Bitwa pod Legnicą - bitwa z niewiernymi

Okrągła rocznica bitwy rycerzy krakowskich, wielkopolskich i śląskich wspartych joannitami i templariuszami z tyleż egzotycznymi, co strasznymi Mongołami minęła kilka dni temu - 9 kwietnia. I stała się dla historyków dobrą okazją, by raz jeszcze przyjrzeć się wydarzeniom, zdawałoby się, dokładnie opisanym i nie kryjącym niespodzianek. W rocznicowym sympozjum w Legnicy uczestniczyła prof. dr hab. Anna Pobóg-Lenartowicz, dyrektor Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego.

Dwie Legnice
   - Niezwykle intrygującą ciekawostkę przedstawił tam dr Mrozowicz, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego - relacjonuje pani profesor. - Wzbudził on wśród organizatorów konferencji sporo niepokoju. Podważył bowiem miejsce słynnej bitwy! Wykazał, że XIII-wieczne źródła notują istnienie obok miejscowości Legenicz drugiej o bardzo podobnej nazwie - Legnic. Tę drugą Legnicę zaczęto już w XIV wieku pod wpływem zachodnich osadników nazywać Bernstadt, a obecnie nosi ona nazwę Bierutów. I leży koło Oławy.
   Hipotezę, iż bitwa pod Legnicą mogła się rozegrać w rzeczywistości pod Oławą, zdaje się potwierdzać fakt, iż tam, gdzie historycy dotychczas umieszczali miejsce starcia - na Legnickim Polu - nie znaleziono choćby kawałka miecza, hełmu czy innego rycerskiego żelastwa, choć poszukiwania trwały od lat 60. XX wieku. Część historyków chce wierzyć, że to miejscowi chłopi ograbili zwłoki wojów z wszelkiego metalu.
   - Ale warto przypomnieć - dodaje prof. Pobóg-Lenartowicz - że profesor Tomasz Jasiński już 20 lat temu, przy okazji 750. rocznicy bitwy, zauważył, że w autografie kroniki Długosza był pierwotnie zapis o tym, iż Tatarzy uderzyli na wojska Henryka Pobożnego właśnie koło Oławy. Dopiero kilka lat później Długosz we wrocławskim klasztorze Dominikanów przeczytał żywot Czesława Odrowąża (krewnego św. Jacka, dziś błogosławionego), a w nim pobożną legendę o Czesławie ratującym Wrocław przed Tatarami. Dzięki gorliwym modłom zakonnika na niebie pojawiła się ognista kula, która przeraziła napastników. Pod wpływem tej opowieści Długosz miał wyskrobać z autografu Oławę i przesunąć bitwę bliżej Wrocławia. Potwierdzają to badania manuskryptu w podczerwieni.

Dziejopis czy bajkopis
   Kłopoty historyków z bitwą legnicką biorą się głównie stąd, że relację o jej przebiegu zanotował dopiero Jan Długosz ok. 200 lat po zdarzeniu. Miał on korzystać z nieistniejącej już dziś XIII-wiecznej kroniki dominikanów z Raciborza. Tyle tylko, że Długosz był bardziej Sienkiewiczem swoich czasów, czyli pisarzem historycznym niż historykiem naukowcem w dzisiejszym rozumieniu. Kiedy brakowało mu źródeł, śmiało uzupełniał braki wyobraźnią. Opisał na przykład szczegółowo chrzest Polski, wzorując się na podobnych uroczystościach, jakie widział w XV w.
   W sprawie bitwy pod Legnicą też trochę pofantazjował. Wśród szyków książęcych umieścił Krzyżaków i nawet uśmiercił rękami niewiernych wielkiego mistrza Poppona von Osterna, kierując się stereotypem: tam, gdzie chrześcijańscy wojowie biją się z poganami, tam powinni być rycerze krzyżowi.
   - W rzeczywistości z Tatarami bili się pod Legnicą joannici i templariusze - mówi profesor Lenartowicz. - Krzyżaków tam nie było, a podpis wielkiego mistrza von Osterna znajdujemy na dokumentach o kilkanaście lat późniejszych niż bitwa. Długosz, nawet jeśli opierał się na jakichś XIII-wiecznych dokumentach, mógł pomylić Krzyżaków z krzyżowcami, czyli uczestnikami krucjat do Ziemi Świętej.
   Prawdopodobnie właśnie dość swobodne podejście Długosza do faktów sprawiło, że w latach 80. ubiegłego stulecia pojawiły się sugestie (m.in. Jerzego Mularczyka), iż kronikarz w sprawie Legnicy zmyślił wszystko. Stąd był już tylko krok do przypuszczenia, że takiej bitwy w ogóle nie było, zaś Henryk Pobożny natknął się po prostu przypadkiem na jakiś oddział Mongołów w lesie i został przez nich zamordowany.

