Gorze nam się stało

Z prof. Gerardem Labudą – wybitnym znawcą historii Polski średniowiecznej – rozmawia ks. Andrzej Jarosiewicz


- Obchodzimy 760. rocznicę bitwy pod Legnicą z Mongołami. Niektórzy współcześni historycy twierdzą, że nie było to aż tak ważne wydarzenie w historii Europy, Polski, czy Śląska. Jakie jest zdanie Pana Profesora odnośnie do wydarzenia sprzed 760 lat?
- Istotnie, dawniejsza nasza historiografia nie tylko wyolbrzymiała liczebność tzw. hord tatarskich, przy czym ulubioną liczbą było "sto tysięcy", z czym od razu łączyło się przekonanie, że "hordy" te powodowały ogromne spustoszenia wzdłuż i wszerz swoich pochodów, paląc i niszcząc wsie i miasteczka. Jeszcze w roku 1879 Michał Dobrzyński w swoich znakomitych Dziejach Polski w zarysie pisał, że wprawdzie Tatarzy powrócili w roku 1241 do swoich siedzib, "ale drobniejsze hordy roznosiły jeszcze przez pięćdziesiąt lat po całej Polsce śmierć i pożogę"; co więcej, że "zupełne spustoszenie (Polski) w skutek napadów Mongołów i innych nie lepszych sąsiadów" skłoniło ówczesnych książąt do zagospodarowania zniszczonych dzielnic "w postaci niemieckiej kolonizacji", polegającej na sprowadzaniu i osadzaniu w nich osadników niemieckich w miastach i na wsi. A przodowali w tym książęta śląscy i małopolscy.
   Nowsze badania wykazały, że zasięg terytorialny tych tatarskich zagonów był dość ograniczony (dotyczy to zwłaszcza pierwszego najazdu tatarskiego w r. 1241) i objął tylko ścisły szlak ich pochodu od Sandomierza po Kraków, dalej do Raciborza, Opola, Wrocławia i Legnicy, a w drodze powrotnej przez Otmuchów na Morawy i Węgry. Poza ich zasięgiem znalazła się Wielkopolska i Mazowsze.
   Inaczej jednak na to zagrożenie patrzyli współcześni świadkowie tych napadów. W strefie zagrożenia znalazły się Węgry i Czechy, a także wschodnie peryferia Niemiec. Dość powiedzieć, że już w roku 1254 papież Innocenty wzywał biskupów w ziemiach Zakonu Krzyżackiego w Prusach do organizowania obrony przed Tatarami. Z inspiracji tegoż papieża już w roku 1246 jego legat Jan Piano del Carpini udał się z misją zwiadowczą do Tatarów, a wnet potem Wilhelm Rubruk, w latach 1253-1255, co świadczy o wielkim zainteresowaniu tym ludem w Europie Zachodniej i Południowej. Najwięcej jego obecności doświadczyła Ruś Kijowska. A w Polsce – aż do czasów opisywanych przez Henryka Sienkiewicza w powieści Ogniem i mieczem.

- Jak kształtowały się początki polskiej państwowości na Śląsku?
- Na to pytanie trzeba odpowiedzieć albo bardzo długim wywodem, albo bardzo krótko, wskazując czas, w którym Śląsk włączył się do procesu tworzenia państwowości polskiej. Stało się to w roku 990, było ostatnim akordem wielkiego dzieła łączenia ziem polskich przez księcia Mieszka I. Co najmniej od pierwszych dziesiątków X w. Śląsk znajdował się pod panowaniem czeskich Przemysłowiców, a od roku 974 w granicach biskupstwa praskiego. Nie brał więc zrazu bezpośredniego udziału w tworzeniu państwa Piastowiczów. Toteż dopiero po włączeniu tej dzielnicy do państwa polskiego stał się on od razu, jak to się utarło w historiografii mówić, "czołem ziem polskich", jako jedna z krain najlepiej zagospodarowanych. W momencie tworzenia metropolitalnej organizacji Kościoła polskiego Wrocław, po wyłączeniu Śląska z obrębu diecezji praskiej, stał się w roku 1000 siedzibą biskupstwa.

