Kulisy wprowadzenia stanu wojennego

Z Krystyną Sobierajską – wieloletnią przewodniczącą Solidaritet Norge-Polen w Bergen, rozmawia Irena Stachura

Kiedy i dlaczego wyjechałaś z Polski!
Do Norwegii przyjechałam we wrześniu 1984 r. na skutek represji stanu wojennego.

Dlaczego akurat do Norwegii?
Wtedy ja o niczym nie decydowałam. Byłam tak wyniszczonym i osaczonym człowiekiem, że każdą życzliwość przyjmowałam z ogromną wdzięcznością. W Ambasadzie Norweskiej w Warszawie otrzymałam wielką pomoc w najtrudniejszym okresie swego życia.
Swą wdzięczność dla Norwegów zachowam na zawsze.

Jak dużo czasu potrzebowałaś na powrót do dawnej formy?
Myślę, że trwało to około 5 lat. Na początku każdy zgrzyt samochodu za oknem przyprawiał mnie o utratę oddechu, a najbardziej cieszyło posiadanie własnego klucza, którym mogłam zamknąć drzwi od środka i otworzyć je z własnej woli. Prześladowały mnie sny o nagłym powrocie do miejsc niechcianych lub o bezsilności wobec zadań, których winnam się podjąć.
   Zresztą tutejsze realia też były trudne. Poza zwykłymi trudnościami z przystosowaniem się do nowych warunków przyszło mi się spotkać ze zjawiskiem wówczas niepojętym. Otóż okazało się, że moja postawa jest deprecjonowana środkami zgoła przypominającymi esbeckie zabiegi w Ojczyźnie. Chętnie podważano autentyczność mojego zaangażowania kolportując najróżniejsze pomówienia. Nawet tłumacz rozpowszechniał informacje o fałszywych dokumentach z aresztowań, na których brak było podpisów naczelników czy prokuratorów (którzy w istocie bali się składania własnych podpisów licząc się z odwetem Solidarności). Po latach okazało się, że Ambasada PRL we współpracy z polską służbą bezpieczeństwa uruchomiła swoich agentów aby przeciwdziałać mojej aktywności i konsolidacji środowiska polskiego w Bergen. Mało kto rozumiał, że sprawa jest zorganizowana i konsekwentnie prowadzona przez fachowców od dobrze sprawdzonych metod socjotechnicznych. Ta sytuacja nie sprzyjała leczeniu polskich ran, choć ze strony Norwegów spotykałam się przez cały czas z wielkim zrozumieniem i pomocą.

W Twoim wypadku decyzja o emigracji była raczej wypadkową zdarzeń niż wyborem. W jakim stopniu i po jakim czasie mogłaś zaakceptować swoją obecność tutaj?
Do czerwca 1989 r. uważałam swoją emigrację za fakt nieodwracalny przez analogię do sytuacji emigracji powojennej czy z roku 1968. Dla mojej generacji władza i tak była łaskawa pozwalając na korespondencję z bliskimi, choć demonstracyjnie cenzurowaną oraz na odwiedziny – choć nie wszyscy zapraszani otrzymywali paszporty, a wielu było po powrocie przesłuchiwanych, szantażowanych i werbowanych do współpracy. Po wyborach z 4 czerwca 1989 roku pozwoliłam sobie na uwolnienie więzionej myśli o powrocie do Kraju. Droga od marzeń do realnych możliwości okazała się długa. W Polsce straciłam wszystko; przyjechałam tu z paszportem „w jedną stronę” i z dwoma walizkami. Tam trzeba budować wszystko od nowa. Mam nadzieję, że mój powrót okaże się możliwy w krótkim czasie.

Czy możesz opowiedzieć czym zajmowałaś się w Polsce?

[image]
Członkowie delegacji Zarządu Regionu Dolny Śląsk składają kwiaty pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców w Gdańsku podczas I Krajowego Zjazdu Solidarności we wrześniu 1981 roku. Od lewej: Jerzy Szulc, przewodniczący "Solidarności" wałbrzyskiej, Ryszard Sawicki, przewodniczący "Solidarności" Zagłębia Miedziowego oraz Krystyna Sobierajska.

