Znaki czasu i Rok Jubileuszowy – odkrywanie nadziei na trudne czasy

Niezawodna nadzieja – sercem wychowania


Z Ewangelii według Świętego Łukasza:
Jezus mówił do tłumów: «Gdy ujrzycie chmurę podnoszącą się na zachodzie, zaraz mówicie: „Deszcz idzie”. I tak się dzieje. A gdy wiatr wieje z południa, powiadacie: „Będzie upał”. I bywa. Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże chwili obecnej nie rozpoznajecie? I dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego, co jest słuszne?”.
Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: «Królestwo Boże nie przyjdzie w sposób dostrzegalny; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo: „Tam”. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest».
Do uczniów zaś rzekł: «Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: „Oto tam” lub: „Oto tu”. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi. Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, jaśnieje od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego.
Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie. Łk 17, 20-25


To ciekawe, że ludzie, którzy w dawnych wiekach stworzyli cywilizację katedr i uniwersytetów i którzy umieli też łączyć w szczęśliwej syntezie wiarę i rozum, potrafili jednocześnie zza łańcucha wydarzeń dostrzec również i znaki. Wierząc, że Bóg jest Panem historii zdawali sobie sprawę z tego, że to co się dzieje nie jest prostą sekwencją następujących po sobie zdarzeń (nie chronos, ale kairos). Zwłaszcza, jeśli zdarzenia te miały charakter dramatyczny, jak na przykład klęski naturalne albo epidemie. Nie do końca znali odpowiedź na pytanie: jak to się wydarza? dlaczego tak się dzieje? Nie znali mikrobiologii czy wirusologii, ale nie zaniedbywali też pytania: dlaczego? To znaczy: jaki może być sens takich dramatycznych wydarzeń? U Pana Boga nie ma przypadków.
Bardzo ważne jest, aby odczytywać znaki swoich czasów, ponieważ to właśnie w czasie – a nie poza nim, nie w ahistorycznej rzeczywistości – można dostrzec działanie Boga, Jego intencje. On bowiem w swojej przewidującej i ogarniającej wszystko miłości działa w każdym czasie (Łk 12, 54).
Takiego czytania znaków czasu uczy nas Jezus Chrystus, który „zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie” (Łk 17, 20).

Odczytywanie znaków czasu w świetle Objawienia
W tych dniach, kiedy spoglądamy na to co dzieje się w Los Angeles (fala pożarów), ale też sytuację w innych miejscach świata: kataklizmy, pandemie, wojny – także to dzieje się u nas w Polsce, stawiamy pytania o ich przyczynę, dlaczego tak się dzieje; co Pan Bóg chce nam przez te wydarzenia powiedzieć? Śledząc na portalach społecznościowych reakcje różnych środowisk można odnieść wrażenie, że niektórych zaczyna to paraliżować. Przypominają się wtedy apokaliptyczne obrazy i napomnienia Jezusa kiedy kreślił przed uczniami wizję końca – a jednak przecież nie miał na celu sparaliżowania ich lękiem. Kataklizmy nawiedzają ludzkość od dwóch tysięcy lat. A ewangeliczna, kosmiczna wizja się nie spełnia. Czyżby pomyłka? Nadinterpretacja? Metafora bądź figura retoryczna? A może chodzi o zdyscyplinowanie wyznawców? – jak nam niektórzy zarzucają. Trzymanie ich w szachu, niepewności?
Budzenie strachu paraliżującego myślenie, zachowania to nie jest Boża pedagogia. „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” – napisał św. Jan (1 J 4,18). A jeśli ma to być „bojaźń Boża”, o której wspomina wiele razy Biblia, to nie przed Bogiem – tyranem, bo takim nigdy On nie był i nie będzie, ale przed tym, że swoim lekkomyślnym, pustym życiem mogę narazić się na utratę zbawienia. Znamienne są słowa zanotowane przez św. Łukasza: „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie” (Łk 21,28).
Na eschatologię warto patrzeć sercem i umysłem przemienionym wiarą. Dopiero wtedy przestaje się jawić jako horror. Zapowiedziany przez Jezusa koniec nie jest jakąś tajną bronią w ręku groźnego Boga, ale wyraźną obietnicą, która daje nadzieję zbawienia. Ludzkie życie tu, na ziemi, to jedynie uwertura, zapowiedź pełni. To zaledwie wiosna, kiedy to „gałąź nabiera soków i wypuszcza liście”. Można powiedzieć, że lato dopiero przed nami! Wszystko zmierza ku temu, co Stwórca zaplanował dla nas w swojej mądrości i nieprzebranym bogactwie.
Otrzymujemy znaki. Dużo znaków – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i cywilizacyjnym. Nie widzimy ich – albo inaczej – nie chcemy ich dostrzec. Żyjemy z zamkniętymi oczami. Jakby śmierć nie miała nadejść, jakby wieczność była mirażem. Szczycąc się rozwojem technologii, postępem, nie potrafimy zaakceptować oczywistości. Poruszamy się jak ślepcy, oszołomieni wizją błyskotek uparcie mamiących nam zmysły.