- Jakie znaczenie miało utworzenia pierwszych polskich biskupstw na ziemiach polskich?
- Wydarzeniem najwyższej wagi było uzyskanie już w roku 968 w osobie Jordana biskupa misyjnego (episcopus gentium) dla całej ówczesnej Polski, podległego bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, przed Czechami i Węgrami. Ten stan rzeczy utrzymał się do roku 1000, kiedy w toku przepisanej prawem kanonicznym procedury na synodach rzymskich, a następnie na końcowym w Gnieźnie około 10 marca, została przekształcona dotychczasowa organizacja misyjna, na metropolitalną z siedzibą w Gnieźnie, za zgodą papieża Sylwestra i przy czynnym udziale cesarza Ottona III, na bazie relikwii św. Wojciecha złożonych tu w roku jego męczeńskiej śmierci, czyli 997. Już w roku 999 brat św. Wojciecha – Radzim-Gaudenty występuje w Rzymie z tytułem "arcybiskupa św. Wojciecha", z tytułem przypisanym do kościoła gnieźnieńskiego. Na wspomnianym synodzie gnieźnieńskim arcybiskupowi Gaudentemu podporządkowano trzech sufraganów: kołobrzeskiego, wrocławskiego i krakowskiego, a dotychczasowy biskup "dla całej Polski" Unger, rezydujący w Gnieźnie, otrzymał wydzieloną dla siebie diecezję z siedzibą w Poznaniu, zachowując status biskupa nadal bezpośrednio podległego Stolicy Apostolskiej; dopiero po jego śmierci biskupi poznańscy stali się sufraganami Gniezna. Wszystkie te ponowienia zostały osobną bullą zatwierdzone przez papieża Sylwestra. Jak instytucja królewska po dokonanej w roku 1025 koronacji przez Bolesława Chrobrego była nośnikiem suwerenności politycznej w ówczesnej Europie, tak instytucja metropolii była symbolem suwerenności Kościoła polskiego w strukturze Kościoła rzymskokatolickiego przez następne stulecia.

- Co oznaczało na tamtym etapie dziejów Polski zaliczenie do kręgu kultury łacińskiej (europejskiej)?
- Przed aktem chrystianizacji w roku 966 przed Polską otwierały się trzy możliwości:
a) pozostawanie nadal przy kulcie pogańskim, co przykładowo biorąc po upadku biskupstwa kołobrzeskiego nastąpiło na Pomorzu Zachodnim lub w sąsiednich Prusach, tam aż do czasu misji biskupa bamberskiego Ottona, w latach 1124-1128, tutaj aż do misji chrystianizacyjnej biskupa Chrystiana w latach 1206-1243;
b) przyjęcie chrześcijaństwa w obrządku słowiańskim, zapoczątkowanego misją Cyryla i Metodego na Morawach w drugiej połowie IX w. i rozwijanego potem w Bułgarii, a od roku 988 na Rusi, co było równoznaczne z uznaniem prymatu patriarchatu bizantyńskiego; jedyną sprawdzalną konsekwencją takiej decyzji byłaby wcześniejsza promocja języka rodzimego w liturgii i w piśmiennictwie (pod tym względem zrównanie z Kościołem Wschodnim nastąpiło dopiero w wyniku Vaticanum II) oraz uniknięcie cezaryzmu w strukturach hierarchicznych Kościoła;
c) przyjęcie przez Mieszka I chrztu w obrządku rzymskokatolickim, co od razu włączyło całą Polskę we wszystkich jej przejawach i osiągnięciach kulturowych w krąg kultury łacińskiej, zachodnio- i południowoeuropejskiej.

- Czy można mówić o jedności średniowiecznej Europy wokół chrześcijańskich zasad?
- Jeżeli chrystianizację Europy pojmiemy jako proces dokonywujący się w ramach czasowych lat 500-1500, to w dużym stopniu schrystianizowana koło roku wyjściowego jest tylko Europa nadśródziemnomorska; natomiast u schyłku tego kresu (przed Reformacją luterańską) śmiało można mówić o zjednoczeniu się całej ówczesnej Europy wokół zasad chrześcijańskich, ale z wielu jeszcze naleciałościami kultów pogańskich, zwłaszcza w sferze obyczajowej, z uwzględnieniem współczynnika geograficznego w perspektywie: Południe (cywilizowanej) i Północ (przez długi czas uważana za barbaricum).

