Polowanie na Matkę

1. Najwspanialsza wyprawa mego życia
   Zadzwonił telefon. Zaskoczona, w pierwszej chwili nie pojęłam zaproszenia, jakie dostałam. Usłyszałam propozycję wyruszenia w podróż. Okaże się najwspanialszą, najpiękniejszą wyprawą mego życia i najtrudniejszą.
   – Chciałbym zrobić prezent Matce Bożej na 300-lecie koronacji Cudownego Obrazu. Może by napisała pani książkę... – przedstawił od razu sedno sprawy przeor jasnogórskich paulinów o. Marian Waligóra.
   Uwikłana w obowiązki, odpowiedzialności, służbę społeczną, zmagania o przetrwanie, nie od razu wyruszyłam. Szarpałam się. Gdy podjęłam decyzję, ciąg niespodziewanych wydarzeń, nie zawsze zgodnych z moimi oczekiwaniami, uczynił mnie wolną. Stanęłam przed Górą Gór – Jasną Górą.
   Ksiądz Piotr Glas wspominał w tym sanktuarium, że kiedy przygotowywał tekst egzorcyzmu do Wielkiej Pokuty to spalił się dysk komputera. I ja doświadczyłam jednoczesnej awarii potrzebnych do mojej pracy narzędzi: aparatu fotograficznego – definitywnej, komputera, samochodu. Różne "przypadki" z perspektywy czasu układają się w łańcuch zaskakujących trudności oraz pomocy, jaką natychmiast otrzymywałam. Opatrzność stawiała na mojej drodze ludzi, których wsparcie nie pozwoliło mi zawrócić z tej wyprawy.

[image]

2. Żaden Szwab Cudownego Obrazu nie zobaczy
   Przygotowania do jubileuszu sześćsetlecia istnienia jasnogórskiego sanktuarium paulini rozpoczęli […] od sprawdzenia zdrowia Obrazu. Był w bardzo złym stanie. Najbardziej zaszkodził mu sposób ukrycia przed Niemcami w czasie wojny.
   – Żaden Szwab Cudownego Obrazu nie zobaczy! – powiedział ojciec Polikarp Sawicki po powrocie przeora Jasnej Góry z przymusowej wizyty u niemieckiego komendanta Częstochowy. Tamtego dnia, 3 września 1939 roku, oddziały Wermachtu zajęły miasto. Granica polsko-niemiecka odległa była wtedy zaledwie o około 30 kilometrów. Oberstleutnant Oskar Döpping poinformował przeora ojca Norberta Motylewskiego, że odtąd klasztor jest podporządkowany władzom niemieckim, a one nieposłuszeństwo karać będą śmiercią na szubienicy.
   – Czy w ołtarzu wisi autentyczny obraz Matki Boskiej? Czy są na nim cenne korony? – oberstleutnant nie krył emocji.
   Przeor potwierdził. […] Gdy wrócił do klasztoru, zdał relację zakonnikom. Trzech z nich w tajemnicy zajęło się ukryciem Obrazu. Akcja błyskawiczna.
   – Mieliśmy tu przed wojną kopię, którą zrobił artysta, paulin ojciec Augustyn Jędrzejczyk. Nikt takiej wtedy by nie namalował, bo on, kiedy nad nią pracował, to wpatrywał się w oblicze Matki Bożej - mówi ojciec Jerzy Tomziński, który wojnę przeżył na Jasnej Górze. – Tę kopię ojcowie umieścili w ołtarzu.
   O godzinie 16 w kaplicy zadźwięczały fanfary. Niemiecki oficer z generałami, którzy przybyli, żeby zobaczyć zdobycz, przyglądali się odsłanianemu dziełu... ojca Augustyna. Oczywiście nie byli tego świadomi.
   – Cudowny Obraz został schowany w bibliotece pod blatem jednego z inkrustowanych stołów. Nasz brat stolarz zrobił specjalny schowek. Niemcy nie szanowali klauzury. Wchodzili coraz częściej do biblioteki, przeglądali księgi, pisali przy tym stole. To piękny mebel z XVIII wieku. Zbyt mu się przyglądali. Zrobiło się niebezpiecznie.
   Ojcowie przenieśli więc nocą Obraz do celi na pierwszym piętrze. Wszystko odbywało się w wielkiej tajemnicy, także przed współbraćmi. Ja też wtedy o tym nie miałem pojęcia. Liczono się z aresztowaniami. Nikt nie wie, jak się zachowa na torturach – opowiada ojciec Tomziński. […]
   – Ojciec Polikarp zdecydował lepiej ukryć Cudowną Ikonę. Ale on był doktorem prawa kanonicznego, a nie historykiem sztuki! Nie wiedział, że powietrze musi mieć dostęp do skrytki – mówi z bólem ojciec Jerzy. – Biblioteka jest na piętrze. Pod nią jest mur, który dzieli refektarz od kuchni na parterze. W tej ścianie został zamurowany Obraz. Trzy lata tkwił tam bez powietrza. Gdy wojna się skończyła ojciec Norbert Motylewski już nie żył. Zostałem wtedy, młodziak, kustoszem. Razem z ojcem przeorem Stanisławem Nowakiem wydobyliśmy Obraz. Odwinęliśmy go i... zawołaliśmy: – Ratunku!
   Był cały czarny! Pokryty pleśnią. Myśmy się popłakali na ten widok... Po wojnie ojciec Augustyn Jędrzejczyk, dopóki żył, jak potrafił ratował Cudowny Obraz Matki Bożej. W akcję ratunkową zaangażował się konserwator wawelski, ale Ikona wciąż bardzo chorowała.