Czas na przebudzenie
Żeby nie poddać się pesymizmowi i zwątpieniu, trzeba stawiać sobie pytania i jednocześnie unikać tego przed czym przestrzegał przeszło 50 lat temu Prymas Tysiąclecia Stefan kard. Wyszyński, kiedy mówił o zagrożeniach i nazywał je „laicyzacją serca”.
1 września 1962 roku mówił do młodzieży w Gnieźnie: „Naprzód zrehabilitujcie swoje serce, którym macie miłować Boga i ludzi. Nie wierzcie tym, którzy chcą wyprać wasze serca z wszelkich uczuć, zlaicyzować je, wysterylizować z tęsknot religijnych! To są ślepi wodzowie ślepych, którzy zapierają się samych siebie i swej najwyższej godności dzieci miłujących Boga”.
Dlaczego o tym mówię? Bo do tego prowokuje nas odczytane na początku Słowo Boże. Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: «Królestwo Boże nie przyjdzie w sposób dostrzegalny; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo: „Tam”. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest».
Dla prawdziwego ucznia Jezusa Chrystusa życie to umiejętność odczytywania znaków czasu oraz szukanie sposobów twórczej odpowiedzi na pytania, które się rodzą. Świat bowiem, w którym żyjemy jest jedynym nam danym. Nie mamy się więc na niego obrażać, ale przybliżać się do Boga oraz głosić Dobrą Nowinę niezależnie od zewnętrznych – przyjaznych lub wrogich – okoliczności.
Niestety rozeznanie tego, co jest dobre, a co złe, co jest prawdą, a co kłamstwem, co jest wartościowe, a co pozbawione głębszego znaczenia, przysparza nam dzisiaj więcej trudności niż przewidywanie pogody.