- Jak przedstawiała się sytuacja Polski dzielnicowej? Czy można dziś mówić, że Śląsk był szczególnym księstwem w Polsce dzielnicowej?
- W ustroju politycznym państw wczesnosłowiańskich obowiązywała zasada, iż wszyscy synowie otrzymują po śmierci ojca własne dzielnice, co powodowało rozpadanie się monarchii na poliarchię, a to z kolei - dążenia poszczególnych książąt do jednoczenia państwa. W tych warunkach jedynie instytucja królestwa, w której monarsze – królowi podlegali książęta zapewniała względną stabilizację. Ale wystarczy spojrzeć na sąsiednie Niemcy, gdzie mimo ustroju lennego, książęta – wasale bardzo często zachowywali się jak samodzielni władcy. Celem zapobieżenia dezintegracji państwa piastowskiego Bolesław Krzywousty (1102-1138) wprowadził instytucję "pryncypatu", która łącząc starszeństwo wieku (maior natu) z panowaniem w księstwie krakowskim miała zapewnić autorytet i zwierzchnictwo nad pozostałymi książętami dzielnicowymi w obrębie dynastii piastowskiej; w praktyce było to zwierzchnictwo bez kompetencji zwierzchniczych. Pierwszym takim księciem był książę Śląska Władysław, który dążąc do przywrócenia monarchii został przez młodszych przyrodnich braci wypędzony z kraju, ale jego synowie po wielu latach wygnania wrócili na Śląsk i sprawowali w nim władzę w różnych z kolei dzielnicach śląskich, w tym w Legnicy, aż do schyłku XVII wieku.

- Na ile dynastia henrykowska przyczyniła się do zbudowania wyjątkowej pozycji Śląska w Polsce dzielnicowej?
- W historii nie ma nic bardziej względnego jak "wyjątkowość". W istniejących warunkach w Europie Środkowej, a zwłaszcza we wschodniej Europie Środkowej (tj. głównie w Polsce), Śląsk niczym specjalnie się nie wyróżniał – w porównaniu z Małopolską i Wielkopolską. Dotyczy to również dynastii śląskich Piastów. W wieku XIII postacią najwybitniejszą był z pewnością Henryk Brodaty (1202-1258) i Henryk IV Prawy (1270-1290) ze względu na ich dążenia do zjednoczenia monarchii; w wieku XIV wyróżniał się z kolei Ludwik książę Brzegu (1345-1398). Z punktu widzenia historii Polski nad książętami śląskimi ciąży plama szczególna, iż pierwsi zerwali kontakt z Koroną Królestwa Polskiego i już od roku 1327 zaczęli uznawać zwierzchnictwo Korony Królestwa Czeskiego, co przyczyniło się do zgermanizowania Śląska, a zwłaszcza Śląska Dolnego z wspólnoty z innymi ziemiami polskimi.

- Dlaczego Henryk Brodaty, a później Henryk Pobożny podpisywali się tytułem "Książę Śląska i Polski"?
- Po roku 1138 wszyscy polscy książęta byli uprawnieni do noszenia tytułu "księcia Polski", jako potomkowie Bolesława Krzywoustego, i tym samym uprawnieni w sprzyjającej koniunkturze do objęcia dzielnicy krakowskiej, pryncypackiej. I tak książę wielkopolski Mieszko Stary tytułował się w roku 1177 "księciem całej Polski", a więc nie tylko Wielkopolski, a świadczący na odnośnym dokumencie pozostali książęta, jako "książęta Polaków", w odróżnieniu od obecnego tam również Bogusława, księcia pomorskiego. Tytuł "księcia Polski" w tytulaturze obu Henryków śląskich dowodzi, że jako książęta śląscy uważali się też za pretendentów do dziedzictwa w "całej Polsce", w szczególności zaś w Krakowie. W późniejszych czasach, istotnie, przeważa tytulatura książęca dzielnicowa.

