześcijańską: powołanie, by być człowiekiem i świętym.
   Ludzi, którzy byli w Opus Dei i przestali być można podzielić na 2 grupy: tych, którzy są zadowoleni i wdzięczni za czas spędzony w Dziele, i tych, którzy nimi nie są. Tych ostatnich można również podzielić: na tych, którzy zapomnieli o Dziele i tych, którzy przeżywali osobisty dramat. Wśród tych ostatnich może ich osobiste dramaty są związane z błędami ludzi z Dzieła. Jestem przekonany, że droga Opus Dei prowadzi do Boga, do własnej i cudzej świętości, i zbawienia. Natomiast człowiek, który przestaje być w Dziele automatycznie nie umieszcza się w drodze do zatracenia, nie jest potępiony, nie idzie do piekła. To prawda, że wierni z Dzieła pragną, aby reszta członków była wierna, ale nie wolno im stosować żadnej przemocy: ani – aby wstąpili, ani – aby wystąpili. Cały czas człowiek jest wolny i z powodu własnej wolności wchodzi lub wychodzi z Dzieła. Pragnienie, aby wszyscy byli wierni Opus Dei może kiedyś doprowadziło niektórych ludzi z Dzieła do zbyt wygórowanych wymagań, nie szanując do końca osobistej wolności innych. Obecny Prałat Opus Dei (bp Javier Echevarría) reprezentując Dzieło prosił kilka razy o przebaczenie za to, co ludzie z Dzieła nie czynili dobrze, co mogło ranić innych.

Moje osobiste doświadczenie
   W moich ponad trzydziestu siedmiu latach w Opus Dei widziałem jak wiele osób z Dzieła straciło swoje powołanie. Będąc licealistą, w październiku 1970 r., kolega z Dzieła i z mojej klasy zaprosił mnie na medytację do Ośrodka Opus Dei umieszczonego na placu Arguelles. Kilka miesięcy później, w maju 1971 r., ta sama osoba pokazywała mi w szkole tygodnik pornograficzny. Reagowałem gwałtownie i mocnym słowem przerwałem kontakt z nim. Już wtedy dowiedziałem się, że przestał należeć do Dzieła i żyje daleko od Boga.
[image]
   Przyprowadziłem do ośrodka mojego najlepszego przyjaciela ze szkoły. Poznał Dzieło i kilka miesięcy później poprosił o wstąpienie. Minęły cztery lata i wystąpił z Dzieła. Do dzisiaj utrzymuję kontakt z nim, ciągle jesteśmy przyjaciółmi. Jest dobrym informatykiem, ojcem rodziny, praktykującym chrześcijaninem, z wielkim szacunkiem i uznaniem do Dzieła. Mieszkałem z różnymi numerariuszami, którzy przestali nimi być. W różnym wieku i na różnych stanowiskach. Kiedyś był nim dyrektor ośrodka, który z dnia na dzień spakował się i odszedł. Wiadomo było jednak od wiele miesięcy, że ta osoba nie jest szczęśliwa i może nie wytrwać. Niektórzy razem z utratą powołania do Dzieła przestali wierzyć, oddalili się od Boga. Inni nie: pół na pół. Niektórzy byli młodzi, niektórzy już prawie starzy – ponad czterdzieści lat w Dziele.
   Mam świadomość, że również z mojej winy, z mojego złego przykładu, mojego braku miłości czy egoizmu, mogłem przyczynić się do zgorszenia, do niewierności. Za to, co z mojej strony było ciemne i złe dla innych proszę mojego Boga, a również ich o przebaczenie.
   Dużo ludzi było i jest wiernych – ten, który prowadził dla mnie krąg i ten, który mówił mi o powołaniu. Tak dużo numerariuszy z Centrum Studiów Santillana, z Kolegium św. Krzyża Cavabianca w Rzymie, tak wiele osób w Tajamar, moi dwaj rodzeni bracia – byli i są po dzień dzisiejszy wierni. Mój tata też był w Dziele – aż do końca, aż do swojej śmierci. W 1981 roku 62 numerariuszy z Dzieła otrzymało święcenia kapłańskie z rąk kardynała Rogera Etchegaray’a. Według moich informacji wszyscy trwają w swoim powołaniu kapłańskim, tylko jeden przestał należeć do Dzieła, ale ciągle pracuje jako kapłan w jakiejś diecezji. Więc, to jest logiczne, że niektórzy nie zostają w drodze, ale Bogu niech będą dzięki za wysoki procent wierności w powołaniu do Dzieła.

■ Ks. Ignacy Soler – przekazany przez autora tekst wykładu wygłoszonego w Duszpasterstwie Ludzi Pracy ’90 (25.09.2008).

(c) 2006-2017 http://www.dlp90.pl