   – Matka Boża wynoszona była na uroczystości na wały jasnogórskie: w roku 1946, 1956, 1966. Wizerunek prażył się w słońcu – mówi ojciec Płatek. – Porobiły się pęcherze. Pięcioosobowa komisja, która przed jubileuszem sześćsetlecia przejęła opiekę nad Obrazem, miała pełne ręce pracy. Stan zaczął się poprawiać.

3. Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego
   – Zaczął się 1956 rok – trzechsetna rocznica Ślubów Królewskich Jana Kazimierza we Lwowie. Prymas wciąż uwięziony. Co robimy? Byłem na Konferencji Episkopatu Polski, jako przeor Jasnej Góry – mówi ojciec Jerzy Tomziński. – Biskupi uzgodnili, że wyślą list do papieża z prośbą o błogosławieństwo. A biskup Michał Klepacz, przewodniczący Konferencji, mówi do mnie: – My nic nie możemy zrobić. Władze nas torpedują. Róbcie wszystko, co możecie. Będziemy was bronić.
   Próbowałem pojechać do Prymasa. Najpierw UB dało mi przepustkę, a potem odebrało – wspomina ojciec Jerzy. – Na poprzedni list z Jasnej Góry z prośbą o napisanie ślubów na uroczystości jubileuszowe prymas Wyszyński odpowiedział, że Pan Bóg go widocznie nie chce, że odstawił na boczny tor, a on nie będzie się sprzeciwiał woli Bożej. Nie napisze. To myśmy we trzech paulinów zaczęli śluby pisać. Jak to zrobić? Jakąś modlitwę? Jako kleryk w klasztorze paulińskim w Leśnej Podlaskiej, czytałem przed wojną w miesięczniku Ateneum Kapłańskim artykuł Wyszyńskiego o ślubach młodzieży akademickiej. Dobrze go zapamiętałem. Pisał, że śluby to nie jest dewocja – to jest program duszpasterski! Próbowaliśmy. Wreszcie ojciec Wrzalik powiedział: – Jak Prymas nie napisze, to nic nie będzie. […]
   Maria Okońska […] dostała przepustkę do internowanego Prymasa na trzy miesiące z osobą towarzyszącą. Dojechała do Komańczy z Janiną Michalską w marcu 1956 roku. UB pozwoliło też na przyjazd na Wielkanoc dwóm siostrom Prymasa, choć jedną zaraz złośliwie odesłano.
   "[Bóg] odebrał mi kapłanów, pozostawił kobiety" – zanotował wtedy Prymas. Podobnie uczynił Synowi swemu na Kalwarii, gdy dopuścił, że wszyscy Apostołowie odeszli Go, ale pozostały niewiasty, które tam przyszły za Maryją ... Dziś to rozumiem jeszcze lepiej, gdy w moim najbliższym otoczeniu umilkli wszyscy mężczyźni. Nie miałem od nich znaku życia w ciągu lat mojego więzienia".
   Mężczyźni nie opuścili Prymasa, jak sądził odizolowany. Jego najbliższy współpracownik, biskup Antoni Baraniak, aresztowany tej samej nocy, co on, poddany został straszliwemu śledztwu. To dzięki heroicznej postawie tego doktora teologii, kierownika sekretariatu Prymasa, a wcześniej jego kapelana, spowiednika, nie doszło do szykowanego procesu Prymasa. Oprawcy nie zdołali na nim wymusić torturami zeznań obciążających kardynała Wyszyńskiego. Przetrwał ponad dwa lata w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie: stanie nago w ciemności, w wodzie z fekaliami w betonowym karcerze, brak snu, na który mu nie pozwalano, zrywanie paznokci. Ciało miał pokryte bliznami od ran po katowaniu. Gdy wreszcie wyjdzie z więzienia, fizycznie będzie strzępem człowieka. W swej dewizie biskupiej umieścił słowa: Da mihi animas, caetera tolle (Daj mi duszę, resztę zabierz).
   Wielu polskich kapłanów trwało wiernie. Niektórzy nie przeżyli męczeństwa.
   Kobiety przywiozły listy z Jasnej Góry z tą samą prośbą od paulińskiego generała i przeora: o napisanie odnowionych Ślubów Królewskich. Prymas uparcie utrzymywał: z woli Bożej ma milczeć.
   Czas płynął. Któregoś dnia Maria dostała olśnienia – nie miała wątpliwości, że sama by tego nie wymyśliła. – Przecież św. Paweł prowadził wspólnotę chrześcijan zza krat w czasie prześladowania! Listy apostolskie pisał z więzienia! – odpaliła potężny argument.
   Słońce wzeszło następnego dnia o godzinie 4.40. Dwadzieścia minut później Prymas zaczął pisać Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego – program odnowy moralnej społeczeństwa. Nosił je w sobie od dawna. O godzinie 7 leżały gotowe na klęczniku. Był poranek 16 maja 1956 roku. W liturgii Kościoła katolickiego dzień wspomnienia św. Andrzeja Boboli W rocznicę męczeńskiej śmierci tego jezuity. Kozacy bestialskimi torturami zamordowali go rok po Ślubach Królewskich Jana Kazimierza. Niektórzy przypisują mu napisanie ich tekstu. Już po śmierci prymasa Wyszyńskiego św. Andrzej Bobola zostanie ogłoszony patronem Polski. […]
   W niedzielę 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze zgromadziło się ponad milion ludzi.