Jestem z zawodu nauczycielką języka polskiego, absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Do 1980 r. pracowałam kolejno w kilku szkołach w Legnicy i w województwie. Do czasów „Solidarności” mój życiorys był dosyć typowy dla mojego pokolenia. Zaliczyłam kolejne piętra szkolne spełniając nadzieje moich rodziców na awans pokoleniowy. Oni też bezradni wobec doświadczeń wojny i zupełnie niepojętej rzeczywistości powojennej wyposażyli mnie na życie w jedną dewizę: ty się do niczego nie mieszaj, bo z „nimi” nikt nie wygra. Nie opowiedzieli mi jednak kto są „ci”, kto „tamci”. Tej wiedzy poszukiwałam sama błądząc straszliwie. Gnała mnie potrzeba udziału w budowaniu rzeczy ważnych i słusznych. Skala owych rzeczy była mała, na miarę prowincjonalnego miasta. Jednak trzeba było nader często stawać w sytuacjach konfrontacyjnych, aby zachować bodaj poczucie przyzwoitości. Strajki sierpniowe wstrząsnęły mną do głębi. To było coś, na co podświadomie czekałam, jednocześnie panicznie się bałam o los stoczniowców i Polski. Czułam, że nie można czekać, że jeśli Gdańsk nie dostanie poparcia, to wszyscy będziemy odpowiedzialni za kolejną tragedię na Wybrzeżu. Po powrocie z wakacji chciałam się przyłączyć do ludzi, którzy już coś robili w tej sprawie. Wierzyłam, że tacy są w moim mieście. Nie znalazłam nikogo. Zaczęłam sama organizować „Solidarność” i wtedy spotkałam kilku robotników i jednego kolegę ze Służby Zdrowia, którzy robili to samo. Było nas wtedy naprawdę mało, odliczając podstawionych od pierwszych dni agentów bezpieki. Czas był pełen napięć i lęku. Pracowało się po 20 godzin na dobę, pojawiało się coraz więcej ludzi, wielu wspaniałych, bezinteresownych patriotów. Czuliśmy się razem mocniejsi, choć liczyliśmy się z najgorszym. Wiedzieliśmy, że siedzimy na wulkanie: robiliśmy to pod bokiem dowództwa Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, której siedzibą była Legnica, a naczelnikiem i rezydentem – gen. Kulikow. Najważniejsze było przełamanie strachu. To się stało częściowo po pierwszych odwiedzinach SB, kiedy udało mi się zachować zimną krew i pewność siebie. Oczywiście, była to gra, bo ani zimna krew ani pewność siebie nie były mi właściwe. Po szczęśliwej rejestracji Związku wszystko potoczyło się błyskawicznie i raczej wbrew mojej woli. Organizowałam „Solidarność", bo nie widziałam nikogo w moim środowisku, kto by to robił. Nie zamierzałam rezygnować z zawodu na rzecz pracy w „Solidarności”. Nie chciałam kandydować do władz. Ludzie to jednak odbierali jako odejście od idei, do których ich namawiałam. Musiałam więc przyjmować kolejne funkcje: przewodniczącej „Solidarności” Nauczycielskiej w województwie, wiceprzewodniczącej Międzyzakładowej Komisji dla Zagłębia Miedziowego i członka Prezydium Zarządu Okręgu Dolny Śląsk. Od czerwca 1981 r. brałam udział w pracach Komisji Krajowej i z ramienia tejże Komisji reprezentowałam „Solidarność” w październiku tegoż roku we Francji na zaproszenie tamtejszych Związków Zawodowych, gdzie byliśmy też podejmowani przez ówczesne władze polityczne Francji. Muszę dodać, że wśród sześcioosobowej delegacji z Lechem Wałęsą i prof. Geremkiem był również oficer wywiadu MSW, któremu udało się pozyskać funkcję Przewodniczącego Zarządu Regionu w Pile i zaufanie Lecha Wałęsy. Prowadził działalność agenturalną przez cały okres „Solidarności”.