- Czy można dziś mówić o problemie germanizacji ziem śląskich poprzez koligacje rodowe i prawo niemieckie?
- Koligacje małżeńskie książąt śląskich, ale nie tylko śląskich, były tylko fragmentem szerszego procesu reform prawno-ustrojowych i gospodarczych przez przenoszenie wsi i osad targowych z "prawa książęcego" (nazywanego także "prawem słowiańskim" lub "polskim") na prawo samorządowe, tj. na "prawo niemieckie" (występujące w Polsce, także pod nazwą "prawa magdeburskiego, lubeckiego, chełmińskiego, specyficznie śląskiego pod nazwą "średzkiego"). Reforma ta miała na celu przede wszystkim modernizację techniki uprawy w rolnictwie, w rzemiośle i handlu, a także w sposobie zarządzania wsią (sołectwo) i miastem (zabudowa miasta, burmistrz i rada miejska, a w organizacji rzemieślniczej wytwórczości i kupiectwa poprzez cechy i gildie kupieckie). Towarzyszył tym reformom napływ ludzi – kolonistów i kupców, napływ kapitałów inwestycyjnych, a w ślad za tym również nieunikniona "germanizacja" obejmująca wszystkie sfery ludzkiej działalności, w tym również w dziedzinie terminologii prawniczej i zawodowej. Kto ma trudności ze zrozumieniem tak formy, jak i treści tych zmian niech się przyjrzy temu, co się teraz dzieje we współczesnej Polsce pod hasłem "amerykanizacja".
   Wcześniej takie same zmiany przyniosła "chrystianizacja" społeczeństwa, wyrażająca się w "latynizacji" języka i liturgii. Jest rzeczą zrozumiałą, że procesom "modernizacyjnym" ulegały przede wszystkim górne warstwy społeczeństwa i że przodowały pod tym względem dwory książąt, a zaraz po nich duchowieństwo i rycerstwo. Dość podobnie przebiegały te procesy na Pomorzu Zachodnim, a zwłaszcza w Prusach, a później także na Pomorzu Wschodnim po opanowaniu go przez Zakon Krzyżacki (1308). To samo działo się w mniejszym zakresie w Wielkopolsce, na Kujawach i Mazowszu oraz w Małopolsce. Natomiast na Śląsku i na Pomorzu, istotnie, małżeństwa miejscowych książąt z margrabiankami i księżniczkami niemieckimi spowodowały "zniemczenie" dworów, najwcześniej na Pomorzu Zachodnim już w połowie XIII w., a na Śląsku na szerszą skalę w XIV w. Również napływ rycerstwa niemieckiego na Pomorzu i w Prusach był o wiele większy, niż na Śląsku. Tutaj, jak wykazały najnowsze badania, rycerstwo trzymało się głównie "pańskiej klamki", nie angażując się zbytnio w kolonizację wsi; w tym zakresie przodowały tutaj zakony, zwłaszcza cysterskie. Reformy były konieczne, nie można ich było przeprowadzić bez kosztów. Przed najazdem mongolskim Śląsk znajdował się dopiero na progu procesów kolonizacyjnych i germanizacyjnych. Święta Jadwiga, żona księcia Henryka Brodatego, była typową jaskółką, która jeszcze swoją obecnością i działalnością nie czyniła germanizacyjnej wiosny.

- Jak można scharakteryzować przebieg najazdu mongolskiego w Europie?
- Bazą wypadową Tatarów w przeddzień pierwszego ich najazdu na Europę Środkową i Południową była Ruś Kijowska, po zdobyciu Kijowa w roku 1240. Główne siły (orda) pod wodzą Batu-chana uderzyły na Węgry, na Nizinę Pannońską, która była stałym celem najazdu azjatyckich nomadów (Hunowie, Awarzy, Bułgarzy), natomiast jeden "tumen" pod wodzą Ordu-chana został skierowany na Polskę Południową, aby powstrzymać książąt polskich przed udzieleniem Węgrom pomocy na głównym froncie walki. Tatarzy swoimi zagonami zagrozili Czechom i wschodnim peryferiom Austrii. Nic nie wskazuje na to, aby już podczas tej wyprawy pragnęli pójść dalej na zachód, w głąb Niemiec. Trzeba jednak od razu dodać, że główny dowódca wyprawy, Batu-chan, przerwał ją na wieść o śmierci swego dziada, wielkiego chana Ugedeja. Ale i później, gdy Batu-chan stanął na czele Złotej Ordy z siedzibą w Seraju nad Wołgą, wszystkie późniejsze wyprawy tatarskie na Europę nie wykroczyły poza ten pierwszy krąg podbojów.