   – Myśmy wiedzieli, że władze mogą wyłączyć prąd w mieście, żeby uciszyć nasze głośniki. Byliśmy przygotowani. Agregat stał w pogotowiu – mówi ojciec Jerzy Tomziński. – Przed mszą świętą uprzedziłem kapłanów i biskupów, że jako przeor jestem odpowiedzialny za przebieg uroczystości, że będę "dyrygował".
   Na tę mszę mieli hostię od Prymasa przywiezioną z Komańczy.
   – Procesja na murach z Cudownym Obrazem. Msza święta. W pewnym momencie mówię, że Prymas odprawia mszę świętą i modli się razem z nami – wspomina ojciec Jerzy Tomziński. – Idę powoli i w zupełnej ciszy na oczach wszystkich składam bukiet biało-czerwonych kwiatów na pusty fotel Prymasa. Nagle krzyk: – Precz! Mieli bojówkę. Ja w tym momencie: – "Serdeczna Matko ..." Wszyscy! Milion ludzi zaśpiewało: "Serdeczna Matko ...". Do końca już nie atakowali. Mówię, że będą Śluby ...
   Po mszy świętej odprawionej w Komańczy Prymas Wyszyński poszedł do swego pokoju i stanął przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Towarzyszyła mu tylko Maria Okońska. Prymas czytał rotę Jasnogórskich Ślubów Narodu. Chwilę później ze Szczytu murów Jasnej Góry czynił to biskup Michał Klepacz:
   – Święta Boża Rodzicielko i Matko Dobrej Rady! Przyrzekamy Ci z oczyma utkwionymi w Żłóbek betlejemski, że odtąd wszyscy staniemy na straży budzącego się życia. Walczyć będziemy w obronie każdego dziecka i każdej kołyski, równie mężnie, jak ojcowie nasi walczyli o byt i wolność Narodu, płacąc krwią własną. Gotowi jesteśmy raczej śmierć ponieść, aniżeli zadać śmierć bezbronnym. Dar życia uważać będziemy za największą łaskę Ojca wszelkiego życia i za naj cenniejszy skarb narodu.
   – Królowo Polski, przyrzekamy! – odpowiedziała Maria Okońska w Komańczy.
   – Królowo Polski, przyrzekamy! – zagrzmiał głos ponad miliona ludzi na Jasnej Górze.
   – Matko Chrystusowa i Domie Złoty! Przyrzekamy stać na straży nierozerwalności małżeństwa, bronić godności kobiety, czuwać na progu ogniska domowego, aby przy nim życie Polaków było bezpieczne. Przyrzekamy Ci umacniać w rodzinach królowanie Syna Twego Jezusa Chrystusa, bronić czci Imienia Bożego, wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii i miłości ku Tobie, strzec prawa Bożego, obyczajów chrześcijańskich i ojczystych. Przyrzekamy Ci wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić go przed zepsuciem i otoczyć czujną opieką rodzicielską.
   – Królowo Polski, przyrzekamy!
   – Przyrzekamy usilnie pracować nad tym, aby w Ojczyźnie naszej wszystkie dzieci narodu żyły w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku. Przyrzekamy dzielić się między sobą ochotnie plonami ziemi i owocami pracy, aby pod wspólnym dachem domostwa naszego nie było głodnych, bezdomnych i płaczących.
   – Królowo Polski, przyrzekamy!
   – Zwycięska Pani Jasnogórska! Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi. Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu, rozwiązłości. Przyrzekamy zdobywać cnoty: wierności i sumienności, pracowitości, oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej.
   – Królowo Polski, przyrzekamy!
   – Królowo Polski! Ponawiamy śluby ojców naszych i przyrzekamy, że z wielką usilnością umacniać i szerzyć będziemy w sercach naszych i w polskiej ziemi cześć Twoją i nabożeństwo do Ciebie, Bogurodzico Dziewico, wsławiona w tylu świątyniach naszych, a szczególnie w Twej Jasnogórskiej Stolicy ...
   Słowa Ślubów niosły się ze Szczytu fortyfikacji. Naród na Jasnej Górze podnosił głowę. Wielka chwila rozdarła kurtynę strachu. Napełniła nadzieją. Tak silnego poczucia jedności, wspólnoty, odzyskiwania godności już nie można było zdławić. […]
   W dniu Ślubów Narodu, podczas procesji z Cudownym Obrazem na wałach Jasnej Góry, ludzie płakali, wyciągali ręce i wołali: – Matko! Nie opuszczaj nas! Matko! Przyjdź do nas! – wspomina Stanisława Nowicka. – Ten krzyk pulsował nad tłumem.
   – Wieczorem, po powrocie Marysi od Prymasa z Komańczy, rozmawialiśmy wraz z ojcem Teofilem Krauze w małym gronie na Pokojach Królewskich. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że byliśmy świadkami przełomowej chwili – mówi ojciec Jerzy Tomziński. – Marysia napomknęła: – A gdyby tak Matka Boża Jasnogórska poszła do ludzi, to komunę rozwali...
   – To może kopię Obrazu zróbmy i niech idzie ... – ojciec Jerzy uśmiecha się. – Tak tylko mi się powiedziało.
   Wielkie, święte sprawy zaczynają się cicho. Właśnie się zaczynała ...