Prawdziwe oblicze chrześcijańskiej nadziei
W encyklice „Spe salvi” Ojciec Święty Benedykt XVI stawia pytanie: w czym możemy pokładać nadzieję? W czym nie możemy pokładać nadziei?
Kto nie zna Boga, chociaż miałby wielorakie nadzieje, w gruncie rzeczy nie ma nadziei, wielkiej nadziei, która podtrzymuje całe życie (por. Ef 2, 12). Prawdziwą, wielką nadzieją człowieka, która przetrwa wszelkie zawody, może być tylko Bóg – Bóg, który nas umiłował i wciąż nas miłuje «aż do końca», do ostatecznego «wykonało się!» (por. J 13, 1; 19, 30). Kogo dotyka miłość, ten zaczyna intuicyjnie pojmować, czym właściwie jest «życie». Zaczyna przeczuwać, co znaczy słowo nadziei, które napotkaliśmy w obrzędzie Chrztu: od wiary oczekuję «życia wiecznego» – prawdziwego życia, które całkowicie i bez zagrożeń, w całej pełni, po prostu jest życiem. Jezus, który powiedział o sobie, że przyszedł na świat, abyśmy mieli życie i mieli je w pełni, w obfitości (por. J 10, 10), wyjaśnił nam także, co oznacza «życie»: «A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa» (J 17, 3).
Życia we właściwym znaczeniu nie mamy dla siebie ani wyłącznie z samych siebie: jest ono relacją. Życie w swojej pełni jest relacją z Tym, który jest źródłem życia. Jeśli pozostajemy w relacji z Tym, który nie umiera, który sam jest Życiem i Miłością, wówczas mamy życie. Wówczas «żyjemy» (Spes salvi, 27).
Oprócz czerpania nadziei z łaski Bożej, jesteśmy wezwani do odkrywania jej także w znakach czasu, które daje nam Pan. Jak stwierdza Sobór Watykański II, „Kościół zawsze jest zobowiązany do badania znaków czasu i ich interpretowania w świetle Ewangelii, tak aby w sposób dostosowany do każdego pokolenia mógł odpowiedzieć na odwieczne pytania ludzi o sens życia doczesnego i przyszłego oraz o ich wzajemną relację”. Konieczne jest zatem zwrócenie uwagi na wiele dobra obecnego w świecie, aby nie ulec pokusie przekonania o byciu pokonanym przez zło i przemoc. Jednak znaki czasu, które zawierają tęsknotę ludzkiego serca, potrzebującego zbawczej obecności Boga, domagają się, by zostały przekształcone w znaki nadziei.
Rok Jubileuszowy, przyjęty jako dar od Pana Boga, to znak drogi nadziei ludzi pielgrzymujących za krzyżem Chrystusa, jak to przedstawiono w logo Jubileuszu: „W świecie, w którym postęp i regres przeplatają się, krzyż Chrystusa pozostaje kotwicą zbawienia: znakiem nadziei, która nie zawodzi, ponieważ opiera się na miłości Boga, miłosiernego i wiernego” (Papież Franciszek, Audiencja generalna, Plac Świętego Piotra – 21 września 2022 r.).
Rok Święty to czas łaski i czas nawrócenia. To także odkrywanie „misterium iniquitatis”. Jedną z największych tajemnic życia jest tajemnica zła. Jej straszliwa i niepojęta otchłań dopada każdego i każdemu zagraża w absolutnie ostateczny sposób.
Antychryst zdaje się krzyczeć: „Pomagajcie ludziom, wybawiajcie ich, ale – na miłość Boską, powiada diabeł – róbcie to bez Boga, a najlepiej przeciw Bogu” (taki cytat znalazłem w jednej z książek ks. prof. Jerzego Szymika).