- Jak wyglądały przygotowania do odparcia najazdu oraz sam przebieg bitwy pod Legnicą 9 kwietnia 1241 r.?
-W ramach tego wywiadu nie możemy zapuszczać się w szczegółową rekonstrukcję najazdu Tatarów pod wodzą Ordu-chana na Polskę. Dawniej rolę tę przypisywano – na podstawie dość ogólnej informacji o przebiegu całej inwazji – Batu-chanowi; teraz na podstawie nowo odkrytego źródła wiemy, że atak na Polskę został dokonany bocznym skrzydłem w celach dywersyjnych. Odbył się on w trzech fazach. Zaczęło się od rekonesansu na Lublin i Zawichost. W połowie lutego wojska Ordu zdobyły podczas drugiego rekonesansu Sandomierz, potem na krótko zapuściły się pod Kraków, staczając bitwę z rycerstwem sandomierskim pod Turskiem; w tym samym czasie pewien zwiadowczy oddział pojawił się pod Raciborzem w dniu św. Marcelego (dopiero później przeniesiono to wydarzenie na połowę stycznia). Pełną nawałą Tatarzy ruszyli na Kraków w połowie marca, staczając po drodze walną i zwycięską bitwę pod Chmielnikiem (18 marca) ze zmobilizowanym już do walki rycerstwem sandomiersko-małopolskim, a następnie przez Kraków, Racibórz i Opole podążyli (ocierając się tylko o Wrocław) pod Legnicę, gdzie pod wodzą księcia Henryka Pobożnego zgromadziły się główne siły rycerstwa małopolskiego i śląskiego, częściowo z południowej Wielkopolski; pojawiły się też pod Legnicą wyborowe oddziały złożone z krzyżowców (templariusze, joannici i krzyżacy, choć dobrze poświadczony jest tylko udział templariuszy).
   I tutaj w dniu 9 kwietnia rozegrała się bitwa zakończona pogromem wojsk polskich. Bitwa ta niebawem została otoczona nimbem legendy. Kluczowym wydarzeniem była śmierć samego księcia Henryka na polu bitwy. Do zasłużonej legendy przeszła też przede wszystkim postać bohaterskiego wodza, Henryka Pobożnego. W starciu z Tatarami, rozwijającymi swoistą taktykę walki podczas swoich bitew, ponosili klęskę inni, równie do niej nieprzygotowani książęta ruscy, a także królowie węgierscy, Bela i Koloman. Książę Henryk nie był więc wyjątkiem. Dopiero później nauczono się z nimi w Polsce wojować.