4. Wielka Nowenna
   Wielką Nowennę – dziewięcioletni program duszpasterski, wymyślił prymas Wyszyński w uwięzieniu. Ogłosił go na Jasnej Górze 3 maja 1957 roku, trzy dni przed podróżą do Watykanu. Jak za okupacji niemieckiej, tak i w zniewoleniu komunistycznym, dalsze istnienie narodu polskiego – wspólnoty o kulturze opartej na wartościach chrześcijańskich – uzależniał od odnowy moralnej każdego człowieka, rodziny.
   Dziewięcioletnia praca nad wypełnianiem dziewięciu przyrzeczeń Jasnogórskich Ślubów Narodu była programem dziewięciu kroków przygotowania do Milenium – Jubileuszu Tysiąclecia Chrztu Polski. Wielkie zadanie naprawy sumień w wyniszczonym, okaleczonym narodzie, z woli mocarstw osadzonym w nowych granicach państwa na zrujnowanym obszarze, z radzieckim wojskiem, z armią funkcjonariuszy podległych Moskwie bezwzględnie pilnującej swej zdobyczy, musiało mieć doprawdy wielkie, duchowe wsparcie.
   Przenieśli Cudowny Obraz Matki Bożej z jasnogórskiej kaplicy do bazyliki. Czekała tam już kopia – Ikona Nawiedzenia. Ręce kapłanów zbliżyły do siebie wizerunki. Prymas zetknął obliczami malowidła. Nazwano to świętym pocałunkiem. Był 26 sierpnia 1957 roku – pierwsza rocznica ślubów Narodu na tym wzgórzu. Tego dnia Prymas ogłosił rozpoczęcie peregrynacji Obrazu Nawiedzenia po polskich parafiach.
   Podróżowała najpierw pociągami, ciężarówkami, furmankami, saniami, tym, czym ludzie w biednym kraju. Początek był straszny.
   – Szliśmy z Obrazem w procesji do Archikatedry św. Jana w Warszawie. Wzdłuż ulicy stały bojówki – opowiada ojciec Jerzy Tomziński. – Gęby bandyckie. Wyśmiewali, szturchali, szydzili. Coś okropnego! Płakać, płakać się chciało nad nimi!
   – Przyrzekliśmy na Jasnej Górze, iż zerwiemy z najrozmaitszymi nałogami i złymi skłonnościami, które wdarły się w czasach wojen, okupacji, ciężkich przeżyć w nasz obyczaj narodowy. Będziemy ten obyczaj poprawiali, zdobywając w pracy wytrwałej te cnoty, które ułatwią nam kochać Boga, bliźniego i odmienić oblicze polskiej ziemi... – tłumaczył Prymas młodzieży w Warszawie zadania na przyszłość i sens peregrynacji. – Promieniem przesuwającym się przez polską ziemię jest Obraz Jasnogórski, wędrujący ze świątyni do świątyni... Cała szlachetność narodu polskiego wiąże się tak bardzo z czcią Matki Najświętszej. Cała ta... elegancja polska, jest wynikiem wychowania w okręgu promienia, który spływa z naszego szlachetnego stosunku do Niewiasty w Matce Boga – wyjaśniał genezę szczególnego szacunku do kobiety w polskiej kulturze (Warszawa, kościół św. Anny, 11 listopada 1957 r., do młodzieży akademickiej podczas Nawiedzenia Obrazu).
   – Pragniemy, żeby cały Naród podniósł się... Spojrzał z dołów i mroków najrozmaitszych w górę! – wołał do górali tatrzańskich w 1957 roku. – Naród musi się wewnętrznie przemienić, żeby mógł się piąć wzwyż. Nie chcemy pełzać po ziemi.
   Tego, co zaczęło się dziać na trasie peregrynacji nikt nie przewidział, nawet Prymas.
   – Nigdy nie przypuszczaliśmy, że Nawiedzenie wywoła tak ogromne poruszenie, że aż tak pogłębi ducha wiary i modlitwy! – mówili kapłani.
   Ludzie przed przyjazdem Ikony Matki Bożej Jasnogórskiej ozdabiali domy, kilometry dróg i ulic. Nocami dekoracje pojawiały się przed komitetami partii. Układali dywany z kwiatów, budowali bramy tryumfalne. Kiedy Obraz przejeżdżał klękali na ulicach, drogach, polach. Całowali wizerunek. Eskortowali w banderiach konnych, motocyklowych, strażaków, rowerzystów. Adorowali. Czuwali w modlitwie. Porządkowali swoje życie. Prostowali sumienia. Tam, gdzie Obraz się zatrzymywał, księża nie mogli zamknąć kościołów. Konfesjonały dniami i nocami były pełne.
   – Królowa Polski wyszła do tych, którzy wcześniej do Niej nie przychodzili. Pamiętam tę atmosferę radości, wzniosłości, przejęcia. Peregrynacja była wielką rewolucją, która nadgryzała partię komunistyczną, bo się partyjni nawracali. Chrzcili dzieci – wspomina Stanisława Nowicka.
   Obraz wracał na Jasną Górę i znowu wyruszał. Jego pojawienie się przynosiło pojednanie w rodzinach, wśród sąsiadów. Żyjący w związkach niesakramentalnych prosili o udzielenie ślubu. Parafianie odnawiali kapliczki przydrożne i krzyże. Powstawały Krucjaty Trzeźwości. Ludzie podnosili głowy, zaczynali patrzeć do góry...