[image]
Delegacja "Solidarności" we Francji - październik 1981 r. Wielki mityng w centrum Paryża zgromadził ok. 10 tys. osób. W imieniu "Solidarności" przemawia Krystyna Sobierajska.[image]
Nasza delegacja otrzymała zaproszenie Yves Montanda - wielkiego przyjaciela "Solidarności" - na koncert w Paryskiej Olimpii. Oto spotkanie w garderobie po koncercie. Na zdjęciu m.in. Yves Montand, Simon Signoret, Lech Wałęsa, Krystyna Sobierajska.[image]
Pojawienie się naszej delegacji przywołało tłumy rozentuzjazmowanych i wiwatujących Francuzów. Poparcie świata dla "Solidarności" dodawało nam odwagi i siły.

Co się działo w stanie wojennym?
Byłam internowana w pierwszą noc stanu wojennego (13 grudnia 1981 r.), przetrzymywana w
kilku aresztach, we wrocławskim więzieniu na Klęczkowskiej i wreszcie wywieziona do Gołdapi (centralny obóz dla internowanych kobiet), skąd zostałam uwolniona w lipcu 1982 r. Byłam też później dwukrotnie aresztowana i do momentu opuszczenia Kraju żyłam pod groźbą wyroku sądowego. Takie są wymierne fakty. Trudno jednak przedstawić cały zasób perfidnych metod stosowanych przez moich ówczesnych prześladowców spod znaku PZPR, SB i prokuratury. Nie potrafię zresztą określić ile wykazali własnej inicjatywy, a na ile wypełniali polecenia swoich moskiewskich mocodawców, którzy faktycznie rządzili Legnicą. Wspomnę tylko, że w lipcu 1982 r., tuż przed uwolnieniem mnie z internowania, gen. sowiecki Kulikow, ówczesny szef Paktu Warszawskiego, na posiedzeniu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Legnicy nakazał usunięcie mnie z miasta – jakimkolwiek bądź sposobem. Brzmiało to groźnie. U nas nie było wątpliwości, kto rządzi Polską. W mieście częściej widziało się żołnierzy sowieckich niż polskich. W stanie wojennym po ulicach chodziły mieszane patrole polsko-sowieckie.
   Panowie z SB starali się jak mogli; używali szantażu, oszczerstw, intryg, rozpowszechniania plotek i zastraszania sprzyjających mi ludzi, wreszcie werbowania agentów w najbliższym mi otoczeniu. Chodziło o wzmocnienie efektu zagrożenia, osamotnienia i izolacji. Okazało się też jak dalekie od przypadku były również komplikacje rodzinne. Wiedziałam, że są bardziej brutalne metody. Sugerowano mi je niedwuznacznie.

Jak patrzysz teraz na ten okres?
Za największy sukces swego życia uważam przełamanie lęku i pełną szeroką działalność przy tworzeniu „Solidarności”, która nie była – w moim rozumieniu – jedynie związkiem zawodowym, lecz powszechnym ruchem demokratycznym i niepodległościowym. Niezależnie od oceny zdarzeń i procesów późniejszych jestem szczęśliwa, że Polska jest wolnym krajem, że zdarzyło się to za mojego życia i że ja sama nie stałam wówczas na uboczu. Jestem szczęśliwa, że było możliwe uniknięcie krwawej rewolucji, choć pamiętamy o każdej ofierze stanu wojennego.
   Dobrze, że mój Ojciec nie miał racji mówiąc: „Nikt im nie da rady”. Gdyby żył, też by się cieszył.