Antychryst – powrót dobrotliwego truciciela
Grzech jest intruzem, który wkroczył na nasz świat za sprawą anielskiej istoty zwanej Antychrystem (Lucyferem). Istota ta, anioł światłości stworzony przez Boga jako doskonały i bez skazy, tysiące lat temu zbuntowała się przeciwko zasadom Bożego panowania w niebie. Ten upadły anioł jest odpowiedzialny za pojawienie się w naszym świecie całego tego cierpienia. Bóg obdarzył swoje stworzenia wolnością wyboru. Odebranie tej wolności byłoby jednoznaczne z odebraniem zdolności miłowania. Bez miłości zaś życie nie miałoby ostatecznie żadnego znaczenia. Bez miłości prawdziwe szczęście byłoby niemożliwe. Ale Antychryst wybrał drogę egoizmu zamiast drogi miłości. Człowiek bardzo łatwo poddaje się takim wyborom, próbując żyć tak jakby Pan Bóg nie istniał.
Przed laty św. Jan Paweł II przestrzegał: „Europejska kultura sprawia wrażenie „milczącej apostazji” człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał”. Dziś już nie jest ona tylko ukryta, ale całkowicie jawna i natrętna. Apostazja, czyli świadome wyrzekanie się związków z własną wiarą i własnym Kościołem; była zawsze postrzegana jako poważny dramat osobisty i głęboka rana zadana wspólnocie uczniów Chrystusa. Kościół pierwotny uważał ją, obok zabójstwa i cudzołóstwa, za najcięższy grzech.
Dawniej straszyła nas liczba osób wypadających za burtę chrześcijaństwa w krajach sąsiadujących z nami (Niemcy, Francja). Można to było jakoś wyjaśnić obiektywnymi klęskami dziejowymi. Dziś, gdy żądania wypisania z Kościoła czy „unieważnienia” (zacierania) chrztu docierają do polskich parafii, nie sposób nie postawić pytania: co przeszkadza chrześcijanom czuć się w Kościele jak u siebie? Skandale? Nadużycia? A może zbyt dużo instytucji i formalności? Albo może za mało serca?
Owszem, jeśli Ewangelia od 2000 lat wciąż jest na czasie, łatwo przewidzieć, że jeden na dwunastu w każdym pokoleniu okaże się Judaszem. Ale to są czysto ludzkie kategorie. Naturalną reakcją pasterza będzie sprawdzenie, czemu mimo wypchanych (naładowanych) spichlerzy ich owieczki chudną. Nawet przy wielkim wysiłku i próby „karmienia wiernych” Kościół przestaje rodzić do nowego życia; czyżby rozmijał się ze swoim nadprzyrodzonym przeznaczeniem.
Benedykt XVI w swojej książce „Jezus z Nazaretu” w rozdziale o kuszeniu Jezusa nawiązuje do tajemniczej biblijnej postaci Antychrysta. Odwołał się do wizji rosyjskiego filozofa Włodzimierza Sołowjowa i jego „Krótkiej opowieści o Antychryście”. Trzeba wiedzieć, że po publikacji tej wizji przez prasę przeszłą fala kpin i niesmaku. Pisano, że powoływanie się na takie „operetkowe” przykłady i mówienie dzisiaj o jakimś Antychryście nie jest w dobrym guście. Prawdziwy problem okazał się jednak ukryty głębiej. Nie chodziło o napiętnowanie jakiegoś krwawego tyrana czy publicznego skandalisty, ale wskazanie na podstępnego konia trojańskiego wprowadzonego podstępnie w żywy organizm chrześcijańskiej wspólnoty.

Kim jest Antychryst w wizji Sołowjowa?
Odwołam się tu do jednego z wykładów ks. prof. Roberta Skrzypczaka, który komentuje „Krótką opowieść o Antychryście” w wizji Sołowiowa. Antychryst Sołowjowa to osobowość pociągająca, uśmiechnięty truciciel. Wierzył w dobro, wierzył też w Boga, ale pierwszeństwo przed Bogiem dawał sobie. Był ascetą, naukowcem, filantropem. Dawał wiele przykładów powściągliwości, bezinteresowności i dobroczynności. Już za młodu okazał się zdolnym i wytrawnym biblistą. Jeden szczegół pozostaje charakterystyczny dla Antychrysta: osobista niechęć do postaci Jezusa Chrystusa. Według Antychrysta Chrystus w świecie zbankrutował, jego nauki moralne zamiast jednać ludzi, wprowadzały podziały. Najbardziej wyprowadzało go z równowagi utrzymywanie, że Chrystus umarł i zmartwychwstał. Nie mógł znieść, że Jezus żyje. Skandal Antychrysta polega na tym, że uchodzi za wzorowego pacyfistę, ekologa i ekumenistę, przyjaciela zwierząt, filantropa i wegetarianina. A jego urokowi zdołała się przeciwstawić jedynie mała grupka chrześcijan, którzy dobrze wyczuwają, że chodzi tu o chrześcijaństwo rozwodnione z Chrystusem wziętym w nawias.