   Obraz i Jasna Góra dla władz PRL stały się zagrożeniem. Promieniujące stąd dobro, poczucie wolności i wspólnoty doprowadzały do furii panujących kacyków partyjnych, włodarzy "demokracji socjalistycznej". Ich orężem była siła, strach, podziały, pogarda, kłamstwo, odwracanie znaczeń słów, manipulacja i najsilniejszy z demonów – nienawiść. […]

5. Różaniec na Evereście
   Rok 1980 zainaugurowało wydarzenie, którego konsekwencji nikt nie przeczuwał. Polacy wnieśli na najwyższy szczyt Ziemi i zostawili tam różaniec od Jana Pawła II oraz mały krzyż. Ależ się potem rozpętało ...
   Jedenaście wypraw do tamtego czasu zdobyło Mount Everest, ale zimową próbę uważano za niewykonalną. – Everest zimą jest poza możliwościami człowieka! – twierdziły światowe, górskie autorytety. Polacy to niewyobrażalne wyzwanie podjęli.
   Pierwszą zimową wyprawą na Mount Everest, zarazem pierwszą na ośmiotysięcznik o takiej porze roku, kierował Andrzej Zawada. Z trudem zdobył zezwolenie od władz Nepalu. Nadeszło jesienią 1979 roku, na miesiąc przed planowanym terminem rozpoczęcia ekspedycji. Już samo jej przygotowanie w tak krótkim czasie w ówczesnym PRL było zadaniem ekstremalnym. Połączenia telefoniczne do innych miast zamawiało się u telefonistki, na zagraniczne czekało godzinami. Brak dewiz i żałośnie niskie zarobki uniemożliwiały kupienie za granicą ekwipunku i żywności. Nepal – jedno z najbiedniejszych państw świata, był dla nas zbyt drogi. Wyprawa wszystko wiozła z Polski, kraju, gdzie w sklepach wszystkiego brakowało. Ale zezwolenie władz oraz stosowne znajomości otwierały tajne magazyny państwowe i drzwi fabryk produkujących na drenujący eksport rozliczany w rublach. Ubrania, uprzęże wspinaczkowe szyli alpinistom koledzy, którzy trudnili się tym chałupniczo. Ocieplane buty z wysokimi cholewkami, zaprojektowane przez Zawadę, wykonał zaprzyjaźniony szewc góral. W ekspedycji uczestniczyło dwudziestu Polaków, pięciu Szerpów i nepalski oficer łącznikowy.
   Ogromne zaangażowanie, pomoc wielu osób sprawiły, że alpiniści Wigilię Bożego Narodzenia spędzili już w wiosce odległej od podnóża Everestu o kilka dni marszu. Gdy dzielili się opłatkiem w szerpańskiej chacie nie wiedzieli, że 2 tysiące kilometrów dalej armia radziecka rozpoczyna inwazję na Afganistan. I że będą mieć z tego powodu problemy.
   Tak, to ja przyniosłem do bazy pod Everestem perłowy różaniec od papieża – mówi osiemdziesięcioletni ksiądz prałat Stanisław Kardasz, długoletni proboszcz parafii Matki Boskiej Zwycięskiej w Toruniu i… konfrater Zakonu Paulinów! […] – Różaniec dla zimowej wyprawy dał mi z błogosławieństwem Jan Paweł II na audiencji w Castel Gandolfo. Podarował mi też drugi, żebym miał dla siebie. […]
   Ksiądz Kardasz – ratownik tatrzański, wspinał się także zimą, często z Ryszardem Szafirskim, naczelnikiem Grupy Tatrzańskiej GOPR. Szafirski, uczestnik wyprawy na Everest, zaproponował mu, żeby odwiedził ich bazę. Zawada lubił mieć gości na wyprawie i zaproszenie potwierdził.
   – Różaniec przekazałem ekspedycji przed jej wyruszeniem do Nepalu. Sam dotarłem do bazy w styczniu. W ten sposób zostałem nieoficjalnym kapelanem wyprawy. Gdy pogoda pozwalała, to odprawiałem Mszę świętą pod gołym niebem. Ołtarzem był głaz na lodowcu.
   Zimą himalajskie olbrzymy upodabniają się do szklanych gór. Huraganowe wiatry zrywają śnieg, polerują stoki. Mróz skuwa je twardym lodem. Alpiniści wspinali się na czubkach raków. Chorowali z wyczerpania. Towarzyszył im nieustający ryk i huk wiatru. Wściekły wicher rwał namioty.
   17 lutego Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki wyszli z obozu na Przełęczy Południowej. Zdecydowali się na atak ostatniej szansy. Tego dnia kończył się termin nepalskiego zezwolenia. Termometr wskazał 42 stopnie Celsjusza. Wiatr chłostał śnieżno-lodowym pyłem.
   – Pchała nas determinacja i wiara w sukces. Uważaliśmy, że za ogrom włożonej pracy całego zespołu Everest nam się po prostu należy – mówi Leszek Cichy.
   Około godziny 14.30 w radiotelefonach odezwał się głos: – Halo, baza. Halo, dwójka. Czy nas słyszycie? Odbiór. – Nie słyszę. Powtórz. Powtórz. Gdzie jesteście? Odbiór – pytał Andrzej Zawada. – Na szczycie Everestu! Na szczycie! Zimą! Zimą, Polacy! – Wasza to zasługa! – wołał Krzysztof Wielicki – To dzięki wam mogliśmy wejść! Sukces jest wspólny, wspólny!!! – Zimno, jak cholera. Potwornie ciężko. Strasznie ciężko... Straszne nawisy. Bardzo się boimy tego zejścia. Będziemy bardzo uważać – mówił zdyszanym głosem Leszek Cichy. – Na ostatnim odcinku strasznie wiało. Strasznie wiało! Naprawdę! Gdyby to nie był Everest, to byśmy chyba nie weszli.