Opolski bohater czy zdrajca?
   Obecnie historycy podchodzą do Długoszowych rewelacji z nieufnością, ale zakładają, że bitwa miała jednak miejsce. Ilu rycerzy się w niej biło? Z upływem stuleci liczba wojsk po obu stronach maleje. Siły tatarskie oceniano niegdyś nawet na 70 tysięcy żołnierzy. Dziś historycy skłonni są przypuszczać, że było ich raczej prawie dziesięć razy mniej. Po stronie polskiej biły się cztery hufce, zdaniem Jerzego Maronia, autora książki "Legnica 1241", liczące łącznie niewiele ponad 2 tysiące ludzi. Inni historycy szacują ich liczebność na około 6-7 tys.
   Skąd w ogóle wzięli się Mongołowie na dzisiejszym Dolnym Śląsku? Byli ludem ekspansywnym. Zajęli m.in. Państwo Środka, adaptując przy okazji dla własnych potrzeb zdobycze chińskiej cywilizacji. Skoro zajęli Wschód, ruszyli po zdobycze na Zachodzie. Po zajęciu Rusi celem ich ataku stały się bogate Węgry. Wyprawa części sił mongolskich na Polskę, w tym Śląsk, była najpewniej formą wojny prewencyjnej i miała zapobiec udzieleniu Węgrom pomocy.
   Pierwsze oddziały zwiadowcze pojawiły się w Polsce w styczniu 1241 roku. Tatarzy spalili Lublin i Zawichost. W lutym duże oddziały pojawiły się w Sandomierskiem. Bolesław Wstydliwy porzucił wtedy swoją dzielnicę i uciekł na Węgry. W lutym pod Wielkim Turskiem Polacy ponieśli ogromne straty. 18 marca pod Chmielnikiem pokonane zostało rycerstwo małopolskie.
   Na tle pasma zwycięstw najeźdźców warto zauważyć, że jedynej porażki doznali oni pod Raciborzem, a przyczynił się do niej książę opolski Mieszko II Otyły. - Prawdopodobnie księciu udało się pokonać jakiś jeden oddział tatarski, który wyprawił się w te okolice w celach zwiadowczych - uważa prof. Lenartowicz. - Na przełomie marca i kwietnia pod Racibórz dotarły główne siły Mongołów. Nie wiadomo, czy zatrzymali się, by oblegać miasto, czy tylko dla opieki nad rannymi. Gdy zorientowali się, że Mieszko opuścił Racibórz i udał się pod Legnicę, ruszyli za nim. Nie powiodła się próba ich powstrzymania przez załogę opolskiego grodu.
   Rola, jaką odegrał Mieszko pod Legnicą, jest mocno kontrowersyjna. Z jednej strony wraz z Sulisławem, bratem wojewody krakowskiego, dowodził jednym z oddziałów wojsk książęcych i - jak pisze Długosz - szczęśliwie i wytrwale prowadził walkę z trzema oddziałami Tatarów. Jednocześnie przylgnęła do niego etykietka zdrajcy, który uciekł z pola bitwy, pociągnął za sobą wielu żołnierzy, przyczyniając się do klęski rycerstwa.
   Jeśli wierzyć przekazom, Tatarom udało się wywołać panikę w hufcu opolsko-raciborskim. Jej sprawcą miał być dywersant, być może jeniec, który krzyczał okropnie, bieżajcie, bieżajcie, czyli uciekajcie, płosząc polskie oddziały, a tatarskie zachęcając do boju. Mieszko miał ujść do zamku w Legnicy.
   Anna Pobóg-Lenartowicz osądza opolskiego księcia mniej surowo. - Nie szafujmy tak łatwo mianem zdrajcy - mówi. - Być może miała to być ucieczka pozorowana, by odciągnąć część wojsk tatarskich z pola bitwy, a podstęp się nie udał. Nie można wykluczyć, że książę Mieszko miał za zadanie obronę legnickiego zamku, w którym znajdowali się synowie Henryka.