- Skąd wyniknął problem pierwszych słów wypowiedzianych w języku polskim?
- Słowa księcia Henryka wypowiedziane w toku bitwy z Tatarami: "Gorze nam się stało", na wieść o pierzchnięciu oddziałów dowodzonych przez księcia opolskiego i raciborskiego Mieszka, stały się w ostatnim czasie głównym probierzem wiarygodności opisu bitwy pod Legnicą w Rocznikach Królestwa Polskiego Jana Długosza. W podejściu do tego opisu zaznaczyły się w historiografii dwa stanowiska: jedno – indukcyjne, drugie – dedukcyjne.
   W starszej historiografii ujawniała się wola weryfikowania przekazu Długosza przez przywołanie innych zachowanych w polskich rocznikach i kronikach świadectw o poszczególnych epizodach tej wyprawy. Taką metodę zastosował przede wszystkim Aleksander Semkowicz w swoim krytycznym rozbiorze Roczników Jana Długosza od czasów najdawniejszych, aż do roku 1384 (Kraków 1887); idąc tym tropem, w opisie wyprawy tatarskiej wyodrębnił on wszystkie te epizody, które wykraczały poza wspomniane "świadectwa", i zaopatrzył je uwagą, iż mogą one pochodzić z "nieznanego źródła", które jeszcze było znane Długoszowi, ale nie przetrwało do naszych czasów. Otwiera się tu przed każdym badaczem pole do poszukiwań "tego" lub "tych" nieznanych źródeł, których w całym dziele Jana Długosza jest dość sporo.
   Można jednak wyjść z założenia dedukcyjnego, że wszystko, co nie udaje się zweryfikować przy pomocy istniejącego zasobu źródeł, należy odrzucić. Ostatnio u niektórych badaczy zarysowała się metoda najłatwiejsza: skoro cały opis bitwy pod Legnicą nie znalazł odbicia w istniejących źródłach, należy potraktować ten opis jako zwykłą" fikcję literacką" samego Długosza, traktując go tym samym jako zwykłego powieściopisarza. Doświadczenie historiograficzne uczy jednak, że lenistwo umysłowe badaczy ograniczających się w egzegezie źródeł do negacji wszelkich niezrozumiałych lub niepoświadczonych innymi świadectwami faktów nie jest najlepszym doradcą w odtwarzaniu i objaśnianiu zagadek stawianych przez źródło; metodyka historyki kwalifikuje hiperkrytycyzm jako jedną z gorszych form niekrytycyzmu.
   Posuwając się drogą indukcyjną wyznaczoną już wstępnie przez Aleksandra Semkowicza, należało zatem na pierwszym miejscu rozpoznać owo wskazane przez niego "zaginione źródło", które najwyraźniej zarysowało swój byt w opisie kampanii tatarskiej. Jego ślady w Rocznikach Długosza pojawiły się dość wyraźnie na przestrzeni całej pierwszej połowy XIII wieku i sięgają aż do połowy lat sześćdziesiątych tegoż stulecia. Udało się dokładniej określić środowisko autora owego" nieznanego źródła" w osobie Wincentego z Kielczy (dominikanina przebywającego przez pewien czas w Raciborzu, a następnie w Krakowie); był on z pewnością autorem Żywotów św. Stanisława (mniejszego i większego), a zapewne także autorem zachowanego do naszych czasów Rocznika kapitulnego krakowskiego, wypisanego z zaginionego rocznika tejże kapituły. Dowód istnienia takich osobnych roczników dominikańskich z tego czasu został przeprowadzony (1983) i zyskuje on sobie coraz więcej uznania u innych badaczy, z wyjątkiem wspomnianych "dedukcjonistów".
   W tej weryfikacji osobne miejsce zajmuje wiadomość o istnieniu obszernego opisu oblężenia miasta Raciborza przez Tatarów, najpierw w dniu św. Marcelego, a następnie po raz drugi, podczas ich ponownego ataku w połowie marca 1241 r. i podczas przemarszu ich głównych sił obok Raciborza pod koniec marca lub na samym początku kwietnia. Miał go w swoim ręku lokalny historyk dziejów Raciborza – ks. Karol Gromann. Nasi "dedukcjoniści" usiłują przedstawić Gromanna jako zwykłego dyletanta, nie umiejącego odróżnić średniowiecznego dokumentu od gazetowej ulotki z XVIII wieku; wystarczy zapoznać się z jego dziejami Raciborza, aby przekonać się, że mamy tu do czynienia z sumiennym i wytrawnym, jak na swój czas, historykiem, który starannie wykorzystywał wszystkie dostępne mu średniowieczne źródła.
   Na czym polega wartość jego opisu tatarskich potyczek pod Raciborzem? Otóż na tym, że Jan Długosz w swoim opisie kampanii również krótko zatrzymał się przy Raciborzu i jego relacja pokrywa się w ogromnym skrócie z tym, co zapisał Gromann. Udało się też przy studiowaniu średniowiecznych kalendarzy polskich odnaleźć w jednym z nich zapis o św. Marcelim w dniu 15 lutego, co pozwala połączyć operacje tatarskie pod Sandomierzem w połowie lutego 1241 r. z ich wypadem zwiadowczym w tym samym czasie na Racibórz, a więc na szlaku, który był przewidywany jako przyszłe miejsce ich przemarszu z Polski na Węgry, do głównych oddziałów pod wodzą Batu-chana.