   W metalowej rurce triangułu, ustawionego na szczycie przez chińskich wspinaczy, znaleźli kartkę. Zostawił ją cztery miesiące wcześniej Amerykanin na dowód, że stanął na wierzchołku. […] Autor notatki nie odszedł daleko od szczytu. Zmarł z wyczerpania. Jego śmierć pociągnęła za sobą ofiarę. Niemka, Hannelore Schmatz, czwarta kobieta, która stanęła na wierzchołku Everestu, nie zostawiła umierającego Amerykanina. Gdy skonał i mogła już odejść, było za późno na ratunek i dla niej. Cichy i Wielicki minęli jej siedzącą, zamarzniętą postać.
   W rurce masztu geodezyjnego pozostawili kartkę „Polish Winter Expedition 80”, termometr do pomiaru minimalnych temperatur, różaniec od Jana Pawła II i mały krzyż. Wręczyła go Zawadzie przed wyprawą matka filmowca Stanisława Latałły, który zginął w Kotle Everestu kilka lat wcześniej, podczas wyprawy na sąsiedni ośmiotysięcznik Lhotse. Prosiła, aby krzyżyk, należący jeszcze do jej babci, wnieść na szczyt albo wrzucić do szczeliny lodowej w miejscu, w którym koledzy i Zawada – kierownik także tamtej ekspedycji, pochowali jej syna.
   Kiedy dwaj Polacy zaczęli schodzić ze szczytu od zapadnięcia ciemności dzieliły ich tylko dwie godziny. Wielickiemu popękały szwy przeszczepów na palcach odmrożonych wcześniej stóp. Krwawił. Gdy ból uniemożliwił stawianie kroków, zsuwał się po stoku. Cichy na chwilę stracił wzrok. Do namiotu na Przełęczy Południowej dotarli nocą skrajnie wyczerpani. Rano poszli na dół. Radość kolegów, którzy czekali w najbliższym obozie, uświadomiła im, czego dokonali.
   – Dzieje tej wyprawy to historia walki z mitem, że Himalaje zimą są niedostępne dla wspinaczy. Przekonaliśmy siebie i innych, że można sięgnąć niemożliwego! – wspomina Cichy. […]
   Król Nepalu Birendra, oburzony najazdem Rosjan na Afganistan, uznał za podejrzaną obecność w swoim królestwie wyprawy z państwa komunistycznego, zależnego od ZSRR. Ekspedycji nakazano ograniczyć łączność radiową tylko do kontaktów z nepalskimi urzędnikami i polską ambasadą w Katmandu.
   Andrzej Zawada podzielił się jednak z bazy wiadomością o zdobyciu Everestu, z czekającymi w Warszawie przy amatorskiej radiostacji przyjaciółmi. Był wśród nich dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej Andrzej Skłodowski, alpinista i ratownik tatrzański. – Obiecałem, że wstrzymam się dwie godziny z puszczeniem tej informacji, aby mógł najpierw powiadomić władze Nepalu i rezydentkę Agencji Reutera w Katmandu, do której należało pierwszeństwo – wspominał. Nikt z nich nie wiedział, że w stolicy Nepalu zgasło światło. Awaria prądu sprawiła, że wiadomości z bazy dotarły do Warszawy, ale nie do nepalskich urzędów.
   "Data 17 lutego 1980 przeszła do historii himalaizmu..." – podał PAP. "Historyczne wydarzenie..." – pisała Francuska Agencja Prasowa za PAP-em, "Wspaniały sukces..." – donosił Reuters, powołując się na PAP.
   Król Birendra wpadł w furię. Państwa komunistyczne lekceważą małe kraje! Zawadę uprzedzono, że w Katmandu grozi mu aresztowanie. Udało się wyjaśnić sytuację. Wyprawa wróciła do kraju.
   Służby PRL jednak nie próżnowały. Komitet Centralny PZPR został poinformowany, że himalaiści wnieśli różaniec na Everest, postawili na szczycie wielki krzyż i wysłali telegram do papieża. Edward Gierek za karę zrezygnował z gratulacji i uściśnięcia dłoni kierownikowi wyprawy.
   Tymczasem z całego świata przychodziły depesze i listy. Andrzej Zawada z dumą i wzruszeniem pokazywał zawsze jeden list: "Cieszę się i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu. Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim Uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia "królewskość" człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym. Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka. Na każdą wspinaczkę, także tę codzienną, z serca Wam błogosławię. Jan Paweł II, Papież, Watykan, dnia 17 lutego 1980 r.”.

[image]

6. Heroizm i nikczemność
   Akcja ratunkowa na Nanga Parbat przesunęła granice niemożliwego. Rozegrała się w ciągu 28 godzin na dwóch najwyższych pasmach górskich planety. Alpiniści z Polskiej Zimowej Narodowej Wyprawy na K2 w Karakorum uratowali życie kobiety na zboczach ośmiotysięcznika w Himalajach, odległego od ich bazy o ponad 200 km w linii prostej. Operacja była śmiertelnie niebezpieczna.