Sześć palców Henryka II
   Chaos w polskich szeregach powiększyły prawdopodobnie użyte przez Tatarów gazy bojowe. Jeśli wierzyć Długoszowi, między mongolskimi chorągwiami była jedna szczególnej wielkości zwieńczona szpetną głową, z której buchnęła "para gęsta, dym i wiew tak smrodliwy, że Polacy ledwo żywi, ustali na siłach i niezdolni się stali do walki". Być może użyciem gazów Mieszko Otyły tłumaczył swoją klęskę. Jakoś musiał wyjaśnić, że książę Henryk II zginął, a on żyje. Jaki był skład owej "broni chemicznej", dokładnie nie wiemy. Być może, jak przypuszcza Maroń, napastnicy użyli silnie trujących roślin, np. tojadu, palącej gorczycy, siarki i roślin oleistych.
   - Gazy bojowe i maszyny oblężnicze na pewno były używane przez Chińczyków, a Mongołowie przejęli od nich sztukę prowadzenia walki - dodaje prof. Lenartowicz - ale absolutnej pewności, czy gazów użyto pod Legnicą, nie ma. Długosz mógł czytać o nich gdzie indziej.
   Poza sporem jest śmierć Henryka Pobożnego, ale nie sposób, w jaki zginął. Według Długosza Tatar przebił go włócznią, a potem napastnicy ścięli mu głowę. Według "Historii Tartarorum" Tatarzy kazali księciu uklęknąć przed zwłokami księcia mongolskiego, który zginął w Małopolsce lub w Sandomierzu, a gdy odmówił, ścięli mu głowę mieczem. Obnażone ciało księcia odnaleziono dzięki wskazówce żony, miał on sześć palców u lewej stopy. Głowę księcia zdobywcy pokazali na postrach mieszkańcom Legnicy, choć samego grodu nie zdobywali.
   - Wersja ze ścięciem Henryka i zmuszaniem go do oddania hołdu mongolskiemu księciu jest prawdopodobna - uważa Anna Lenartowicz. - Mongołowie istotnie wozili ze sobą ciała zabitych dowódców, krewnych Czyngis-chana, by je pochować dopiero w ojczyźnie.
   Można dyskutować, czy bitwa pod Legnicą jest swego rodzaju zapowiedzią współczesnej wojny kulturowej chrześcijaństwa i islamu. Formalnie nie, bo potomkowie Czyngis-chana przyjęli wiarę Proroka dopiero w następnym stuleciu. Ale w jego armii byli oczywiście muzułmanie, a także chrześcijanie obrządku nestoriańskiego i prawosławni Rusini. Według średniowiecznych standardów wszyscy byli niewiernymi.
   A Mongołowie spod Legnicy wrócili przez ziemię otmuchowską na pogranicze morawsko-czeskie, a stamtąd na Węgry, łącząc się z siłami głównej armii. Kolejne napady Mongołów na Polskę - już z Rusi - miały przyjść dopiero po latach.

■ Krzysztof Ogiolda – „Nowa Trybuna Opolska”, http://www.nto.pl/magazyn/reportaz/art/4204933,bitwa-pod-legnica-bitwa-z-niewiernymi,id,t.html (dostęp: 15.04.2011, aktualizacja: 17.04.2011)

(c) 2006-2018 http://www.dlp90.pl