Co mamy myśleć o tej postaci?
Gdyby to był jawny przeciwnik Boga czy Kościoła, w rodzaju gorzkiego jak piołun ateizmu czy prymitywnego komunizmu, wszystko byłoby jasne. Tymczasem jest odwrotnie. Zwodziciel przebiera się w szaty „dobrotliwego Pana”, „mesjasza tolerancji”, „mistrza uśmiechu”, po to by przejąć uczniów Chrystusa. Nikt nie przestrzega przed grożącym niebezpieczeństwem. Co najwyżej wzruszy ramionami albo wybuchnie śmiechem i powie: po co się tak napinać? Katolicka paranoja!
Uwiąd wiary i prześladowanie zwolenników nie dokonują się za sprawą ewidentnego przeciwnika, ale zakamuflowanego dobrotliwego truciciela. Antychryst reprezentuje sobą nowy humanitaryzm: miłość zostaje zastąpiona filantropią, wiara – kulturą. Kiedy wspomnimy historię Kościoła odkryjemy, że to jakby nic nowego. Już w pierwszych wiekach chrześcijaństwo musiało stoczyć wielopokoleniowy bój z tzw. pelagianizmem, w ramach którego Jezusa przedstawiano jako wzniosły wzór dla człowieka, ten jednakże miał do wszystkiego dojść własnymi siłami. Dzisiaj już neopelagianizm usiłuje nam podarować chrześcijaństwo jako religię wartości, których nikt nie poddaje w wątpliwość: miłość, szczerość, walka o pokój, tolerancja posunięta aż do granic absurdu… Brak w niej jedynie żywego i osobowego Boga, który przechodzi obok, zbawia, powołuje i kocha. Brak zmartwychwstania Chrystusa, który transformuje całą ludzką egzystencję i wzywa do osobistej odpowiedzi na propozycję życia wiecznego.
Pół biedy, jeśli duch Antychrysta rozpanoszy się w tzw. przestrzeni publicznej. Znacznie gorzej, jeśli zacznie wnikać w obszar samych struktur naszych wspólnot i w nasze szeregi. Tylko, że wtedy ludzie spragnieni Boga i nieba dostaną w nich to samo, co można znaleźć na globalnym rynku rozmaitych usług psychologiczno-duchowych:
   • wyrafinowane moralizatorstwo zamiast kerygmatu o Chrystusie zmartwychwstałym,
   • dialog zamiast przebaczenia,
   • kulturalnego urzędnika i promotora kultury zamiast wspólnoty,
   • akcję w służbie czystości środowiska, ekologii zamiast sztuki walki z grzechem,
   • instruktaż macierzyńskiego rozsądku zamiast dobrej nowiny o możliwości wyjścia poza barierę lęku w kochaniu drugiego człowieka,
   • nieznośną ludzką paplaninę zamiast pokarmu Słowa Bożego.
I jeszcze jedna myśl odnosząca się do Antychrysta: zawsze łączy się on jakoś z przemocą tego świata, niemniej w jego przypadku mamy do czynienia z najbardziej przewrotną i uwodzącą postacią zła, często bardzo trudną do rozpoznania. Gdzie zatem i jak go zlokalizować? Być może ukrywa się w każdym z nas jako coś, co walczy przeciwko Chrystusowi, wstrzymując jego powrót i czyniąc ten świat nieznośnym? Być może trzeba go szukać „od środka”, w jakimś grzechu strukturalnym albo w tym, co św. Jan Paweł nazywa kulturą śmierci?
Trudne czasy już są. Wobec infantylizacji polityki, zidiocenia edukacji, a obok tego jeszcze ogłupiający świat cyfrowy – to rzeczywistość, wobec której musimy się na nowo odnaleźć. Przywołam na zakończenie słowa św. Augustyna: „Złe czasy, trudne czasy – ludzie wciąż to powtarzają. Żyjmy dobrze, a czasy będą dobre. Czasy są takie jakimi jesteśmy”.

■ bp Marek Mendyk – autorski tekst wykładu wygłoszonego 16 I 2025 r. w Duszpasterstwie Ludzi Pracy ’90

(c) 2006-2025 https://www.dlp90.pl