   Wiadomość, że na Nanga Parbat (8125 m n.p.m.) rozgrywa się dramat, nadeszła z Francji. Wysłała ją ze swego telefonu Francuzka Elisabeth Revol z wysokości ok. 7400 m. Nie było pewne, czy znajduje się w namiocie czy w lodowej szczelinie. Poinformowała, że partner wspinaczki Tomasz Mackiewicz ma odmrożenia, ślepotę śnieżną i że nie jest w stanie schodzić. Wokół nie było żadnej innej wyprawy. Tkwili poniżej kopuły szczytowej ogromnego masywu, która w dziejach himalaizmu zyskała wiele nazw: Potwór, Morderca, Góra Tragiczna, Fatalna, Przeznaczenia, Obsesja...
   Sytuację komplikował fakt, że Revol i Mackiewicz nie mieli polisy ubezpieczeniowej na wypadek akcji ratunkowej z użyciem helikoptera. Tymczasem wykupienie jej przed udaniem się na ryzykowną wspinaczkę na jedną z najwyższych ścian górskich Ziemi powinno być oczywistością.
   Kolejne wieści, docierające przez Francję, były takie, że Polak był w ciężkim stanie, bez kontaktu. Revol zostawiła go otulonego śpiworem i zaczęła schodzić sama.
   Niedotlenienie organizmu zbiera w wysokich górach najwięcej ofiar. Człowiek przeniesiony z poziomu morza na 8000 czy 7000 m po krótszej czy dłuższej chwili straci przytomność i umrze. Choroba wysokościowa dopada nierzadko turystów docierających do baz pod ośmiotysięcznikami na wysokości ok. 5000-5300 m. Bez podania leków, tlenu, szybkiego transportu niżej kończy się to tragicznie. Obrzęk mózgu czy płuc pojawia się szybko i zabija szybko. Zimą zapotrzebowanie organizmu na tlen jest jeszcze większe. Wszyscy, którzy podjęli się akcji ratunkowej, rozpoczęli wyścig z czasem.
   W sobotę 27 stycznia 2018 r. dwa śmigłowce Eurocopter AS355 Ecureuil 2 pakistańskiej armii nadleciały do położonej na wysokości 5000 m bazy pod K2. Na filmiku utrwalającym tę chwilę widać, że góry wyżej osnuwają chmury. Ok. godz. 13.30 helikoptery zabrały czteroosobowy zespół ratunkowy z ekwipunkiem: sprzętem wspinaczkowym i biwakowym, medycznym, butlami z tlenem, przenośną komorą dekompresyjną (workiem Gamowa), wyżywieniem, gazem do gotowania dla sześciu osób na cztery dni. Utrzymując kontakt z ratownikami, bazą pod K2, Ambasadą RP w Islamabadzie, Armią Pakistanu i Francją, akcję koordynowali z Polski Janusz Majer – kierownik programu Polski Himalaizm Zimowy i dr Robert Szymczak.
   W tamtejszym morzu gór helikoptery latają "korytarzami" długich, wijących się dolin otoczonych wysokimi szczytami. Rozrzedzone powietrze wymusza reżimy w obciążaniu śmigłowców. Ratownicy i piloci przygotowali się na podebranie poszukiwanych ze zbocza za pomocą technik linowych. W miejscowości Skardu (2300 m) do jednej z maszyn zamontowany został atestowany zaczep linowy.
   Lot dokoła Nanga Parbat w kierunku wejścia do Doliny Diamir. Pod gigantyczną ścianę ośmiotysięcznika zamykającą tę dolinę helikoptery z ratownikami dotarły ok. godz. 17 – godzinę przed zapadnięciem ciemności. Do stóp urwiska podlatywały kilkakrotnie. Ratowników wysadzono niżej, a następnie wahadłowo desantowano każdego z nich na wysokość 4900 m. Potem maszyny odleciały, by umknąć przed zbliżającym się zmrokiem. Ratownik medyczny Jarosław Botor wraz z Piotrem Tomalą zaczęli rozkładać obóz.
   Najlepiej zaaklimatyzowani: Denis Urubko (na K2 założył już•obóz II- 6300 m) oraz Adam Bielecki ruszyli w ciemność. Obydwaj byli tu już kiedyś. Denis – postać o barwnym i skomplikowanym życiorysie, od paru lat z polskim paszportem, jeden z najbardziej wszechstronnych i wybitnych wspinaczy w dziejach alpinizmu stał już na szczycie Nanga Parbat. Obydwaj znają też zimę na dużych wysokościach – każdy ma za sobą pionierskie zimowe wejścia na dwa ośmiotysięczniki.
   Wspinali się w nocy ponadkilometrowej wysokości stromym kuluarem, wyłożonym zimą twardym lodem. Pokonuje się go na czubkach metalowych raków przytwierdzonych do butów. Żleb ten wieńczy skalna bariera, na której wśród plątaniny lin wiszą metalowe drabiny. Po ośmiu godzinach wspinaczki wyszli na przełączkę, gdzie znajduje się Orle Gniazdo – miejsce obozu II (6100 m). Dopiero tam można wygodnie stanąć. Przy dobrej pogodzie rozciąga się stamtąd wspaniały widok na dolinę, górne partie Nanga Parbat i nieodległy Hindukusz. Teraz panowały ciemności. Nagle usłyszeli krzyk... Spotkanie z Elisabeth Revol odbyło się nieco wyżej ok. godz. 2 w nocy. Do Francuzki nie dotarła wiadomość, że ktoś idzie na pomoc. Zobaczyła dwa światła latarek ...