O ile wiem, większość twoich Kolegów z Solidarności mieszka w Oslo. Jak się znalazłaś w Bergen?
Kiedy już wiedziałam, że wyjeżdżam do Norwegii, byłam raczej pewna, że to będzie Oslo. Życie przeznaczyło mnie jednak do Bergen, o czym się dowiedziałam dopiero w dniu wyjazdu.
   Bergen... tak niewiele wiedziałam o tym miejscu na Ziemi. Nikogo tu nie znałam. Do wszystkich rozterek dołączyło się poczucie obcości. Cóż... wolałam jednak niewiadome niż opiekę sowieckich generałów. Przypomina mi się w tym miejscu taka anegdota. Mój solidarnościowy kolega, Henio Nazarczuk, biegł pewnego razu przez park legnicki, obok Muzeum Armii Radzieckiej. Jeden z wartowników poprosił go o papierosa. Henio już sięgał do kieszeni, ale zawahał się. - Wiesz od kogo bierzesz papierosa? Jestem pierwszym antykomunistą w Legnicy. Żołnierz przyjrzał mu się poważnie i powiada: - Niet, eto baba! W kazarmie nam pokazywali jejo fotki. (Nie, to baba! W koszarach pokazywali nam jej zdjęcia). Henio opowiedział mi to zdarzenie z komentarzem: - Dobrze ci radzę, noś zawsze ze sobą walonki i ciepłe majtki.

Po przyjeździe do Bergen od razu zabrałaś się do roboty...
Wiedziałam, że w Oslo jest zwarte środowisko polityczne. Nie wątpiłam, że w Bergen jest podobnie. Nadaremnie szukałam jednak kontaktów z działającymi Polakami. Po prostu takich nie było. Wkrótce odnalazłam troje Norwegów, którzy stanowili oddział Solidaritet Norge-Polen. Od nich się dowiedziałam, że założycielem tej organizacji był Polak – Adam Furmanek, który wycofał się z pracy po sprowadzeniu swojej żony do Norwegii. Na moje próby kontaktu nie odpowiadał. Inni Polacy byli trochę tym faktem zdziwieni. W prace Solidaritet włączyłam się natychmiast wraz z moją rodziną. Okazało się następnie, że w środowisku polskim można było jeszcze liczyć na dwie rodziny z rodowodem emigracji solidarnościowej – braci Kopeckich z Zielonej Góry, a szczególnie Roberta Kopeckiego, który był z nami do końca, aż do rozwiązania SNP.

Co możesz powiedzieć o Norwegach w SNP? Jak wam się współpracowało?
Kiedy przyjechałam do Bergen przewodniczącym tutejszej SNP był Asbjorn Braanaas, człowiek młody, ideowy, o lewicowych poglądach, lecz nadal poszukujący. On wierzył w „socjalizm z ludzka twarzą” i w Solidarność, która taki socjalizm stworzy. Jego dwoje kolegów myślało podobnie. Byli zatem rozczarowani moją bezkompromisową postawą, a przede wszystkim moją niewiarą w „dobry socjalizm”, który nastanie po wykluczeniu personalnych błędów, rzekomej przyczyny wszelkiego zła. Mimo różniących nas poglądów działaliśmy razem do 1987 roku, a po wycofaniu się Asbjorna ja prowadziłam SNP w Bergen, aż do rozwiązania organizacji w 1991 roku.

[image]
Torg Almeningen 1995 r. Przemawia Asbjorn Braanaas, obok Astrid Olsen, Krystyna Sobierajska - organizatorzy demonstracji w rocznicę inwazji na Czechosłowację.



Czym zajmowaliście się w So1idaritet?