- Na ile dziś możemy ocenić rolę Długosza w redakcji opisu bitwy dla następnych pokoleń?
- Na tle wszystkich relacji Jana Długosza o dziejach Polski w pierwszej połowie XIII wieku należy oceniać i ustalać historyczność poszczególnych epizodów kampanii tatarskiej, a zwłaszcza bitwy pod Legnicą. Ktokolwiek zada sobie trud uważnego zapoznania się z tym opisem, będzie uderzony jego faktograficznym bogactwem szczegółów. Kto przystępuje do ich analizy z gotowym założeniem "fikcji literackiej", nie musi się tym trudzić. Ale w tym wypadku niespodziewanie znalazło się nieznane dotąd źródło, które w całej rozciągłości potwierdziło, a w dwu wypadkach uściśliło zapisy Długosza. Z polecenia prowincjała Franciszkanów czesko-polskich jeden z braci występujący pod kryptonimem: "C. de Bridia" (może pochodzący z Brzegu), uczestnik wyprawy rozpoznawczej Jana Pian Carpiniego do Mongolii, napisał zwartą Historię Tatarów, która dopiero w roku 1965 została opublikowana. W niej mieści się też opis najazdu na Polskę. Warto go tutaj na zakończenie w całości przytoczyć:
   W rozdziale 27. czytamy: „Batu (...) wyruszył potem na Ruś przeciw Bilerom, to jest przeciw Bułgarii Wielkiej (w Azji) i Mordwinom, a wziąwszy ich do niewoli, wcielił do swego wojska. Stamtąd podążył następnie przeciw Polsce i Węgrom, a podzieliwszy wojsko na granicach (tych) krajów, posłał ze swoim bratem Ordu przeciw Polsce dziesięć tysięcy wojowników, z których bardzo wielu, uległszy zamieszaniu, padło w walce na pogranicznych terenach kraju z rąk Polaków księstwa krakowskiego i sandomierskiego. Ale ponieważ zawiść pobudza do wielu błędów, dlatego Polacy, nie dbając przy braku jedności o korzyści, które zdobyli, z powodu dumy i pychy nienawidząc się wzajemnie, zostali w pożałowania godny sposób przez Tatarów wycięci...”. Odnosi się to do bitwy pod Turskiem.
   W rozdziale 28. natomiast czytamy: „Tatarzy zaś podążając dalej na Śląsk, wszczęli bitwę z księciem Henrykiem, wówczas najbardziej chrześcijańskim (władcą) tej ziemi, i kiedy już, jak opowiadali temuż bratu Benedyktowi, chcieli uchodzić (z pola walki), szyki bojowe chrześcijan rzuciły się niespodziewanie do ucieczki. Wtedy księcia Henryka wzięli Tatarzy do niewoli i całkowicie obrabowali, a kazali mu klękać przed martwym wodzem, który poległ w Sandomierzu. Głowę jego, jakby barana, zawieźli przez Morawy na Węgry do Balu i wkrótce potem rzucili ją między głowy innych poległych”.
   Szczegół o wywiezieniu głowy księcia Henryka na Węgry nie jest znany Długoszowi. Po odejściu Tatarów spod Legnicy zaczęto poszukiwać ciała księcia, ale trudno było bezgłowe rozpoznać wśród zabitych. Dopiero idąc za wskazówką jego żony, księżny Anny, że u lewej stopy miał 6 palców, udało się je zidentyfikować. Pochowano je w kościele Franciszkanów pw. św. Jakuba we Wrocławiu. W niemieckojęzycznej, późniejszej legendzie o św. Jadwidze znalazła się wiadomość, jakoby Tatarzy wrzucili je do pobliskiego Jeziora Koświckiego.
   W cytowanym wyżej przekazie autora Historii Tatarów najbardziej zaskakująca jest wiadomość, iż sami Tatarzy w toku rozwijającej się dla nich niepomyślnie bitwy gotowali się do ucieczki, gdy "niespodziewanie" oddziały księcia Henryka "rzuciły się do ucieczki". Opowiadający o tym epizodzie bratu Benedyktowi Tatar, dobrze świadomy tego, co się działo w jego wojsku, nie mógł znać przyczyny nagłej ucieczki wojsk chrześcijańskich. Wystarczy sięgnąć do opisu bitwy legnickiej Długosza, aby się o tym dowiedzieć.