   Według jej późniejszej relacji, na szczyt Nanga Parbat weszła z Tomaszem Mackiewiczem we czwartek 25 stycznia, późno, bo ok. godz. 18. Skazali się więc na schodzenie w ciemnościach. Już na wierzchołku Mackiewicz oznajmił, że nic nie widzi. Revol go sprowadzała. Wiał wiatr. Zabiwakowali w szczelinie na wysokości 7200 m. Rano stan Tomasza był ciężki – Elisabeth opisała objawy końcowej fazy choroby wysokościowej. Ruszyła w dół sama. Kolejną noc przesiedziała w jakiejś szczelinie bez śpiwora. Miała halucynacje. Gdy odmrożenia stóp i palców rąk uniemożliwiły dalszy marsz, zaczęła zsuwać się tyłem na kolanach i łokciach. Nie wiadomo, na ile precyzyjne są jej relacje z powodu stanu, w jakim się znajdowała. Urubko i Bielecki udzielili jej pierwszej pomocy.
   Cztery godziny we trójkę przeczekiwali noc, biwakując w Orlim Gnieździe. Wiał silny wiatr. Było -35°C. Gdy zrobiło się jasno, po godz. 6 zaczęli odwrót. Prognoza przewidywała burzę śnieżną. Kuluar jest pułapką. Gdy pada śnieg, staje się torem dla lawin.
   Dwie dekady temu podczas polskiej zimowej wyprawy kamień wypluty przez lawinę w kuluarze złamał nogę jej uczestnikowi. Tamta ekspedycja zakończyła się trudną akcją ratunkową i trzęsieniem ziemi, które pochłonęło wiele ofiar w regionie. Nanga Parbat leży na styku płyt kontynentalnych. Także z tego powodu jest górą bardzo niebezpieczną. Otrząsa się lawinami.
   Urubko i Bielecki opuszczali Revol kuluarem. Wymagało to specjalnych umiejętności ich wszystkich – Francuzka nie mogła używać odmrożonych rąk. Od podstawy ściany do obozu I szła już sama.
   Helikoptery znowu wahadłowo przerzuciły wszystkich niżej, a potem wywiozły z Doliny Diamir. Gdy czterech ratowników lądowało w Skardu, mijała 28. godzina od rozpoczęcia akcji ratunkowej. Załamanie pogody nie pozwoliło im wrócić śmigłowcami do bazy pod K2. Przynajmniej dostali szansę zregenerowania sił na niedużej wysokości.
   Revol znalazła się w szpitalu w Islamabadzie. Później poleciała do Francji. Jest pierwszą kobietą, która weszła zimą na szczyt Nanga Parbat. Dla niej to była czwarta zimowa próba na ścianie Diamir i kolejna z Mackiewiczem. Francuzka pokazała wcześniej swoją kondycję i zdolność do aklimatyzacji do dużych wysokości, gdy w ciągu niespełna miesiąca weszła na trzy ośmiotysięczniki Karakorum: Gasherbrum I i II oraz Broad Peak.
   Tomasz Mackiewicz nigdy wcześniej nie sprawdził reakcji swego organizmu na wysokość 8000 m w cieplejszej porze roku na innym ośmiotysięczniku o łatwiejszej drodze. Swoje himalajskie doświadczenie zaczął zimą na gigantycznym urwisku Nanga Parbat. Wyprawa, w której zginął, była jego siódmą próbą na tej górze.
   Nazwa Nanga Parbat oznacza Nagą Górę. Bezprecedensowa akcja ratunkowa z jednej strony ukazała heroizm ratujących, z drugiej zaś obnażyła nikczemność wielu mediów w Polsce. Uwidoczniła, że celem prezentowania informacji nie jest prawda, tylko zysk. Liczba kliknięć na internetowych portalach, skutkująca zainteresowaniem reklamodawców, popycha do manipulacji i kłamstwa. Prowokujące tytuły zamyka się znakiem . zapytania, żeby nie mieć problemów z prawem, albo w pierwszych po nich zdaniach odwołuje się to, co głoszą. Agresywne komentarze, fałszywe wrzutki, oszczercze opinie, niesprawiedliwe oceny, granie nadzieją – cynicznie wykorzystano tragedię dla zysku.
   Nie ma na tę chwilę na świecie ekipy ratunkowej zaaklimatyzowanej do wysokości 7000 m, która zdolna by była dojść do miejsca, gdzie został Tomasz Mackiewicz. Nie istnieje obecnie możliwość zniesienia czy zwiezienia stamtąd ciała człowieka. Zarzuty wobec ekipy ratunkowej, że pozostawiła wspinacza, są nikczemnością.

■ Monika Rogozińska – skrót wykładu wygłoszonego 08.02.2018 w DLP ’90 w Legnicy.
– Skrót został opracowany z wykorzystaniem tekstów M. Rogozińskiej pochodzących z jej książki „Polowanie na Matkę”, Paulinianum, Częstochowa 2017 (części 1-5 skrótu) i z jej artykułu „Heroizm i nikczemność”, opubl. „Niedziela” nr 6/2018 (część 6 skrótu, która stanowiła uzupełnienie wykładu z uwagi na aktualność sprawy i znajomość tematu przez M. Rogozińską jako współorganizatorkę wypraw zimowych w Himalaje i Karakorum, w tym na Nanga Parbat i uczestniczenie w nich w charakterze korespondentki). Śródtytuły cz. 1-4 pochodzą od autora skrótu. SAP
– Prezentacja ww. książki: http://www.monikarogozinska.pl/wydarzenia/179-polowanie-na-matke.html

(c) 2006-2018 http://www.dlp90.pl