Krystyna Sobierajska
Z Komitetem Afgańskim malowaliśmy
na mieście takie napisy

Przede wszystkim współpracowaliśmy z Solidarnością i z innymi organizacjami niezależnymi. Także z grupami polonijnymi z różnych krajów, które od lat pracowały na rzecz polskiej niepodległości. Tu, na miejscu, zjednywaliśmy dla swojej idei Norwegów – prasę, różne organizacje, Związki Zawodowe. Szczególnie demonstracje podtrzymywały napięcie wokół spraw polskich. Demonstrowaliśmy w mieście 13 grudnia, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego oraz w rocznicę inwazji na Czechosłowację – 21 sierpnia. Bergeńczycy byli przyzwyczajeni do tej daty; od 1968 r. nieprzerwanie protestowali w tym dniu pod hasłem: „Sowieci precz z Czechosłowacji”. Uważaliśmy, że należało podtrzymać tę tradycję i podtrzymywaliśmy ją wspólnie z Komitetem Afgańskim. Nieliczne środowisko czeskie w tym nie uczestniczyło. Pamiętam, kiedy odszukałam emigranta czeskiego z rządu Dubczaka, którego nakłaniałam, by przemówił w imieniu czeskiej opozycji, ten nie wpuszczając mnie za próg swego domu powtarzał w kółko: „My se musim boit, my se musim boit ...”. Bezskutecznie też próbowałam nawiązać kontakt z „Kartą 77” lub jej przedstawicielstwem w Skandynawii. Sami więc nosiliśmy czeskie flagi; dołączaliśmy do nich nasze symbole i hasła robiąc wrażenie, że są to wspólne z Czechami akcje. Demonstracje gromadziły tłumy ludzi wyrażających w ten sposób swoje poparcie. Do dziś przechowuję na strychu transparenty z tamtych czasów, a na nich: „Solidarność”, „Uwolnić więźniów politycznych w Polsce”, „Sowieci precz z Czechosłowacji”. Nie przepuszczaliśmy też żadnej okazji by się domagać wyjścia Sowietów z Afganistanu i zewsząd, gdzie byli nieproszonymi rezydentami.
   Poza akcjami propagandowymi wysyłaliśmy do Polski pomoc materialną, lekarstwa, sprzęt poligraficzny i „bibułę”, w tym stosy miniaturowych wydań „Kultury Paryskiej” i kaset „Kontaktu”. Znaczącą formą pomocy było zapraszanie na wypoczynek lub do pracy osób represjonowanych. Była taka zasada, że działacze, którym dawaliśmy zatrudnienie przekazywali 20% swego wynagrodzenia Solidarności w swoich regionach. Oni pracowali oficjalnie, a organizowanie takich miejsc pracy było możliwe dzięki życzliwej pomocy tutejszych Związków Zawodowych. Wiele osób, szczególnie techników, dostawało pracę w swoich zawodach, z humanistami było gorzej – sprzątali lub roznosili gazety. Wszyscy mieszkali w naszym domu, który przez lata funkcjonował wtedy jak hotel. Nasi goście sądzili, że mamy na to jakieś specjalne dotacje, a mnie głowa schła ze zgryzoty, co im podamy na śniadanie. Niektórzy z nich decydowali się, wbrew pierwotnym umowom, na pobyt w Norwegii; wtedy przyjmowaliśmy rolę pilotującą.

[image]
Październik 1989. Transport do Polski gotowy. Po prawej dzielny kierowca TIR-a, późniejszy prezydent Nowego Sącza.

   Tuż po czerwcowych wyborach w 1989 roku, na przełomie sierpnia i września zorganizowaliśmy tygodniowe seminarium na temat: „Czego możemy się nauczyć z norweskiego systemu politycznego?” Sądziliśmy, że taka wiedza będzie przydatna politykom polskim w okresie transformacji ustrojowej. Zaprosiliśmy zatem do Bergen działaczy opozycyjnych, którzy w nowej sytuacji przygotowywali się do udziału w rządzeniu. Przyjechało wówczas z Polski 17 uczestników, w tym kilkoro świeżych posłów i senatorów oraz późniejszych prezydentów miast i wojewodów. W organizacji seminarium uczestniczyła dość duża grupa Polaków, a stronę merytoryczną zabezpieczał Roger Bivand – pracownik naukowy Wyższej Szkoły Handlowej w Bergen. Był to czas dużej konsolidacji środowiska polskiego w Bergen, bo też wybory, choć „częściowo demokratyczne” dawały poczucie sukcesu, a ten ma magiczną siłę jednoczącą.