   Po wstępnej porażce oddziału krzyżowców, dowodzonych przez Bolesława – syna margrabiego Moraw Dypolda, i wycofaniu się ich do tyłu dwa oddziały polskie pod wodzą Sulisława, małopolanina, i księcia opolskiego Mieszka podjęły zwycięską zrazu walkę z trzema oddziałami Tatarów. I oto:
   Szyki tatarskie najpierw musiały się cofnąć, a wkrótce – kiedy Polacy natarli silniej na przerażonych – uciekać. Tymczasem ktoś z oddziałów tatarskich, biegając bardzo szybko ... między jednym i drugim wojskiem, krzyczał okropnie, zwracając do wojsk sprzeczne ze sobą słowa zachęty. Wołał bowiem po polsku: "Biegajcie, biegajcie", to znaczy "Uciekajcie, uciekajcie", wprawiając Polaków w przerażenie, po tatarsku zaś zachęcał Tatarów do walki i wytrwania. Na to wołanie książę opolski Mieszko, przekonany, że to nie krzyk wroga ale swojego i przyjaciela, zaniechawszy walki uciekł i pociągnął do ucieczki wielką liczbę wojowników, zwłaszcza tych, którzy mu pod1egali w trzecim oddziale. Kiedy książę Henryk zobaczył to na własne oczy i gdy mu o tym donieśli inni, zaczął wzdychać i lamentować, mówiąc: "Gorze się nam stało", to znaczy "spadło na nas wielkie nieszczęście". I rzeczywiście, choć walka trwała dalej, osłabione wojsko książęce uległo przewadze wprowadzonego przez dowództwo tatarskie oddziału odwodowego, tak samo jak się to działo pod Turskiem i Chmielnikiem.
   Fakt ucieczki księcia Mieszka opolsko-raciborskiego z pola bitwy jest całkowicie pewny. Trzeba istotnie wielkiej dozy uprzedzenia, że Jan Długosz sobie wszystkie te szczegóły związane z ucieczką Mieszka zmyślił, a zatem, że również słowa przez niego przy tej okazji wypowiedziane są zmyśleniem. One wynikają bezpośrednio z sytuacji, jaka zapanowała na polu bitwy. Wojskom polskim, które w dalszym ciągu toczyły walkę z Tatarami "gorzej się stało".
   Jan Długosz niejednokrotnie w swoim wielkim dziele tu i ówdzie "amplifikował", jak się to uczenie pisze, to jest wypełniał brakujące mu ogniwa w ciągu wydarzeń, ale za każdym razem doszukamy się jakieś racjonalnej motywacji w takim jego postępowaniu. Tutaj takiej "literackiej amplifikacji" nie potrzebował. Fakt istnienia" zaginionego źródła", z którego zaczerpnął główną osnowę swego opisu bitwy, wybija się wszędzie na wierzch jego własnej narracji. "Zaginione źródło", jak się domyślał Aleksander Semkowicz, jest jedynym logicznym wyjaśnieniem wielu nieznanych innym źródłom faktów z przebiegu kampanii tatarskiej w Polsce w roku 1241. Z podobnie bogatą faktografią spotykamy się we wspomnianej wyżej relacji Karola Gromanna o oblężeniu Raciborza. Obie te relacje wykazują bardzo podobną do siebie fakturę. Z tego powodu uznaję słowa: "Gorze się nam stało" za autentyczne słowa księcia Henryka Pobożnego. Jest to zarazem kwestia zaufania do rzetelności dziejopisarskiej Jana Długosza, przebijającej z całości opisu kampanii tatarskiej w Polsce w roku 1241. O dalszy przebieg dyskusji wokół historyczności słów Henryka Pobożnego jestem spokojny.

- Serdecznie dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę.

■ „Niedziela” – edycja legnicka, nr 22/2001 i nr 23/2001 r. (wywiad opublikowany w dwóch częściach).

(c) 2006-2018 http://www.dlp90.pl