Na tym nie zakończyła się jednak twoja działalność...
Zakończyła się na pewno działalność polityczna zamknięta w jakiejś strukturze. Ani polityką, ani Polską nie przestałam się nigdy zajmować; konsekwentnie wyrażam swoje poglądy, choćby nie były popularne oraz uczestniczę w różnych akcjach na rzecz Kraju. Nie czuję się też wyłączona z polskiej rzeczywistości. W Kraju jestem często zapraszana na spotkania, dyskusje, prelekcje czy wywiady. 11 listopada ubiegłego roku, w 80 rocznicę wyzwolenia otrzymałam odznaczenie „Zasłużony dla Województwa Legnickiego”. Nie ma to praktycznego znaczenia, ale doznałam wzruszenia, że po 14 latach nieobecności został w ten sposób zaznaczony mój udział w przemianach ustrojowych.

Pomimo rozwiązania SNP ślady twojej działalności w Bergen były nadal widoczne.
Po rozwiązaniu SNP nie było w Bergen przez kilka lat żadnej organizacji polskiej. Powstała luka, którą norweskie władze same wypełniły. Zaczęłam otrzymywać dokumenty i pisma urzędowe z adresem: „Grupa polska w Bergen”. Było to tyleż komiczne co fałszywe, bo faktycznie taka organizacja nie istniała. Trzeba było to sformalizować. Udało mi się zjednać dla tego projektu kilka osób, z którymi utworzyliśmy w marcu 1995 r. Związek Polaków w Bergen, później przemianowany na Klub Polski. Było jeszcze wiele innych powodów, które mnie skłaniały do powołania formalnej organizacji, ale jeden z nich nie dawał mi spokoju. W ostatnim roku przed powalaniem Związku dwoje samotnych Polaków w Bergen popełniło samobójstwo. W „towarzystwie” o tym nie wypadało mówić, bo tam obowiązuje powodzenie i sukces. Ja zaś czułam się w jakimś stopniu odpowiedzialna za tragedię ludzi, którzy w chwilach ostatecznych nie znaleźli wśród nas oparcia. Chciałam by ludzie cierpiący na emigracyjne frustracje mieli gdzie przyjść, odreagować nastroje, być może znaleźć przyjaciół lub po prostu porozmawiać po polsku bez dalszych zobowiązań towarzyskich.

[image]
Boże Narodzenie 1989. Chodziliśmy po domach z kolędą.

   Inicjatywa powołania polskiej organizacji okazała się słuszna, jako że ciągle przybywało członków, wzbogacaliśmy zakres i formy działania aż do programów radiowych w języku polskim. Radio jednak, w mojej ocenie, było inicjatywą dość kontrowersyjną, gdyż rozpaliło ludzkie ambicje nieproporcjonalne do jego zasięgu i zainteresowania środowiska. Jesienią ubiegłego roku wycofałam się zarówno z pracy radia jak i Związku skupiając się wyłącznie na pracy z dziećmi. Z przyczyn praktycznych powołaliśmy wraz z dwojgiem innych nauczycieli Klub Dziecięcy, który skupia teraz 58 młodych członków, dzieci i młodzieży. Również rodzice są z nami zarówno na cotygodniowych spotkaniach jak i na większych imprezach; pomagają w organizacji i bawią się z dziećmi.

[image]
Karnawał dla dzieci w 1999 r. rozpoczął się przedstawieniem "Czerwonego Kapturka" wg Jana Brzechwy.

Zdaje się, że dziećmi zajmowałaś się zawsze?
Tak, to prawda. Pominę okres mojej pracy nauczycielskiej w Polsce, kiedy poza nauczaniem zajmowałam się recytacją i teatrem młodzieżowym. Zaś w Bergen prowadziłam zajęcia z dziećmi prawie od początku mojej tu bytności. Były tam zabawy, recytacje, inscenizacje, tańce, piosenki oraz teatrzyk dziecięcy – żywy i kukiełkowy. W różnych okresach robiłyśmy to wspólnie z innymi nauczycielkami: Ewą Woźnikowską, Ewą Partygą i Anną Podlesiecką. Pomagali nam zawsze rodzice, którzy nawet grali w naszym teatrze, robili dekoracje, rekwizyty, kostiumy. Wystawiliśmy kilkanaście spektakli i jasełek, a nasza grupa taneczna jest znana w Bergen i Hordaland.

[image]
"Dzień Wiosny" w Midtun skole, 1991 r. Polskie dzieci tańczą krakowiaka.

Wiem, że wyjeżdżałaś do Kanady na Kongres Polonii Świata. Czy możesz o tym opowiedzieć?
Polonią interesowałam się od dawna. Przed osiemdziesiątym rokiem znałam niewiele faktów.
Rozumiałam, że komuniści je ukrywają i fałszują, by przedstawić emigrację jako formację wrogą Ojczyźnie i tym samym odciąć ją od wpływów na społeczeństwo. Potem dane mi było poznać niezwykłych ludzi, którzy poza Ojczyzną przechowują dziedzictwo kultury przyznając im stosowne miejsce w hierarchii wartości nowego świata. Na Kongres Polonii Świata w 1993 r. w Toronto zostałam wydelegowana przez Radę Koordynacyjną Organizacji Polskich w Norwegii, która przez pewien czas tu działała pod przewodnictwem pana Krzysztofa Wróblewskiego.
   W Kanadzie spotkałam działaczy polonijnych z różnych krajów. Zapoznałam się ze specyfiką i historią ich organizacji, z wydawnictwami i prasą oraz z różnymi formami nauczania języka polskiego. Szerzej o Kongresie i o historii Rady Polonii Świata pisałam po powrocie z Kanady w kilku numerach „Kroniki” z 1993 r.

Co możesz powiedzieć o swojej pracy zawodowej w Norwegii?
W Norwegii pracuję jako nauczycielka języka polskiego od 1985 r. Doświadczenia tych lat wydają mi się tyle bogate co ciekawe, ale jest to materiał na inną okazję. Marzy mi się zresztą zachęcenie rodziców oraz czynnych polonistów w Norwegii do szerszej dyskusji na ten temat. Myślę, że wrócimy do tego w „Kronice”.

No właśnie, nie można pominąć twojej współpracy z „Kroniką”.
„Kronika” jest dla mnie bardzo ważna. Cieszę się, że mamy polskie pismo w Norwegii i że przeżyło ono już swoją dziesiątą rocznicę. Czytam oczywiście „Kronikę” regularnie, czasem sama piszę i zachęcam innych do pisania, wykorzystuję ją na lekcjach języka polskiego i prowadzę kolportaż. Identyfikuję się z ogólną linią pisma, doceniam jego rolę w środowisku emigracyjnym i mam przekonanie, że wyróżnia się ono poziomem wśród pism emigracyjnych.
   Jestem związana z „Kroniką” od pierwszego numeru, a nawet wcześniej. Pamiętam, jak pan Tyszko napisał do mnie list o zamiarze powołania „Kroniki” i już wtedy prosił o opinię. Wiem, że zwracał się wówczas do wielu osób w Norwegii i zawsze zaprasza chętnych do współpracy.

Co dalej?
Jak zawsze jestem pełna zapału i wiary w sens życia otwartego na świat i ludzi. Co dalej... ? Odpowiem za renesansowym mistrzem:
Dalej co będzie? Srebrne w głowie nici,
A ja z tym trzymam, kto co w czas uchwyci.

               Jan Kochanowski, „Do gór i lasów”

Dziękuję za rozmowę.

■ „Kronika” – polski miesięcznik wydawany w Norwegii, nr 5/1999 i nr 6/1999 (wywiad został opublikowany w dwóch częściach)

[image]

[image]


Czytaj także:
■ Dorota Niedźwiecka – „Ucieczka z Małej Moskwy”, „Przewodnik Katolicki” nr 33/2015 (wywiad z Magdaleną Narożańską – córką Krystyny Sobierajskiej)
https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2015/Przewodnik-Katolicki-33-2015/Spoleczenstwo/Ucieczka-z-Malej-Moskwy
■ Łukasz Sołtysik – „Encyklopedia Solidarności” t. 2 (biogram Krystyny Sobierajskiej)
http://www.encysol.pl/wiki/Krystyna_Jadwiga_Sobierajska

(c) 2006-2018 http://www.dlp90.pl